Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Telepraca, czyli samotny biały żagiel

    IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 04.09.01, 10:09
    Jak w tytule. Sam telepracuję od 8 lat jako samodzielny inzynier serwisowy na
    wysuniętym posterunku (firma IT, czyli komputery).
    Zdaję sobie sprawę, że nie jest to do końca klasyczna telepraca
    (telecommuting), kiedy pracownik stricte biurowy wysyłany jest do domu, aby za
    pomocą telefonu/faxu/internetu robić to, co robił dotychczas w budynku firmy.
    Tym niemniej szef (a także księgowa, personalna, magazynier) trzymający się na
    dystans 400 km, jak również możliwość rozpoczęcia dnia pracy w piżamie
    (zgadliście, dziesiąta, a ja wciąż w piżamie) są fenomenami godnymi tego forum.

    Dziś odcinek I, czyli:

    Taki tu nie pracuje.

    Problemem w firmie z telepracownikami jest zaistnienie. Pojawiasz się w W-wie z
    głębokiej prowincji jako wynik ambitnego planu wzrostu, by po podpisaniu umowy
    zapaść z powrotem w niebyt. W moim przypadku autor planu wzrostu zniknął z
    horyzontu firmy tuż po zatrudnieniu mnie i 2 kolegów.
    Firma (Gott erhalte, Gott beschuetze unser Prezes, unser Firm !) płaciła
    regularnie, ale b. powoli dochodził do niej fakt istnienia wykwalifikowanych
    bądź co bądź pracowników, których przeznaczenie, umiejętności i twarze znane
    były tylko zredukowanemu menedżerowi.
    Stąd, jeśli już dostawaliśmy coś do roboty, to niemożliwością było np.
    rozliczenie delegacji, bo "taki tu nie pracuje".
    O ile wątpliwości ze strony księgowej, która widziała mnie na oczy przez 7
    sekund, mogę zrozumieć, o tyle podejrzliwość własnej rodziny bolała, choć też
    miała swoje przyczyny.
    Z zapracowanego, ambitnego młodego człowieka przeistaczałem się powoli w
    zarośnięte "couch potato" snujące się po domu z puszką piwa w ręku.
    To wtedy zdobyłem dumnego nick-a "leniuch". Po odbębnieniu 8 godz. przed
    telewizorem szedłem na siłownię. Gdyby nie ogólna wątła postura i okulary, tryb
    życia zbliżyłby mnie niechybnie do ćwiczących na sąsiednich
    maszynach "ochroniarzy". Wszystko co dobre ma jednak swój koniec...

    PS
    Oczywiście zagadnienie abnegacji telepracowników zostało narysowane w niejednym
    odcinku Dilberta. Ciekaw jestem wrażeń innych zdalnych, regionalnych,
    reprezentantów itp.
    Obserwuj wątek
      • Gość: Leah Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.kozienice.sdi.tpnet.pl 04.09.01, 14:21
        8 lat, szmat czasu! Ja uprawiam ten sport ektremalny od dwóch miesięcy, nieco
        niepokojąc się, jak wpłynie na moje zdrowie psychiczne. Ale widzę, że ty
        całkiem składnie się wypowiadasz, na pierwszy rzut oka wydajesz się całkiem
        normalny, coś podobnego. Natchnąłeś mnie otuchą. Jak długo trwała faza
        lenistwa? Ja zazwyczaj wstaję rano, włączam komputer i pełna zapału przystępuję
        do czytania GW i korespondencji ze znajomymi...
        Czekam na odc. 2.
        Pozdrawiam
        • Gość: jamo Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.lublin.sdi.tpnet.pl 04.09.01, 20:21
          Mimo że nie jestem z Wami związany charakterem pracy (pracuję od-do jako
          opiekun, bo nie śmiem nazwać tego administrowaniem, małej sieci komputerowej -
          10 stanowisk plus serwer), to zainteresowały mnie Wasze zapiski z tej racji, że
          ten rynek jest mało spopularyzowany i osobom spoza branży niełatwo się czegoś
          dowiedzieć. Jeśli nie będziecie mieli nic przeciwko, to bardzo chętnie będę się
          przypatrywał rozwojowi post''ów w tym wątku. Trzymajcie się.
          • Gość: Leah Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.kozienice.sdi.tpnet.pl 04.09.01, 22:22
            Jeśli nie będziecie mieli nic przeciwko, to bardzo chętnie będę się przypatrywał
            rozwojowi post''''ów w tym wątku. Trzymajcie się.

            Ja raczej nie jestem ekshibicjonistką, no ale skoro tak grzecznie prosisz to się
            zgadzam, możesz się przypatrywać. Tylko nie wiem, jak to będzie z tym rozwojem
            postów, może Leniuchowi nie będzie się chciało.

            Pozdrawiam
            • Gość: Ksi Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: 217.67.196.* 05.09.01, 08:22
              Mam nadzieję, że bedzie się chciało...
            • Gość: jamo Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.lublin.sdi.tpnet.pl 05.09.01, 19:59
              Wielkie dzieki :)). Wiesz, ze sie przyglądam, wiec Twoje "obnazanie" bedzie tak
              jakby dobrowolne - chyba tak jest najlepiej. Jak juz przeczytalem Leniuch
              kontynuuje swoje dzielo, co bardzo mnie cieszy, bo dla mnie ciekawszy jest ten
              wątek, poniewaz Dyrektora Buraka mam na co dzień.
        • Gość: Lila Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.abo.wanadoo.fr 05.09.01, 08:44
          Ja rowniez w pewnym sensie telepracuje, tzn jestem niezalezna i pracuje na
          zlecenia. Ma to rzeczywiscie te dobra strone, ze nie musisz co rano wybierac
          sie do pracy i wysiadywac 8 godzin albo wiecej na niewygodnym krzesle, w butach
          na wysokich obcasach i w kostiumie. Kiedy sie zmecze, robie sobie przerwe na
          lekkie prace domowe i na poglaskanie kota. Jestem absolutnie za tym, zeby ta
          forma pracy rozpowszechnila sie, a pracodawcy przekonali sie do niej. Tak, zeby
          to nie byla praca niezalezna, lecz na lonie firmy, tylko ze przez Internet.
          • ynga Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel 05.09.01, 09:24
            To prawda... ta forma pracy jest wygodna dla obu stron: pracownika i
            pracodawcy, ale z tego co widze, raczej z obawa podchodzi sie do niej. Jest
            jeden minus, jaki zauwazylam podczas takiej pracy... stalam sie zupelnym
            odludkiem, nie wychodzilam w ogole z domu i zaczelam tracic kontakt z ludzmi,
            ze znajomymi. Pracowalam, pracowalam, pracowalam. Bylo to o tyle straszne, ze
            zaczelam sie wypalac, a moja praca wymaga sporej kreatywnosci (grafika
            komputerowa). Zmusilam sie wiec do podjecia pracy poza domem, by wieczorami
            zajac sie tym, co daje mi prawdziwa satysfakcje. Dowiedzialam sie o sobie
            jednej waznej rzeczy.... jestem domatorka! to bylo dla mnie ogromne
            zaskoczenie... ;)
            • Gość: Leah Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.kozienice.sdi.tpnet.pl 06.09.01, 11:28
              Zmusilam sie wiec do podjecia pracy poza domem, by wieczorami
              > zajac sie tym, co daje mi prawdziwa satysfakcje.

