Gość: XXX
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
12.10.04, 14:44
Długo nie mogłam nikomu zaufać, otworzyć się, pokochać. Wreszcie się udało,
bylam taka szczęśliwa, otworzyłam się, wyszłam ze skorupy, zaryzykowałam. I
jak zaczęłam mieć, po raz pierwszy w życiu, poczucie bezpieczeństwa i
nadzieję, że może być dobrze, nadszedł koniec. Bo nie pasujemy do siebie, bo
mamy inne cele, bo nie mamy o czym rozmawiać, wszystko się rozjechało. Byłam
tak zafascynowana faktem, że ktoś mnie wreszcie pokochał, że i ja kocham, że
nie zwróciłam być może uwagi na te różnice. Tak czy siak, druga strona jest
zdecydowana zerwać. Jak sobie przypomnę te szczęśliwe początki, to moje
radosne niedowierzanie, że jestem kochana, wszystkie te momenty, to płaczę
jak bóbr. Niech napisze ktoś, kto wie, co czuję, kto przeszedł to samo,
proszę. Jestem zupełnie rozbita. Druga strona twierdzi, że to niczyja wina,
że nic nie zrobiłam źle, po prostu różnica charakterów, priorytetów,
zainteresowań (to prawda). Wiem, że to nie ma przyszłości, ale ze względu na
wspomnienia jestem gotowa naprawiać, błagać, próbować, ratować. Ale chyba
decyzja już została podjęta, nie przeze mnie.
Tak się bałam zaufac, ale zaryzykowałam. Gdybym wiedziała, że to się tak
skończy, nie odważyłabym się.
Lepiej nigdy nic nie mieć, kochać bez wzajemności, niż mieć wszystko, być
szczęśliwą, a potem to stracić.
Proszę, niech napisze ktoś, kto to rozumie, jestem zupełnie roztrzęsiona i
cały czas płaczę.