Gość: Von S.
IP: *.180.wmc.com.pl
12.08.07, 12:43
To był czerwcowy, upalny dzień roku 1931. Albert Buhl z niepokojem
spoglądał na drzwi do gabinetu Generaldirektora Postamt Stolp.
Mieszkanka Wasserstrase madam Evelina Hochendorff oskarżyła go o
kradzież przesyłki, którą jej mąż wysłał z podróży do Berlina. W
środku miały być: nowe futro, szal i komplet nowych zapachów
łaziebnych. Buhl był niewinny. Nawet nie widział tej ogromnej paczki
na oczy. Natomiast dokumenty świadczyły przeciw niemu.. Paczkę miał
doręczyć goniec, a wcześniej wydać ją miał mu właśnie Buhl, jako
szef działu spedycji Postamt Stolp. Na biurku sekretarki dyrektora
zaterkotał telefon. Po dwóch zdaniach frau Bommke wskazała Buhlowi
drzwi do gabinetu dyrekora Manna. Albert poczuł jak drobniutka
strużka potu spływa po szyi i plecach. Nabrał jednak powietrza w
płuca i postanowił pewnym krokiem wejść do gabinetu dyrektora. To
był duży, przestronny pokój mieszczący się na pierwszym piętrze
budynku przy skrzyżowaniu Predigerstrasse i Butterstrasse.
Dyrektor Johann Mann był około sześćdziesięcioletnim mężczyzną. W
lewym oku nosił monokl, a prawej dłoni nieodłączną fajkę. Buhl stał
wyprostowany jak struna, w pozycji na baczność.
Wie pan dlaczego pana wezwałem- odezwął się sucho Mann. Buhl
przełknął ślinę i cicho odrzekł – Tak Herr Generaldirektor.
To bulwersująca sprawa, niegodna ReichPost. Jak Pan mógł zapodziać
tę paczkę- Mann podniósł głos. Frau Hochendorff to osoba
ustosunkowana w naszym mieście, ta sprawa nie ucichnie dopóki paczka
się mnie znajdzie!!!
Herr Generaldirektor przysięgam, że ta paczka nigdy nie trafiła do
mojego wydziału – usprawiedliwiał się Buhl.
Ma Pan czas do końca tygodnia, paczka ma się znaleźć i osobiście
pójdzie Pan ją doręczyć oraz przeprosić Frau Hochendorff- dodał Mann.
Rozmowa była zakończona. Buhl ukłonił się i niemal na palcach
wyszedł z gabinetu. Czekał go niezły ból głowy. Gdzie była ta
przeklęta paczka!
Buhl wyszedł z budynku poczty głównej w Stolp im Pommern. Budynek z
czerwonej cegły wzniesiony tu w roku 1879 był bliźniaczo podobny do
innych urzędów pocztowych na Pomorzu. Niemal kopie budynków można
spotkać w Sttetin czy Danzig. Albert miał nie lada problem. Jeżeli
nie znajdzie tej paczki straci posadę. Pracował tu od trzynastu
lat. Dzięki temu przetrwał lata wielkiego kryzysu pnąc się po
szczeblach kariery od gońca po szefa działu spedycji. Zegar na wieży
magistratu przy Stephanplatz wybił właśnie godzinę 15. Spokojnie –
pomyślał Buhl. Nie tracąc czasu przeszedł przez plac obok
Marienkirche i skierował się na Markplatz. O tej porze dnia rynek
był pełen przechodniów, przekupki zachwalały swoje towary rozłożone
na kramach wokół obelisku poświęconego generałowi Blucherowi.
Pogromca Napoleona stał na cokole beznamiętnie spoglądając na
południe miasta. Buhl minął pomnik odganiając rękę co bardziej
natarczywych sprzedawców, kupił od gońca aktualny numer Wochenblad i
wszedł do restauracji hotelu Munds. Usiadł przy stoliku w głębi
sali. Machnął ręką na kelnera, który niemal od razu postawił przed
nim duży kufel spienionego Stolper Kroner Pilsner. Nie ma nic
lepszego na taki upał niż dobre słupskie piwo – pomyślał Buhl. Zaraz
jednak popsuł mu się humor. O co chodzi z tą paczką ? Pierwszy raz w
jego pocztowej karierze zdarzyła się tak historia. Nigdy wcześniej
nie był wzywany do dyrektora, miał porządek w dokumentach, a
kolejności przekazywania paczek pilnował jak mało kto. Pójdę do frau
Hochendorff i wyjaśnię sprawę. Ta myśl poprawiła humor Buhlowi.
Zgłodniał. Ruchem ręki przywołał obera. Dorsz na maśle i lampka
mozelskiego wina – rzucił bez namysłu. Dorsz był niezły, wino
zmieszane z pilsnerem napełniło żołądek. Buhl zapłacił i wolno
wyszedł na rozgrzany słońcem Marktplatz. Od strony Holstentor
zadzwonił nadjeżdżajcy tramwaj. Albert przyspieszył kroku dochodząc
do przystanku, który znajdował się nieopodal domu w którym sto lat
wcześniej urodził się twórca potęgi niemieckiej poczty Heinrich von
Stephan. Buhl czuł się nieco ociężały po obfitym obiedzie.