              Ynga, czyli praktycznie w Twoim przypadku eksperyment się nie udał, znów
              pracujesz normalnie, a telepraca to zajęcie dodatkowe? Czy możesz mi powiedzieć,
              jak długo pracowałaś w domu? Ja właśnie trochę się obawiam tej utraty kontaktu z
              ludźmi. Mejle, forum, czat, w tej chwili większość moich znajomych to postaci
              wirtualne. Ciekawi mnie, jak długo tak można.
            • Gość: Leah Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.kozienice.sdi.tpnet.pl 06.09.01, 11:28
              Zmusilam sie wiec do podjecia pracy poza domem, by wieczorami
              > zajac sie tym, co daje mi prawdziwa satysfakcje.

              Ynga, czyli praktycznie w Twoim przypadku eksperyment się nie udał, znów
              pracujesz normalnie, a telepraca to zajęcie dodatkowe? Czy możesz mi powiedzieć,
              jak długo pracowałaś w domu? Ja właśnie trochę się obawiam tej utraty kontaktu z
              ludźmi. Mejle, forum, czat, w tej chwili większość moich znajomych to postaci
              wirtualne. Ciekawi mnie, jak długo tak można.
            • Gość: Leah Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.kozienice.sdi.tpnet.pl 06.09.01, 11:34
              Zmusilam sie wiec do podjecia pracy poza domem, by wieczorami
              > zajac sie tym, co daje mi prawdziwa satysfakcje.

              Ynga, czyli praktycznie w Twoim przypadku eksperyment się nie udał, znów
              pracujesz normalnie, a telepraca to zajęcie dodatkowe? Czy możesz mi powiedzieć,
              jak długo pracowałaś w domu? Ja właśnie trochę się obawiam tej utraty kontaktu z
              ludźmi. Mejle, forum, czat, w tej chwili większość moich znajomych to postaci
              wirtualne. Ciekawi mnie, jak długo tak można.
          • Gość: pingu Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.ean.be 05.09.01, 09:33
            Gość portalu: Lila napisał(a):

            > Jestem absolutnie za tym, zeby ta
            > forma pracy rozpowszechnila sie, a pracodawcy przekonali sie do niej. Tak, zeby
            > to nie byla praca niezalezna, lecz na lonie firmy, tylko ze przez Internet.

            Oh, ja tez. Im dluzej pracuje w tzw. srodowisku biurowym, tym bardziej marze o
            wyrwaniu sie z niego i dostarczaniu wynikow swojej pracy przez Internet. Z reszta
            zespolu mozna sie przeciez spotykac co jakis czas i ustalac dalsze dzialania. I
            nie miec do czynienia z polityka biurowa, rozbieganymi szefami i innymi tego typu
            nieprzyjemnosciami.
      • Gość: leniuch Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 2 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 05.09.01, 13:56
        Odcinek 2: Inżynierze, umiesz liczyć, licz na siebie
        Pomaleńku istnienie telepracowników dociera do reszty firmy. Ja np. zaistniałem
        jako Człowiek W Zielonej Marynarce Który Zniszczył Ksero. Pan Czesio,
        powiedzmy, z Katowic, obflirtował w trakcie pobytów w Warszawie pół biura,
        pozostając w pamięci jako Zgrywus Z Kucykiem. Niestety, również bezpośredni
        przełożony zorientował się, że ma pod sobą paru wałkoni i zaczął przydzielać
        nam zadania. Z powodów nam nie znanych nie przydzielał nam jednak środków, tzn.
        szkoleń, narzędzi i takich tam dupereli, zdając się niemal całkowicie na naszą
        zdolność improwizacji.
        Warunkiem przyjęcia do roboty było posiadanie samochodu. Mama-emerytka za
        odprawę nabyła malucha 126 w wersji bis. Na razie samojazd ten wystarczał, bo
        szef-asekurant wysyłał nas na robotę pociągiem (koszty, koszty !). Miewało to
        aspekt komiczny, zwłaszcza w połączeniu z wymogiem występowania w garniturze.
        Otóż rzeczony Czesio udał się do jakiejś pipidówy, gdzie jak raz dochodził
        tylko osobowy. Trafił do wagonu z górnikami wracającymi z szychty, którzy
        zagaili przyjaźnie w stylu „te, byznesmen”. Na swoje nieszczęście Czesio się
        odszczeknął, więc w rezultacie musiał opuścić pociąg przed stacją docelową.
        Ściślej rzecz biorąc przed jakąkolwiek stacją, tzn. wyskakiwał w biegu.
        Mnie z kolei wysłano w mission impossible do Piotrkowa. Pociągów do Piotrkowa
        niet, zaokrętowałem się na pekaes. Dzień mijał szybko, w pewnym momencie
        okazało się, że mijamy Tomaszów Mazowiecki. Delikatnie spytałem kierowcy, czy
        czasem nie zawiniemy do Piotrkowa. Piotrków !!? A czemu pan nic nie mówił ?
        (Naiwny, myślałem, że wystarczy kupić bilet !). Trochę głupio potem wyglądałem
        w gajerze na poboczu łapiąc stopa.
        Czy ktoś poza mną jechał stopem w delegację z NAPRAWDĘ PORZĄDNEJ firmy ?
        (słowo wyjaśnienia: firma jako taka jest naprawdę porządna... nie podam nazwy,
        bo mógłbym wylecieć, ale chłopaki trochę się dla branży zasłużyli... a
        opisywane historie, no cóż, warunki brzegowe)
        Wszystko to razem sprawiło, że szef zaczął się zastanawiać nad
        sprofesjonalizowaniem naszych działań.
        Miało to skutki groźne, a przy okazji wyjaśniło nieznane nam dotąd motywacje
        szefa....
        (cdn)
        • Gość: Lila Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 2 IP: *.abo.wanadoo.fr 05.09.01, 14:40
          Rosnie nam drugi RIFUN.
          • Gość: motek Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 2 IP: *.BrockU.CA 05.09.01, 17:30
            Niech rosnie. Czekam na jeszcze.

            -m-
            • civic_vtec Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 2 05.09.01, 20:23
              Leniuchu! Czy mam sie szykowac do stworzenia drugiego watku w trybie - wszystko
              razem do kupy und zusammen?

