Gość: Pani Mikołajowa
IP: *.dynamic.chello.pl
07.12.11, 17:06
W czasach zatęchłej komuny i jeszcze na początku lat 90-tych święta typu Wigilia + Boże Narodzenie miały swój zapomniany już klimat. Bo zaczynały się tydzień wcześniej, a nie półtora miesiąca przed faktycznym wydarzeniem. Nie było tej nachalnej reklamy bijącej po oczach i uszach zewsząd, nawet w kiblu w hipermarkecie puszczają świąteczne melodie, można dostać, do wyboru, rozwolnienia albo obstrukcji. Dzwonię do kontrahenta, a w jego telefonie ustawione granie na czekanie i kolęda jedna za drugą, aż uszy bolą. Nawet szkołom się popieprzyło i już od końca listopada robią przedświąteczne kiermasze, jarmarki, występy jasełkowe, w klasie mojej córki Wigilia jest 13-go grudnia, a na kursie angielskiego maltretuje kolędy i różne wierszyki od 1 grudnia. Ten zalew świąteczny-przedświąteczny powoduje, że 24 grudnia mam ochotę malować pisanki, a choinką celować w samochód sąsiada, który swoją już ubrał 30 listopada i co wieczór odpala światełka. Nie wspominając o sklepach, które ofertę bożonarodzeniową wystawiły już we wrześniu, a mój mąż zajadał się marcepanowym reniferkiem już w październiku, paranoja!!! Rzygać mi się chce, jak pomyślę, że hardcore nastąpi dzień przed Wigilią.