Postanowił, że krótką trasę na Wasserstrasse pokona tramwajem.
Wysiadł tuż za skrzyżowaniem ze Schmiedstrasse, przeszedł przez
wybrukowaną ulicę przepuszczając przed sobą furmankę i dwa Benzy
pełniące rolę taksówek. Przechodząc obok Landratu spojrzał na zegar.
Było kilka minut przed czwartą. Po kilkudziesiesięciu krokach
stanął przed drzwiami kamienicy należącej do państwa Hochendorff.
Zajmowali oni parter i piętro budynku, na kolejnych dwóch mieszkali
lokatorzy i służba. Buhl nacisnął dzwonek. Po chwili drzwi otworzyła
mu młoda pokojówka.
-Dzień dobry, nazywam się Albert Buhl, czy pani Eveline Hochedorff
raczyłaby mnie przyjąć. Ja w sprawie zaginionej przesyłki -dodał.
-Proszę chwileczkę zaczekać – powiedziała pokojówka i zniknęła za
drzwiami. Chwilę później otworzyła je ponownie i gestem zaprosiła go
do środka. -Proszę za mną -dodała.
Hochendorffowie zajmowali największe mieszkanie w kamienicy. Mogło
mieć około dwustu metrów powierzchni. Pokojówka poprowadziła Buhla
do salonu. Tu na kanapie siedziała około pięćdziesięcioletnia
kobieta. Nie wstając zapytała.- Co pana sprowadza?
Jestem pracownikiem poczty, nazywam się Albert Buhl. To ja mam
ponieść konsekwencje zaginięcia pani paczki. Przysięgam, że jej nie
widziałem na oczy.
Sugeruje pan, że mój mąż okłamał mnie i nie wysłał paczki – frau
Hochendorff podniosła głos. Poza tym otrzymałam list z kwitem
pocztowym uprawniającym do odbioru, to chyba dostateczny dowód -
dodała.
Czy mógłbym zobaczyć ten dokument, ułatwiłby mi on poszukiwania –
zaproponował nieśmiało Buhl. Oczywiście. Różo, kwit przesyłkowy –
rzuciła krótko do pokojówki.
Służąca wróciła po kilku chwilach. Proszę pani nigdzie nie mogę go
znaleźć. Jak to !!! - stateczna kobieta zerwała się z kanapy.
Przecież jeszcze godzinę temu widziałam go na stoliku w sypialni.
Nie ma go -odparła służąca. Buhl nie miał wątpliwości. Jego
urzędnicza kariera dobiegała końca. Sytuacja bardzo się
skomplikowała.
-----------------
Albert miał dość tego dnia. Zmęczony dobrnął do domu przy Grosse
Auckerstrasse. Tu pod numerem 4 zajmował niewielkie mieszkanie na
pierwszym piętrze. Jako szefowi działu spedycji wiodło mu się nie
najgorzej, choć stara służąca Magda stale utyskiwała na kawalerski
stan Buhla.
Ożeniłby się Jaśnie Pan to były by pociechy zaraz – gderała podając
mu co wieczór kolację. Buhl zbywał te uwagi milczeniem. Miał słabość
do starej służącej, które niemal mu matkowała utrzymując jednak
niezbędny dystans dzielący pana od sługi. Albert wszedł do sypialni
zdjął garnitur i położył się na łóżku. Myśli kotłowały mu się pod
czaszką. O co w tym wszystkim chodzi? W przypadkowe zginięcie paczki
nie wierzył. Może ktoś próbuje się go pozbyć? Postanowił, że wieczór
spędzi z przyjaciółmi w Cafe Reinhard. To jego ulubiony lokal, z
pięknym widokiem na Rathaus i Stephanplatz. Podniósł słuchawkę
telefonu wykręcił numer do Fritza Bellowa. Część stary pierniku-
odezwał się po chwili Bellow. Zapraszam Cię na partyjkę skata
wieczorem, będzie kilka osób- dodał Fritz.
Prawdę mówiąc miałem ochotę na kolację w Cafe Reinhard – odparł
Buhl. W porządku skat może być na początek. Będę o ósmej - dodał
Buhl i odłożył słuchawkę. Był zmęczony.
Głośny dzwonek telefony wyrwał Buhla ze snu. Przecierając oczy
sięgnął do kieszonki kamizelki po zegarek. Była 19. -Słucham –
Albert podniósł słuchawkę telefonu. -Tu Anastacia Fielgen – w
słuchawce zabrzmiał lekki, kobiecy głos. Czy mogłabym rozmawiać z
panem Albertem Buhlem? -Tak to ja słucham, czemu zawdzięczam tę
przyjemność – Albert starał się być miły. Pamięta pan spotkaliśmy
się niedawno na festynie Bractwa Strzeleckiego przy Wallstrasse.
Obiecał mi pan wtedy wspólny wieczór. Nie dzwoni pan, więc jako
nowoczesna kobieta ja dz