              Sam pracuje w stylu posrednim - szefostwo (czyt. Burak jeden, niech go...)
              zeslal mnie do pracy w firmie-matce za granica. Duzo zalet (wreszcie mozna
              pracowac normalnie i z normalnymi ludzmi) i duzo wad (do domu ach jak daleko).
              Moje dzialania zmierzaja do przeniesienia miejsca pracy do Polski przy
              zachowaniu podleglosci w projekcie do zagranicznego szefa. Efekt - ni pies ni
              wydra, a ja blakam sie po lotniskach jak Holender-tulacz, psia go mac.
              Ciekaw jestem Twoich i kolezenstwa doswiadczen, moze cos z nich przeniose na
              wlasny grunt?
              • Gość: lili Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 2 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 05.09.01, 22:05
                Przypuszczam, civic_vtec, ze juz pomalu mozesz oswajac sie z mysla o stworzeniu
                wersji ciaglej o samotnym, bialym zaglu.
                W przeciwienstwie do RIFUNA, leniuch z pewnoscia, z tytulu wykonywanej pracy,
                posiada komputerek w domu, wiec moze nie bedzie "przerw z zasilaniu" z powodu
                dni wolnych, wyjazdow itp.
                Pozdro!
                l.
        • caerme Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 2 05.09.01, 23:59
          Pracowalem w firmie gdzie wyjazdy w stylu krakow - poznan - gdansk - lublin -
          krakow polaczone z wizyta garniturem itd w poltora dnia byly niemalze norma.
          roznica byla jedna i istotna, firma dawala na auta / paliwo, z drugiej jak
          wyliczylem sobie czas na trase [v sr to mi wyszloc os ponad 120]...
          .. to sie okazywalo ze nie dawala na mandaty, wszlekie tlumaczenia pelzly na
          niczym, wymowka byla jakas. czasem mozna bylo zobaczyc tych ludzi, wygladali po
          takiej trasie jak lepszy szatan.
          o opowiesciach ze woza pol bagaznika "upominkow rzeczowych dla wladzy" a i tak
          z takiej trasy przywoza srednio pol bloczkow mandatowych nie wspominam... jeden
          sie chwailil ze w miesiacu zainkasowal "tylko 900 zl"...
          podejrzewam ze jakby byla mozliwosc jazdy pociagiem tez by przystala firma..
          ale nie bylo
          • Gość: pingu Re: Telepraca, czyli... dla caerme - ku przestrodze IP: 195.74.208.* 07.09.01, 10:32
            To zabrzmi jak upomnienia starej ciotki (przepraszam ciocie z tego forum - nie
            o Ciebie tu chodzi!), ale ja tez mielam kolege, ktory jezdzil jak wariat tam,
            gdzie go firma posylala, staral sie bardzo zawsze zdazyc na czas, a przy okazji
            odwiedzic czasami zone i dwoch synkow. Czas przeszly jest tu jak najbardziej na
            miejscu, bo niestety pewnego dnia powiekszyl statystyke smiertelnosci na
            naszych drogach. Czasami chyba naprawde nie warto, bo konsekwencje moga byc
            wieksze niz bloczek mandatow do kolekcji.
            • Gość: ciocia Re: Telepraca, czyli... dla caerme - ku przestrodze IP: 192.168.1.* / *.unregistered.formus.pl 07.09.01, 10:39
              Nic sie nie stanęło pingu :)
          • Gość: Lechu Mój kolega też się szarpał (informatyk) IP: 10.129.136.* / *.acn.pl 22.09.01, 10:59
            Dużo kawy, papierosów, pracy (satysfakcjonującej), wstać o 4.00, żeby jechać
            daleko do klienta to był dla niego żaden problem. Jak miał 33 lata zmarł na
            atak serca. Zostawił żonę i 2 synków.
        • Gość: leniuch Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 3 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 06.09.01, 11:07
          Odcinek 3: Zazdrość szefa
          Jeżeli własny szef zazdrości ci roboty, to znaczy, że jest naprawdę dobra. To
          znaczy byłaby naprawdę dobra, gdyby nie zazdrość szefa właśnie. To niskie
          uczucie było skrywaną motywacją naszego bossa. On musiał codziennie zasuwać do
          biura (niechby klimatyzowanego, niechby w prestiżowym biurowcu), a my w tym
          czasie przewracaliśmy się z na drugi bok. Z perspektywy czasu widzimy, że koleś
          knuł na naszą zgubę. W miarę przybywania zleceń zmuszony był pozwolić nam
          jeździć do klienta autem. Wpędzało go to w jeszcze większą frustrację, bo
          zarabialiśmy dodatkowo na ryczałcie ! Oprócz zazdrości dodatkowym dopingiem był
          fakt, że boss nie był prawdziwym menadżerem, a tylko tymczasowym team leaderem,
          w bizantyjskiej strukturze korporacji różnica fundamentalna. Umyślił sobie
          pewnie, że my będziemy taranem, którym wywali sobie wejście w zaklęte kręgi
          władzy.
          Od tego momentu na wszystkie nasze wnioski rozkładał ręce – cóż on może,
          decyzje, zakupy, szkolenia – cokolwiek poza popędzaniem do roboty – to nie on.
          W głębokim domyśle: trujcie d. Timowi (bossowi bossa - angolowi, który miał u
          nas doczekać emerytury chyba. Swoją drogą ciekawe co trzeba zmalować w Anglii,
          żeby być zesłanym do Polski przed emeryturą: seria morderstw, gwałt na
          sekretarce?)
          Żałuję, że nie nagrałem paru dialogów z tego okresu – Mrożek to po prostu pikuś.
          Jednocześnie zaś chciał wykazać się przed obermenedżmentem braniem nas w karby.
          Pewnego pięknego dnia do moich drzwi zastukał kurier trzymając w rękach paczkę,
          która zmieniła moje dotychczasowe pojęcie o telepracy...
          • Gość: Tehanu Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 3 IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 06.09.01, 12:16
            Leniuch? Ale napiszesz coś jeszcze dziś? Ciekawość mnie zżera...
            Litości.
            • Gość: kiciaf Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 06.09.01, 14:01

              To miło że jest wreszczie na forum coś interesującego
              co można z poczytać. Mam na myśli teksty powyższe i
              przypadki dyr.Buraka, które można powiedzieć
              powoli stają się klasyką gatunku.
              I do tego jeszcze istnieje możliwość bezpośredniego
              kontaktu z autorem. Można pochwalić, skrytykować -
              usłyszeć ripostę autora. Tak to jest bardzo ciekawe.
              Ma tylko jedną wadę, wśród zalet tylu - trzeba mieć
              albo bardzo dużo czasu albo rzeczywiście telepracę aby
              śledzić to wszystko na bieżaco.
              Od kiedy trafiłam na Buraka a teraz tu, większość
              czasu który spędzam przy komputerze poświęcam na
              sprawdzenie czy nie ma tu czegoś nowego zamiast robić
              to co powinnam.

              Jednakże z niecierpliwością czekam dalszego ciągu.
              Również tu autor porzuca opowieść w najbardziej
              interesującym momencie ...

              Pozdrowienia
              • Gość: Lila Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel IP: *.abo.wanadoo.fr 06.09.01, 16:12
                Tylko nie wiem czy jezdzenie w teren to rzeczywiscie telepraca. Chyba, ze
                telepraca to siedzenie w domu w miedzyczasie. Dla mnie najczystsza forma
                telepracy jest praca w domu, i przesylanie jej rezultatow szefowi, ktorego
                twarzy a czasem i glosu nawet sie nie zna. Ne mam nic przeciwko opowiesci
                Leniucha, ale chcialabym przeczytac wypowiedzi takich telepracownikow.
          • Gość: agulha Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 3 IP: 10.129.135.* / *.acn.pl 07.09.01, 03:57
            Nieźle, nieźle, coraz lepiej! Będę śledzić rozwój Twojej kariery pisarskiej,
            może dogonisz RIFUNa?
            Ja miesiąc temu trafiłam do małej firmy... nieco dziwnej.
            Czy ktokolwiek z was spotkał się z żądaniem wyłączania prywatnej komórki w
            czasie pracy? Zaznaczam, że nie chodzi o interferencję z żadnymi urządzeniami.
            Tło: w firmie pracują 3 osoby (szef+2), są 2 linie telefoniczne, na mojej wiszę
            ja, kolega, faks i internet. Niektórym, powiedzmy, klientom podałam już swój
            numer komórki (służbowej nie dostałam). Aha, do biura żadni klienci nie
            przychodzą.
          • Gość: leniuch Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 4 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 07.09.01, 09:08
            Odcinek 4: Biały niewolnik
            W paczce znajdował się telen komórkowy. Był rok bodajże 1995, a może 94, 100%
            rynku miał Centertel a komórka z aktywacją kosztowała ok. 2000$, czyli jakieś 4
            przyzwoite pensje. Problem w tym, że dostałem model Nokia 720, popularnie zwany
            cegłą, trochę przestarzały już wtedy. Dodatkowo antenka (długości 4 ułożonych
            jeden za drugim współczesnych telefonów komórkowych) trzymała się na słowie
            honoru i drucie wiązałkowym. Cudo to służyć mi miało do kontaktu z
            korporacją „o każdej porze dnia i nocy”. Żeby nie robić sobie obciachu nosiłem
            to coś w teczce. Gdy, załóżmy w knajpie, rozbrzmiewał dźwięk komórki,
            otwierałem teczkę, prostowałem antenkę i nawiązywałem seans łączności w
            stylu „Hier Gustaw, hier Gustaw, hoerst du mich ?”. Słowem, byłem ugotowany.

