jotembi
11.11.02, 15:04
oj coś czuję, że będzie następny kijaszek w mrowisko... ale naprawdę nie
mogę się powstrzymać
dla wyjaśnienia:
- wiem, jaka jest sytuacja na rynku
- wiem, w jakim nastroju są ludzie bezskutecznie poszukujący jakiejkolwiek
pracy możliwie zbliżonej do tzw. profilu zawodowego czy wykształcenia (już
sama lektura wpisów na tym forum może człowieka zdołować na amen)
- wiem, że szanse na szybką poprawę są nikłe (a i to tylko wg oceny
skrajnego optymisty)
no więc WSZYSTKO TO WIEM!
ale:
czy naprawdę lata nauki widzicie jako lata katorgi...?
to pytanie to wbrew pozorom nie jest prowokacja, ciekawa jestem
w postach dominuje taki ton "tyle lat męki, a tu nic..."
jeszcze rozumiem, że podstawówka to męka totalna, te średnie etapy często
też, ale studia?
jestem stara babuleńka, co studia kończyła jeszcze za koszmarnych czasów...
no nie, nie przesadzajmy, nie sanacji, ale komuny (mały quiz: kto wie, skąd
te "koszmarne czasy sanacji"?), wtedy się raczej człowiek bał, żeby go do
roboty nie skierowali na jakieś zadupie (niektóre kierunki miały obowiązek
pracy czy coś w tym stylu, mój na szczęście nie), bezrobocie nikomu nie
groziło, przynajmniej formalnie. rozumiem, że ta pewność przyszłego
zatrudnienia mogła troche poprawiać nastrój studentowi i w efekcie
studiowało się weselej...
ale czy naprawdę dzisiejsi absolwenci (albo prawie-absolwenci) postrzegają
swoje lata nauki (studiów głównie) jako lata katorgi? czy ten ton to tak
niejako przypadkowo wynika z ogólnego (zrozumiałego zresztą) rozgoryczenia?
powtarzam: pytam z ciekawości
(ale i tak mi się pewno dostanie... trudno, taki już los jotembi na tym
forum)