lype
31.08.09, 09:06
Chciałbym opisać pewna historię i zapytać: kto tu oszalał - ja czy ktos inny?
Dwa lata temu rozpocząłem psychodynamiczną psychoterapię grupową. Początkowo w
grupie czułem się źle, byłem całkowicie zamknięty (podobnie jak w życiu). Po
kilku miesiącach (aż po kilku) zacząłem sie przełamywać, zabierać głos na
grupie - najpierw z wielkimi trudnościami (kołysząc się i z zamkniętymi
oczami), potem coraz śmielej. Zacząłem wnosić na grupę swoje problemy. Moi
towarzysze terapii, najpierw nieufni co do odludka, zaczęli mnie obdarzać
sporą ilością pozytywnych opinii, co było dla mnie gigantyczna radoscią (bo
pozytywnych opinii o sobie słyszałem o sobie jak na przysłowiowe lekarstwo).
Last but not least terapeuta stał się dla mnie ważną postacią.
Gdy nadeszły wakacje roku 2008 terapia została przerwana do września. W czasie
o którym piszę poznałem kobietę, z którą się związałem. Gdy nadszedł czas
powrotu na terapię po wakacyjnej przerwie moja partnerka (z którą już
mieszkałem) gwałtownie zaoponowała. Zrobił mi karczemną awanturę podczas
której dowiedziałem się, że jestem niedojrzały, nieodpowiedzialny i uciekam w
terapię przed prawdziwym życiem z nią. Poza tym, jej zdaniem, byłem zbyt
przywiązany do grupy i terapeuty (którego okresliła kilkoma mało grzecznymi
przymiotnikami, choć faceta na oczy nie widziała). Powiedziała też, że muszę
wybrać - albo dalsze uczestnictwo w terapii, albo dalszy związek z nią. Wstyd
mi się do tego przyznać, że choć jestem dorosłym, pracującym człowiekiem
stałem i płakałem prosząc ją, żeby "pozwoliła" mi pojechać (terapia miała
charakter zblokowany i odbywała się raz w miesiącu przez dwa dni). Oczywiście
nie pozwoliła. Jeszcze wieczorem tego samego dnia przywróciłem się do porządku
i zacząłem udawać, że wszystko jest ok.
Ale nie jest. Od tego czasu, choć minęłojuż prawie rok, wciąż wracam myślami
do tej sytaucji i ogarnia mnie wtedy wściekłość. Wciąż (chocby tej nocy) śni
mi się terapeuta i członkowie grupy. Gdy któryś z członków mojej dawnej grupy
do mnie piszę lub dzwoni (co zdarza się do tej pory) mam łzy w oczach. Wciąż
marzę o powrocie na terapię, choć wiem, że to przecież niemożliwe. Także
teraz, gdy piszę te słowa ogarnia mnie coraz większa złosć. Czy ja jestem
nienormalny? Czy naprawde przesadzam? Przecież gdyby ona zgodział się na
kontynuowanie tej grupy przeze mnie to byłbym juz na końcu psychoterapii, co
na pewno miałoby pozytywne skutki i dla mnie i dla nas obojga. Dlaczego nie
mogła tego zrozumieć? Wspomnę, że od tego nieszczęsnego dnia w naszym związku
sporo się pogorszyło. Bywam złośliwy i agresywny (werbalnie) wobec mojej kobiety.
Terapeuta, z którym spotkałem się raz po przerwaniu terapii (oczywiście w
tajemnicy przed moja partnerką) powiedział, że jego zdaniem ona bała sie, że
po terapii stanę się zbyt mocny psychicznie i mogę ja opuścić. O co tutaj
chodzi?