            Dodać należy, że jako telepracownik otrzymałem również (po jakimś roku) sprzęt
            biurowy, dla wtajemniczonych 386SX (16 MHz) z dyskiem (!) 40 MB, a było to w
            czasach, gdy Pentium już było standardem. Jakiś figlarz zdołał upchnąć tam całe
            MS office, i, jak można było się spodziewać, zażądano ode mnie rozliczeń w
            Excelu. Odtąd oczekiwanie na start maszyny wypełniało mi bez reszty coraz
            rzadsze wolne chwile, a kiedy już wystartowała, mogłem pracowicie przepisywać z
            wydruków TP S.A. rozmowy telefoniczne, które w swej bezczelności chciałem
            rozliczać jako służbowe.

            Pewnego dnia wpadł mi w ręce prospekt firmy. Dowiedziałem się z niego, że
            dysponują w moim mieście Centrum Serwisowym. Już miałem dzwonić po namiar na
            bratnią palcówkę, kiedy dotarło do mnie, że to Centrum to Ja. Ja, komórka
            cegiełka, maluch mamusi i w/w liczydełko.

            Znikąd ratunku, znikąd nadziei. Do czasu.
            • Gość: Ksi Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 4 IP: 217.67.196.* 07.09.01, 15:10
              Rewelacja.
              Czekam na kolejne:)
              • Gość: kiciaf Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 4 IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 07.09.01, 16:52
                Łza w oku się kręci na przypomnienie komórki cegiełki.
                Mój mąż miał taką... Istne cudo. ;)
                I komputer 386SX.
                Cóż to były za czasy...
            • Gość: leniuch Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 5 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 10.09.01, 09:05
              Odcinek 5: Rzeź niewiniątek
              Jedną z niewielu rozrywek i okazji do odwiedzenia stolicy, poza „kolacjami
              wigilijnymi”, były zbiorowe zwolnienia. Korporacja restrukturyzowała się w
              bolesny sposób, warszawskie biuro w piątek dostawało liczbę głów do odstrzału a
              w poniedziałek wszyscy pracownicy stawiali się na egzekucję.

              Jednorazowo leciało ca 30% pracowników. „Kolegów z terenu” zapraszano pod
              pozorem „szkolenia”. Boss ciągnął nas do jakiegoś klienta, pokazywał maszynę,
              której nigdy więcej nie mieliśmy okazji dotknąć, a sam przez komórkę
              nasłuchiwał wieści z frontu.

              W założeniu wylatywać mieli najmniej efektywni, ale dziwnym zbiegiem
              okoliczności trafiało w najmniej estetycznych: babka oddająca się nałogowi
              nikotynowemu w kąciku dla palaczy, koleś osentacyjnie (miał wielką gębę)
              obżerający się drugośniadaniową bułą, typek, który nie zdołał wyzbyć się
              regionalnego warszawskiego „ly”.
              Słowem kryptoesesmani z naczalstwa prowadzili eksterminację niekulturnych
              głąbów. Jakimś cudem Człowiek W Zielonej Marynarce Który Zepsuł Ksero (czyli
              ja) przeszedł eliminacje. Patrząc wstecz przypisuję to raczej niechęci do
              parusetkilometrowej podróży celem rekrutacji ewentualnego następcy. To
              niewątpliwy przywilej telepracownika: przetrwałem trzech prezesów i pod
              względem stażu (i tylko stażu) należę do elity firmy.

              Każdy kryzys oprócz zagrożeń niesie nowe szanse. Naszą stał się nowy Menedżer.
              Z jego zatrudnieniem dotychczasowy Boss okopał się na pozycji team lidera i
              zaczął kooperować. Menedżer miał mocne umocowanie i nie potrzebował pomagierów,
              dni Bossa były zatem policzone. Atutem Bossa była intymna znajomość pewnej
              maszyny-monstrum za grube miliony. Drugi fachowiec jako za niski i łysiejący
              wyleciał był bowiem z hukiem.

              Menedżer rozegrał swą partię po mistrzowsku; najpierw roztoczył przed Bossem
              miraż dożywotniego liderowania teamowi od maszyny-monstrum. Żeby nie liderować
              sam sobie, Boss zaczął montować zespół, zaczynając od pozyskania wykopanego
              fachury. Gruba nieostrożność. Chwilę po podpisaniu umowy z nowym-starym kolegą
              Boss musiał sam udać się po 3 miesięczną odprawę (mówiłem, że firma porządna –
              potrójne pobory za natychmiastowe opuszczenie biura są tu regułą).

              Zapomniałbym: Czesio, Zgrywus Z Kucykiem, nie wytrzymał stresów telepracy i
              rzucił papierami. Poszło o kamyczek. Kamyczek spod kół stara, który rozbił
              szybę w jego prywatnej toyocie podczas jednej ze służbowych podróży. Wymiana
              kosztowała więcej niż cały mój (pardon, mamy) samochód (pardon, maluch (pardon,
              bis (właściciele bisów uważają się je za nieskończenie lepsze od zwykłych
              kaszlaków))). A w dodatku rozliczenia Czesia na grubą kasę ugrzęzły w biurku
              kogoś, kto ubierał się zbyt krzykliwie. Tkwią tam zapewne do dziś.

              Czesio tłumaczył swój krok niemożnością kupna dzieciom bułki przy skądinąd
              przyzwoitych zarobkach. Tak czy inaczej popełnił życiowy błąd, bo w nasze
              samotne żagle powiały wkrótce zgoła inne wiatry.
              • Gość: Q3 Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 5 IP: *.gliwice.sdi.tpnet.pl 10.09.01, 17:30
                Witam!

                Korzystając z chwili przerwy w mojej telepracy postanowiłem dorzucić kamyczek
                do ogródka.
                Telepracuję już ok 1,5 roku i jestem z tego zadowolony. Rzeczywiście początki
                były trudne - strasznie trudno się zabrać do pracy siedząc w domu. Opracowałem
                sobie metodę wg której dawkuję sobie pracę i staram się jej trzymać żeby nie
                pracować 24 h/dobę :o).
                Pracuję jako programista i z założenia prawie nie jeżdżę do klientów. Dzięki
                temu nie mam problemów z moją prywatną toyotą :o), rozliczaniem delegacji ani z
                tym że nie widzę rodziny (nawet jak mam b. dużo pracy wystarczy wyjść na chwilę
                z "biura" i jest się w domu).
                Być może brakuje trochę kontaktu ze współpracownikami "na żywo", ale po pracy
                zawsze można spotkać się z przyjaciółmi i popatrzeć na żywych ;o) ludzi.
                Reasumując - telepraca nie musi być taka straszna jak ją malują!
                A może po prostu tak dobrze trafiłem ?

                Pozdrawiam!
                Q3
              • Gość: pingu Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 5 IP: *.customer.be.colt.net 20.09.01, 12:59
                No i co dalej, wykryli Cie, czy straciles motywacje ?
                Ja naprawde chce wiedziec jak sie sytuacja rozwinela, bo z opowiesci wynika, ze
                dawka surrealizmu w tej Twojej firmie jest calkiem niemala.

                Zycze nawrotu weny literackiej
                • Gość: leniuch Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 6 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 21.09.01, 13:38
                  Część 6: Panisko
                  Zarządzanie zadowolnym inżynierem jest przyjemniejsze od zarządzania pomiatanym
                  pariasem, bowiem podnosi prestiż zarządzającego. Wkrótce zamieniłem ceglaną
                  nokię na sprzęt dający się nosić na pasku. Pod marynarką mógł udawać gnata lub
                  embrion niedorozwiniętego brata-bliźniaka w stylu Quato z „Total Recall”. Bis
                  przeszedł na służbę do siostry, a ja przesiadłem się do prawie nowego (tylko
                  100 tys. przebiegu) autka klasy fiesty. Odtąd mknąłem od morza do gór wesoło
                  podskakując na koleinach. Przy okazji: Jakie auto wjeżdża bez problemu na
                  półmetrowy krawężnik ? Zgadliście, służbowe. Ech, łza się w oku kręci.

                  Problemy psychologiczne związane z brakiem kontaktów z kolegami/koleżankami z
                  pracy, zanim zdążyły się na dobre ujawnić, rozwiązałem przez ożenek. Odtąd
                  chwile dolce far niente, sorry, telepracy, spędzałem ze młodą żoną, wówczas
                  studentką. Przytomnie zaalokowałem na swoje potrzeby pokoik, który wkrótce
                  zaczął zapełniać się sprzętem biurowym, częściami zamiennymi, dokumentacją,
                  złomem oczekującym na instalację u klientów i takimi tam. Nie było dnia, aby
                  kurier wzorem Świętego Mikołaja nie podrzucił gustownie oblepionej firmową
                  taśmą paczuszki. Co rano przedzierałem się do biurka nucąc na harcerską nutę
                  piosnkę magazyniera: „Jeszcze jedno k... pudło ch.. wie z czym ! Bum bum !”

                  W wakacje wytaczaliśmy służbowe autko na drogi Europy zgodnie z chińskim
                  powiedzeniem, że ślepiec nie boi się węża. I nie jest to nawiązanie do moich
                  pięciu dioptrii, lecz do groźnych zarządzeń zarządu, które surowo zabraniały
                  podobnych praktyk, ale szczęśliwie nie docierały do „Regionalnego Centrum
                  Serwisowego”. Demon kontroli, który wkrótce miał zapanować nad polską odnogą
                  korporacji nie wychynął jeszcze z biurokratycznych ostępów.
                  • Gość: TT Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 6 IP: 195.216.121.* 21.09.01, 13:45
                    Małżeństwo tylko jako sposób na samotość w pracy? To się nie godzi!!

                    • Gość: leniuch Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 6 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 21.09.01, 13:52
                      Gość portalu: TT napisał(a):

                      > Małżeństwo tylko jako sposób na samotość w pracy? To się nie godzi!!
                      >

                      Jeśli pracujesz w trybie 24h/dobę 7 dni/tydzień, samotność w pracy staje się
                      samotnością w życiu...
                      • Gość: Ksi Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 6 IP: 217.67.196.* 21.09.01, 14:12
                        więcej, chcemy więcej!
                        • Gość: ab Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 6 IP: *.chemo.tuniv.szczecin.pl 21.09.01, 14:39
                          Gość portalu: Ksi napisał(a):

                          > więcej, chcemy więcej!

                          i czesciej, chcemy czesciej! :-)))
                          • Gość: Mirko Telepraca - "Telecommuting" za Oceanem IP: 65.206.44.* 21.09.01, 15:05
                            Ja przepraszam, ze sie wtracam bez przeczytania WSZYSTKICH wypowiedzi
                            (przyjdzie i na to pora), ale mimo to pozwole sobie wtracis swoje trzy grosze.
                            Przez 8 lat pracowalem (pracowalismy z zona) z domu a teraz ona od dwoch lat a
                            ja od roku jezdziamy do roznych firm.
                            Nie, nie posprzeczalismy sie o nic i awans do "prawdziwej" pracy wynikl z checi
                            (przymusu) zarabiania wiecej, poznawania nowego, spotykania sie z ludzmi.

                            Za "Telecommuting" - bo tak sie to tu w Ameryce nazywa - jestem jak
                            najbardziej, tyle ze nie za skrajnoscia typu 7 dni w tygodniu w domu a
                            powiedzmy 3 w firmie - 2 w domu itd. To bylby moj ideal. Moze kiedys sie spelni.

                            Telecommuting rozwinal sie w Stanach tak naprawde z 2-ch
                            przyczyn: "outsourcing" - wynajmowanie kogos kto robilby lepiej, taniej to co
                            dotad robilo sie w firmie (niestety efektem ubocznym sa zwolnienia ludzi,
                            ktorzy to dotad robili) i trzesien ziemi w Los Angeles pare lat temu.

                            Ostatnie tragiczne wydarzenia otworza zapewne nowy rozdzial w tej dziedzinie,
                            szczegolnie, ze dzisiaj technologia, ktora na to pozwala kosztuje ulamek tego
                            co kilka lat temu. Fakt, ze WTC byl kompleksem biurowym i stracilo tam zycie w
                            horrendalny sposob blisko 7 tys. ludzi, ktorzy tego dnia wstali, ubrali sie
                            ladnie i pojechali do pracy nie jest bez znaczenia. Inna czynnik w tych dniach
                            to nagly i ogromny brak przestrzeni biurowej na Manhattanie i w pobliskim New
                            Jersey z oczywistych wzgledow.
                            Odbudowa dolnego Manhattanu potrawa pare lat.

                            Poki co, od paru miesiecy na codzien praktycznie uzywamy f-my www.webex.com, do
                            spotkan, poprawek i demonstracji nowych produktow (oprogramowanie) zamiast
                            tracic pol, lub caly dzien na wyjazdy do pobliskiego (~20 km) Nowego Jorku na
                            n.p. godzinne spotkanie prezentacyjne.
                        • Gość: agulha Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 6 IP: 10.129.135.* / *.acn.pl 22.09.01, 11:06
                          Tak! Tak! Więcej! Częściej!
                  • Gość: leniuch Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 7 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 24.09.01, 08:20
                    Część 7: Paranoja jest goła

                    Zaczęło się od niewinnej bazy danych w Accessie i nie mniej niewinnego
                    dziewczęcia wklepującego wykonane zlecenia. Dziewczę nadawało zleceniom
                    długaśne numery, te numery przepisywaliśmy na świchy i finał.
                    Wkrótce zażyczono sobie tych numerów na delegacjach. Potem na rachunkach za
                    benzynę. Potem dziewczę zwolniono z wyliczania nadgodzin i numery zleceń
                    dopadły nas raz jeszcze. No i jeszcze na wuzetkach. I zamówieniach części. I
                    świchach reklamacyjnych. No i jeszcze w ogólnokorporacyjnym rejestrze czasu
                    pracy.

                    Bazę, nad którą dziewczę jako tako panowało, zastąpiono Systemem. System
                    pracował na mainframe gdzieś w Stanach i chyba tak jak ja miał poczucie
                    niespełnienia zawodowego, bo co i rusz popadał w melancholijne zamyślenia. A że
                    był to System Rejestracji Rzeczywistego Czasu Pracy jego zamyśleniom
                    towarzyszyły głuche przekleństwa dziewczęcia, któremu wtórował wiszący na
                    telefonie inżynier.

                    Do tego doszło skrupulatne egzekwowanie dostępności via komórka w trakcie
                    dyżurów - 24h/dobę 7 dni/tydzień. Póki byliśmy erze dawało się to przełknąć, w
                    idei jestem jak burek na krótkiej smyczy – każda wycieczka za miasto łączy się
                    z trwożliwym zerkaniem na pasek mocy nadajnika. Tak, tak – idźcie do
                    schroniska, ja tu popatrzę na te świerki, może jakieś zdjątko strzelę (może
                    zobaczę nadajnik 50 km stąd) ...

                    Zaciskanie pętli zbiegło się z awansem Menedżera. Na odchodnym uszczęśliwił
                    mnie jeszcze nowym (tylko 70 tys. przebiegu) wozem. Silnik 16 zaworów, sto parę
                    koni, elektryczne szyby, alufelgi... Zgadliście, polonez. Lwie, dobrze
                    ryknąłeś ... pomyślałem po pierwszym przygazowaniu. Lew ryczał całą drogę do
                    Wrocławia, gdzie z punktu oddałem go do warsztatu w złudnej nadziei wyciszenia.
                    Tam w towarzystwie gości we włóczkowych beretach z antenką (strój klubowy
                    posiadaczy poloneza) pławiłem się w zachwytach nad alufelgami, silnikiem...

                    Szczycę się, iż jestem jednym z nielicznych, którzy jechali poldkiem ponad 180
                    km/h i przeżyli. To trochę jak po przebiciu bariery dźwięku – przestajesz
                    słyszeć silnik. Głównie dlatego, że powietrze strasznie hałasuje o kanciate
                    kształty. Znalazłem uznanie nawet w oczach drogówki: był pan dzisiaj
                    najszybszy – powiedział kapral flak wręczając mandat na pięć stówek (1997r.) za
                    trzykrotne (3 x 60) przekroczenie ograniczenia prędkości. Polak potrafi !

                    Dla wyjaśnienia dodam, że amerykański System zakłada średnią na poziomie 70
                    km/h. Jeżdżący po polskich drogach orientują się, jaki styl jazdy to narzuca.
                    • Gość: tehanu Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 7 IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 24.09.01, 23:44
                      Oj, jak na leniucha to wcześnie dziś wstałeś?...
                      No i pisz - masz tu swoich wielbicieli na równi z Rifunem - Piewcą Sagi o
                      Buraku.
                    • Gość: pingu Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 7 IP: *.customer.be.colt.net 26.09.01, 14:01
                      I znowu przerwa :-( Juz tylko Szczur pisuje regularnie. Co bedzie jak i on sie
                      zniecheci ? Ja nie ogladam telewizji, wiec nie zrekompensuje sobie tego
                      serialami poludniowoamerykanskimi, a juz przywyklam do 'odcinkowych' emocji.
                      No jak tam leniu, moze sie zmobilizujesz i skrobniesz cos dla wiernych
                      czytelnikow ?
                      Czekam...
                    • Gość: ona Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 7 IP: *.chello.pl 28.09.01, 22:12
                      Skrobnij coś proszę przyjacielu. Wiernie Ci kibiciję i czekam na więcej.
                    • Gość: leniuch Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 8 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 03.10.01, 09:56
                      Moi klienci I – NDIF

                      Może temat jest trochę w bok od telepracy, ale nie mogę się powstrzymać,
                      zwłaszcza, że kontynuacja wątku głównego nie przyniosłaby wiele ponad opisy
                      kolejnych gadżetów – aut, komórek, notebooków, które wraz z okrzepnięciem firmy
                      stały się banalnie porządne. Poza tym moi „biurowi” koledzy to abstrakcyjne
                      byty gdzieś hen, na drugim końcu międzymiastowej linii telefonicznej, które
                      przyoblekają cielesną postać raz do roku w czasie firmowej kolacji
                      przedwigilijnej. Klienci zaś – cóż, to samo mięso codziennej harówki, spotykani
                      w sytuacjach ciężko stresujących (awarie, instalacje) prezentują pełny zakres
                      ludzkich typów i zachowań. Możnaby tygodniami; na stałe pod swymi skrzydłami
                      mam jakieś 70 placówek – oddziały banków, firm spedycyjnych,
                      telekomunikacyjnych itp., gdzie dzień, jeśli nie zaczyna się grubo przed
                      świtem, to na ogół kończy dobrze po północy. Geograficznie od województwa
                      lubuskiego po Górny Śląsk, w okresach urlopowych praktycznie cała Polska, od
                      Świnoujścia po Przemyśl i Suwałki. W każdym z tych punktów są miejscowi spece
                      od komputerów na 2, 3 zmiany plus lokalny kacyk-nadzorca: przemnożeni przez
                      ilość lokalizacji tworzą armię której stawiam zroszone codziennym znojem czoło.

                      Moja kochana firma, której dobrego imienia, a pewno i swojej posady, strzegę,
                      starając się wplatać w opowiadanie mylne tropy, to korporacja z tradycjami.
                      Kiedy powiedziałem o niej, opuszczając poprzednią pracę prezesowi (a była to
                      spółka joint-venture: dziecko II etapu reformy, pamiętacie te czasy?), to stary
                      polonus niemal się wzruszył – dobry wybór, powiedział, chcieliśmy kiedyś
                      kupować od nich sprzęt, ale był za drogi, musieliśmy iść do HP (! dla
                      niewtajemniczonych spoza branży – to HP właśnie złośliwie bywa tłumaczona jako
                      High Prices)

                      W wyniku takiej strategii korporacja z roku na rok redukuje udział w rynku i
                      cienko przędzie bez względu na okresy hossy w całej branży – śmiem twierdzić,
                      że podczas hossy sypie się nawet szybciej niż w okresach bessy.

                      Tak czy inaczej w Polsce obsługujemy tylko Naprawdę Dużych, bo ze średniakami
                      korporacji nie chce się gadać. Wraz z kolegami zostałem zatrudniony do obsługi
                      kontraktu w Naprawdę Dużej Instytucji Finansowej – NDIF. NDIF zażyczyła sobie
                      maszynkę typu mainframe czyli komputerek na miarę, żadna tam masówka: Intele
                      czy szajsowate Windowsy, a nie daj Boże Oracle. Specjalny procesor, system
                      operacyjny do tegoż właśnie procesora, uczciwa baza danych, na niej
                      specjalizowana aplikacja, rzecz jasna wszystko z jednego źródła, czyli naszej
                      Korporacji.

                      Suma wyszła taka, że serwis z czasem naprawy 4 godziny w całym kraju był
                      niegodną wzmianki oczywistością. Naszą trójkę dorzucono więc klientowi jak kość
                      do ładnego kawałka wołowego.

                      Problem w tym, że wspomniane cudo techniki za chińskiego boga nie chciało się
                      psuć co skutkowało niemal zerową aktywnością zawodową przez ponad rok. A był to
                      rok, w którym przez kraj przewalała się reforma Balcerowicza, górnicy, prządki
                      i rybacy szli masowo na bruk, a my kasowaliśmy za nic !!!

                      I to jest rodzaj klienta jakiego sobie i Wam życzę jak najczęściej – płaci i
                      nie naprzykrza się.
                      • Gość: Gregor Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 8 IP: 212.160.90.* 04.10.01, 09:51
                        Widac nikt nie potrafil tego mainframe popsuc, albo tacy dobrzy informatycy
                        byli w tej firmie, albo nikt sie do tego nie dotykal bo sie bal cos popsuc i
                        sobie moglo to ustrojstwo spokojnie pracowac.

                        Gregor
                        P.S. Czy przypadkiem nie pracujesz w jakims Sunie lub IBMie??
                        • Gość: leniuch Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 8 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 04.10.01, 10:08
                          Gość portalu: Gregor napisał(a):

                          > Widac nikt nie potrafil tego mainframe popsuc, albo tacy dobrzy informatycy
                          > byli w tej firmie, albo nikt sie do tego nie dotykal bo sie bal cos popsuc i
                          > sobie moglo to ustrojstwo spokojnie pracowac.

                          Cały urok mainframu to trzymanie na dystans "złotych rączek" - nikt się na
                          mainframe nie zna, literatury do tego nie kupisz, chyba że u dostawcy, zawsze
                          wiadomo, kto grzebie. Wiem na pewno, że "węzły dostępowe" (w tej samej
                          technologii, maszynki z aplikacjami klienckimi) do mainframe nie zepsuły się ani
                          razu, poza rutynową wymianą szwankującego dysku.

                          > Gregor
                          > P.S. Czy przypadkiem nie pracujesz w jakims Sunie lub IBMie??

                          Być może. Ale własne mainframy robi jeszcze sporo firm.
                          • gal2 Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 8 24.10.01, 17:10
                            Gość portalu: leniuch napisał(a):

                            > Gość portalu: Gregor napisał(a):
                            >
                            > > Widac nikt nie potrafil tego mainframe popsuc, albo tacy dobrzy informatyc
                            > y
                            > > byli w tej firmie, albo nikt sie do tego nie dotykal bo sie bal cos popsuc
                            > i
                            > > sobie moglo to ustrojstwo spokojnie pracowac.
                            >
                            > Cały urok mainframu to trzymanie na dystans "złotych rączek" - nikt się na
                            > mainframe nie zna, literatury do tego nie kupisz, chyba że u dostawcy, zawsze
                            > wiadomo, kto grzebie. Wiem na pewno, że "węzły dostępowe" (w tej samej
                            > technologii, maszynki z aplikacjami klienckimi) do mainframe nie zepsuły się an
                            > i
                            > razu, poza rutynową wymianą szwankującego dysku.
                            >
                            > > Gregor
                            > > P.S. Czy przypadkiem nie pracujesz w jakims Sunie lub IBMie??
                            >
                            > Być może. Ale własne mainframy robi jeszcze sporo firm.

                            Czyżby sugestia Gregora spłoszyła Leniucha tak,że porzucił ten wątek? Szkoda,
                            ładnie się rozwijało.
                            • Gość: pierans Re: Telepraca, czyli samotny biały żagiel cz. 8 IP: 213.120.245.* 13.06.02, 10:59
                              Leniuch! Do pracy! Pisz, chłopie, bo to 1/2 roku mija i nic. Chyba, ze sie
                              jednak zepsul ten mainframe u NDIF i naprawiasz.
                              • leniuch102 Re: Telepraca, czyli UPDATE 01.09.02, 10:38
                                Zacytuję swój własny post na tym forum,

                                tytuł "Na Mikołajki wy..bali mnie z roboty":

                                W mojej firmie św Mikołaj przyniósł zwolnienie grupowe
                                Happy Xmas !
                                Na szczęście pracuję daleko od centrali i dla
                                przegrupowania sił poszedłem na
                                chorobowe. Szef się wściekł: lubił mnie chłopina i
                                wyobraził sobie, że
                                samodzielnie machnie się 400 kilosów z wypowiedzeniem, a
                                ja mu zawistowałem w
                                L4 !
                                Obraził się, groził, szantażował - słowem przeżywał.
                                Dobrze, że nie zagroził mi
                                zwolnieniem :-))"

                                koniec cytatu, teraz update właściwy.
                                Dalej wszystko potoczyło się zgodnie z zasadą Dilberta.
                                Tuż po wypowiedzeniu założyłem własną działalność i
                                świadczę usługi dla mojej byłej firmy. I nie chodzi tu o
                                powszechną w tej chwili praktykę samozatrudniania np.
                                betoniarzy w betoniarni. Firma naprawdę wierzyła, że
                                sobie beze mnie poradzi i się przeliczyła. W sumie robię
                                to co robiłem, za ten sam szmal, który być może jest
                                szmalem relatywnie większym, a to dlatego, że kolegom
                                pozostałym na etacie mocno pogorszyły się warunki.
                                Jest jeden kwiatek superdilbertowy: wierchuszka firmy
                                nalegała, żeby w rozliczeniach i umowach nie figurowało
                                moje skromne nazwisko, a to dlatego, że ich poganiacze
                                tropią "hidden headcount". Po mojemu to wytropili by
                                najwyżej indolencję bossów, którzy zwolnili żeby
                                zatrudnić. Tak czy tak upełnomocniłem szwagra i on
                                podpisuje mi faktury. Poza tym nie narzekam: umowa jest
                                beterminowa i z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia.
                                Jakby co nie dostanę najwyżej odprawy :-).
                                • Gość: agulha Re: Telepraca, czyli UPDATE IP: *.acn.pl / 10.131.128.* 01.09.02, 11:05
                                  Miło znowu Cię słyszeć, Leniuchu. Chyba przestałeś leniuchować, skoro przez tak
                                  długi czas nie miałeś czasu na forum stukać :-)). Napisz coś czasem, naprawdę
                                  sypmatycznie mi się Twoje posty czytało. Pozdroofka.
                                • leniuch102 Sylwester w pracy i telepracy 03.01.03, 08:15
                                  Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje. Ty sobie podrygujesz
                                  na parkiecie Domu Kultury w Siechnicach (150 zł od pary, alkohol własny) a w
                                  tym czasie bohaterski bankowiec robi przetwarzanie roczne. I chyba też sobie
                                  nie żałuje, bo o 2:51 dostaję telefon, że zaliczyli pierwszy sukces w nowyn
                                  roku i udało im się wepchnąć kasetkę do streamera w OPAKOWANIU !

                                  Dla ciekawych: streamer typu dlt, opakowanie tekturowe. Numer nie ? Dla
                                  niezorientowanych: to tak jakbyś włożyła kasetę do video nie zdejmując tego
                                  papierowego! Może się udać, jeśli się sprężysz, ale nie chwal się tym
                                  chłopakowi...

                                  Na miejscu okazało się, że wszyscy byli z grubsza trzeźwi, z czego wnioskuję,
                                  że sprawczyni została za karę zamknięta w skarbcu.

                                  Potem to już normalka: po wydłubaniu kasety i ponownym uruchomienu serwera nie
                                  startuje jeden z dysków (nie wyłączali maszyny od dwu lat, dla ciekawych: dysk
                                  seagate cheetah 18G) i takie tam, koniec końców wracam z Sylwka w południe.
                                  Kul, nie ?
                                  • Gość: Karol_K Re: Sylwester w pracy i telepracy IP: *.cc.columbia.edu 22.06.03, 02:08
                                    Fantastyczne.
                                    Talent literacki
                                    Pozdrawiam i czekam na więcej
                                    • leniuch102 Wsi spokojna, wsi wesoła 23.06.03, 12:41
                                      Och Karol... Życzenie czytelnika moim rozkazem.

                                      Wsi spokojna, wsi wesoła.

                                      Telekomuter każdą wolną chwilę może wykorzystać na sporty ekstremalne. Mając do
                                      wyboru wspinaczkę skałkową, rafting i napady na listonoszy mój kolega
                                      postanowił poświęcić się wychowywaniu syna. Stary, to jak... odsiadka w
                                      koreańskim więzieniu – relacjonował. W nocy co dwie godziny zapalają światło w
                                      celi... W jego przypadku porównanie odnosiło się również do lokum, które
                                      zajmował wraz ze świeżo powiększona rodziną, niewiele większego od wspomnianej
                                      celi. Tym prędzej przerzucił się na dyscyplinę równie ryzykowną, a uprawianą
                                      przeze mnie przez ostatnie pięć lat, czyli budowę domku za miastem.

                                      Pora sformułować 1. prawo telekomutera: “Kiedy robisz coś naprawdę
                                      absorbującego w godzinach pracy, zawsze odezwie się komórka”. Zgodnie z tą
                                      zasadą szefowi udało się dodzwonić w momencie zalewania fundamentów i stropu,
                                      choć np. kierownik budowy spóźnił się na oba te wydarzenia. W takich chwilach
                                      potrafię być szorstki, i wykrzykując w stronę ekipy polecenia łamaną
                                      ruszczyzną, dać do zrozumienia, że tu wre prawdziwa robota i nie mam czasu na
                                      pierdoły. Ale nie za to mnie wywalili :-) (patrz odcinki poprzednie).

                                      Nareszcie pięcioletnia przygoda dobiegła końca i dziś w pełni korzystam z
                                      uroków telecommutingu, wysiadując nad rzeką Dobrą, “w pięknych okolicznościach
                                      przyrody”, gdzie tylko lekki ucisk na półdupek (komórkę noszę w tylnej
                                      kieszeni) przypomina mi, że jestem w (tele) pracy. Jedynym zmartwieniem jest
                                      bujna zielona wegetacja wokół, z którą walczę już to kosą, już to herbicydem.

                                      Biegnąc myślą wstecz, zatrzymuję się przy problemie, który jakieś pół roku temu
                                      postawił pod znakiem zapytania moją przeprowadzkę, mianowicie brakowi telefonu.
                                      Mam na myśli telefon “naziemny”, warunek połączenia z internetem, faksowania
                                      itp. czynności niezbędnych w teleharówie. Cóż realia prowincji, co prawda tylko
                                      o parę kilometrów od Wrocławia.

                                      Zgłosiłem się do kierownika telekomuny w gminie, nerwowo mnąc kopię podania o
                                      telefon z 1996 roku. -Nie, takiego podania pan nie składał - stwierdził patrząc
                                      pożądliwie na kwit potwierdzający fakt zgoła przeciwny. - Jakby pan sam sobie
                                      takie przyłącze zaprojektował – no, mapka, przebieg kabelka, zgody sąsiadów, to
                                      my je ostatecznie wykonamy.
                                      Warunek spełniam, mija miesiąc nic. Łapię typka na korytarzu, mnę już dwa
                                      podania i mapkę, kiero marszczy czoło... - Ekipy, mówi, nie mam, ale jak już
                                      się panu tak pali (pali pali, od siedmiu lat, pacanie), chodź pan ze mną.
                                      Prowadzi mnie do garażu zaadaptowanego na magazyn. -Mietek, wydaj panu stówkę
                                      kabla. Jak pan sobie wykopiesz, to się zgłoś, podłączymy raz dwa. Tylko
                                      porządnie, tak na meter, bo się czepiać będą. Osłupiały biorę zwój. Na podwórku
                                      dogania mnie z moją własną mapką i drugim zwojem w ręku. Wiesz pan co, ciągnij
                                      od razu dwa, i zakop sąsiadowi w granicy...

                                      Którą to porcję polskiego lokalnego kolorytu czytelnikom zza granic dedykuję.
                                      • Gość: Oż Cię Karol Re: Wsi spokojna, wsi wesoła IP: *.union01.nj.comcast.net 25.06.03, 20:50
                                        Czy u Was w biurach piątki tez są "dniem luźnego ubioru"?
                                        www.gogreen.com/choices/sevengreatways/images/telecommuting.gif

                                        Telepracownicy z kolei wiekszość dni tygodnia zaczynają w piżamkach.
                                        home.tampabay.rr.com/dhiggin1/Don_At_Work.htm
                                        siracusa.home.mindspring.com/images/telecommuting.jpg
                                        A taka dwufunkcyjna piżamka juz ok. piątku powinna znaleźć się w pralce więc
                                        www.resumedesign.com/telecommute.gif
                                      • fem.me Leniuch jeszcze!!!~!!! 20.08.03, 07:53


                                        rewelacyjnie lekkie pióro(?) !!!!!
                                        chcę jeszcze...może byc o polskim kolorycie, jak juz nie masz o telepracy :)))
                                        pozdrawiam i dzięki za poprawienie humoru w pracy będąc :)
                                      • leniuch102 ślizg katamaranem I 09.06.04, 18:31
                                        Lata mijają, samotny biały żagiel chyżo mknie w kierunku emerytury.
                                        Samozatrudnienie weszło mi w krew, bez pita co miesiąc czułbym się nieswój .
                                        Tym niemniej bogaty a rozrzutny klient, który utrzymywał mnie i resztę
                                        darmozjadów w firmie, powiedzmy, "A", wypchnął wreszcie nasz złom ze swoich
                                        serwerowni i mimo że wciąż bulił za serwis, stało się jasne, że trzeba szukać
                                        alternatywy.
                                        pl.praca.oferowana zadziałała niezawodnie i po krótkiej wymianie mejli znów
                                        siedzę na interview w stolycy. Firma, he he, B, trochę sknerzy, ale wyczuwam
                                        pewną elastyczność. Jako że charakter pracy - telepracy ma być podobny, w moim
                                        przytępionym nieróbstwem kaczanie powoli zaczyna formować się plan...
                                        • leniuch102 transfer do bloga: leniuch.blox.pl 23.06.04, 20:05
                                          postanowiłem przenieść wątek do blogowni gazety. jakoś tam weselej trochę.
                                          prawie od razu to docenili, bo dzisiaj blog leniuch.blox.pl trafił na na
                                          listę poleconych, obok, a nawet trochę nad blog Talków (!). wkrótce nowe odcinki !

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka