Dodaj do ulubionych

Taka sobie opowiastka

IP: *.180.wmc.com.pl 12.08.07, 12:43
To był czerwcowy, upalny dzień roku 1931. Albert Buhl z niepokojem
spoglądał na drzwi do gabinetu Generaldirektora Postamt Stolp.
Mieszkanka Wasserstrase madam Evelina Hochendorff oskarżyła go o
kradzież przesyłki, którą jej mąż wysłał z podróży do Berlina. W
środku miały być: nowe futro, szal i komplet nowych zapachów
łaziebnych. Buhl był niewinny. Nawet nie widział tej ogromnej paczki
na oczy. Natomiast dokumenty świadczyły przeciw niemu.. Paczkę miał
doręczyć goniec, a wcześniej wydać ją miał mu właśnie Buhl, jako
szef działu spedycji Postamt Stolp. Na biurku sekretarki dyrektora
zaterkotał telefon. Po dwóch zdaniach frau Bommke wskazała Buhlowi
drzwi do gabinetu dyrekora Manna. Albert poczuł jak drobniutka
strużka potu spływa po szyi i plecach. Nabrał jednak powietrza w
płuca i postanowił pewnym krokiem wejść do gabinetu dyrektora. To
był duży, przestronny pokój mieszczący się na pierwszym piętrze
budynku przy skrzyżowaniu Predigerstrasse i Butterstrasse.
Dyrektor Johann Mann był około sześćdziesięcioletnim mężczyzną. W
lewym oku nosił monokl, a prawej dłoni nieodłączną fajkę. Buhl stał
wyprostowany jak struna, w pozycji na baczność.
Wie pan dlaczego pana wezwałem- odezwął się sucho Mann. Buhl
przełknął ślinę i cicho odrzekł – Tak Herr Generaldirektor.
To bulwersująca sprawa, niegodna ReichPost. Jak Pan mógł zapodziać
tę paczkę- Mann podniósł głos. Frau Hochendorff to osoba
ustosunkowana w naszym mieście, ta sprawa nie ucichnie dopóki paczka
się mnie znajdzie!!!
Herr Generaldirektor przysięgam, że ta paczka nigdy nie trafiła do
mojego wydziału – usprawiedliwiał się Buhl.
Ma Pan czas do końca tygodnia, paczka ma się znaleźć i osobiście
pójdzie Pan ją doręczyć oraz przeprosić Frau Hochendorff- dodał Mann.
Rozmowa była zakończona. Buhl ukłonił się i niemal na palcach
wyszedł z gabinetu. Czekał go niezły ból głowy. Gdzie była ta
przeklęta paczka!

Buhl wyszedł z budynku poczty głównej w Stolp im Pommern. Budynek z
czerwonej cegły wzniesiony tu w roku 1879 był bliźniaczo podobny do
innych urzędów pocztowych na Pomorzu. Niemal kopie budynków można
spotkać w Sttetin czy Danzig. Albert miał nie lada problem. Jeżeli
nie znajdzie tej paczki straci posadę. Pracował tu od trzynastu
lat. Dzięki temu przetrwał lata wielkiego kryzysu pnąc się po
szczeblach kariery od gońca po szefa działu spedycji. Zegar na wieży
magistratu przy Stephanplatz wybił właśnie godzinę 15. Spokojnie –
pomyślał Buhl. Nie tracąc czasu przeszedł przez plac obok
Marienkirche i skierował się na Markplatz. O tej porze dnia rynek
był pełen przechodniów, przekupki zachwalały swoje towary rozłożone
na kramach wokół obelisku poświęconego generałowi Blucherowi.
Pogromca Napoleona stał na cokole beznamiętnie spoglądając na
południe miasta. Buhl minął pomnik odganiając rękę co bardziej
natarczywych sprzedawców, kupił od gońca aktualny numer Wochenblad i
wszedł do restauracji hotelu Munds. Usiadł przy stoliku w głębi
sali. Machnął ręką na kelnera, który niemal od razu postawił przed
nim duży kufel spienionego Stolper Kroner Pilsner. Nie ma nic
lepszego na taki upał niż dobre słupskie piwo – pomyślał Buhl. Zaraz
jednak popsuł mu się humor. O co chodzi z tą paczką ? Pierwszy raz w
jego pocztowej karierze zdarzyła się tak historia. Nigdy wcześniej
nie był wzywany do dyrektora, miał porządek w dokumentach, a
kolejności przekazywania paczek pilnował jak mało kto. Pójdę do frau
Hochendorff i wyjaśnię sprawę. Ta myśl poprawiła humor Buhlowi.
Zgłodniał. Ruchem ręki przywołał obera. Dorsz na maśle i lampka
mozelskiego wina – rzucił bez namysłu. Dorsz był niezły, wino
zmieszane z pilsnerem napełniło żołądek. Buhl zapłacił i wolno
wyszedł na rozgrzany słońcem Marktplatz. Od strony Holstentor
zadzwonił nadjeżdżajcy tramwaj. Albert przyspieszył kroku dochodząc
do przystanku, który znajdował się nieopodal domu w którym sto lat
wcześniej urodził się twórca potęgi niemieckiej poczty Heinrich von
Stephan. Buhl czuł się nieco ociężały po obfitym obiedzie.
Postanowił, że krótką trasę na Wasserstrasse pokona tramwajem.
Wysiadł tuż za skrzyżowaniem ze Schmiedstrasse, przeszedł przez
wybrukowaną ulicę przepuszczając przed sobą furmankę i dwa Benzy
pełniące rolę taksówek. Przechodząc obok Landratu spojrzał na zegar.
Było kilka minut przed czwartą. Po kilkudziesiesięciu krokach
stanął przed drzwiami kamienicy należącej do państwa Hochendorff.
Zajmowali oni parter i piętro budynku, na kolejnych dwóch mieszkali
lokatorzy i służba. Buhl nacisnął dzwonek. Po chwili drzwi otworzyła
mu młoda pokojówka.
-Dzień dobry, nazywam się Albert Buhl, czy pani Eveline Hochedorff
raczyłaby mnie przyjąć. Ja w sprawie zaginionej przesyłki -dodał.
-Proszę chwileczkę zaczekać – powiedziała pokojówka i zniknęła za
drzwiami. Chwilę później otworzyła je ponownie i gestem zaprosiła go
do środka. -Proszę za mną -dodała.
Hochendorffowie zajmowali największe mieszkanie w kamienicy. Mogło
mieć około dwustu metrów powierzchni. Pokojówka poprowadziła Buhla
do salonu. Tu na kanapie siedziała około pięćdziesięcioletnia
kobieta. Nie wstając zapytała.- Co pana sprowadza?
Jestem pracownikiem poczty, nazywam się Albert Buhl. To ja mam
ponieść konsekwencje zaginięcia pani paczki. Przysięgam, że jej nie
widziałem na oczy.
Sugeruje pan, że mój mąż okłamał mnie i nie wysłał paczki – frau
Hochendorff podniosła głos. Poza tym otrzymałam list z kwitem
pocztowym uprawniającym do odbioru, to chyba dostateczny dowód -
dodała.
Czy mógłbym zobaczyć ten dokument, ułatwiłby mi on poszukiwania –
zaproponował nieśmiało Buhl. Oczywiście. Różo, kwit przesyłkowy –
rzuciła krótko do pokojówki.
Służąca wróciła po kilku chwilach. Proszę pani nigdzie nie mogę go
znaleźć. Jak to !!! - stateczna kobieta zerwała się z kanapy.
Przecież jeszcze godzinę temu widziałam go na stoliku w sypialni.
Nie ma go -odparła służąca. Buhl nie miał wątpliwości. Jego
urzędnicza kariera dobiegała końca. Sytuacja bardzo się
skomplikowała.
-----------------
Albert miał dość tego dnia. Zmęczony dobrnął do domu przy Grosse
Auckerstrasse. Tu pod numerem 4 zajmował niewielkie mieszkanie na
pierwszym piętrze. Jako szefowi działu spedycji wiodło mu się nie
najgorzej, choć stara służąca Magda stale utyskiwała na kawalerski
stan Buhla.
Ożeniłby się Jaśnie Pan to były by pociechy zaraz – gderała podając
mu co wieczór kolację. Buhl zbywał te uwagi milczeniem. Miał słabość
do starej służącej, które niemal mu matkowała utrzymując jednak
niezbędny dystans dzielący pana od sługi. Albert wszedł do sypialni
zdjął garnitur i położył się na łóżku. Myśli kotłowały mu się pod
czaszką. O co w tym wszystkim chodzi? W przypadkowe zginięcie paczki
nie wierzył. Może ktoś próbuje się go pozbyć? Postanowił, że wieczór
spędzi z przyjaciółmi w Cafe Reinhard. To jego ulubiony lokal, z
pięknym widokiem na Rathaus i Stephanplatz. Podniósł słuchawkę
telefonu wykręcił numer do Fritza Bellowa. Część stary pierniku-
odezwał się po chwili Bellow. Zapraszam Cię na partyjkę skata
wieczorem, będzie kilka osób- dodał Fritz.
Prawdę mówiąc miałem ochotę na kolację w Cafe Reinhard – odparł
Buhl. W porządku skat może być na początek. Będę o ósmej - dodał
Buhl i odłożył słuchawkę. Był zmęczony.
Głośny dzwonek telefony wyrwał Buhla ze snu. Przecierając oczy
sięgnął do kieszonki kamizelki po zegarek. Była 19. -Słucham –
Albert podniósł słuchawkę telefonu. -Tu Anastacia Fielgen – w
słuchawce zabrzmiał lekki, kobiecy głos. Czy mogłabym rozmawiać z
panem Albertem Buhlem? -Tak to ja słucham, czemu zawdzięczam tę
przyjemność – Albert starał się być miły. Pamięta pan spotkaliśmy
się niedawno na festynie Bractwa Strzeleckiego przy Wallstrasse.
Obiecał mi pan wtedy wspólny wieczór. Nie dzwoni pan, więc jako
nowoczesna kobieta ja dz
Obserwuj wątek
    • Gość: maniek Re: Taka sobie opowiastka IP: *.eranet.pl 16.08.07, 16:49
      kiedy cd.?
      • Gość: Von S. Re: Taka sobie opowiastka IP: *.180.wmc.com.pl 17.08.07, 08:09
        Buhl ciężko westchnął. Tego się obawiał. Panna Fielgen na
        strzeleckiej imprezie nie odstępowała go niemal na krok. Na
        odczepnego przyrzekł jej, że zadzwoni. Miał nadzieję, że zapomniała,
        ale nic z tego.
        -Proszę wybaczyć panno Fielgen, ale pani obecność zawsze odbierała
        mi pewność siebie- kłamał jak z nut. Właśnie zbierałem się na odwagę
        by do pani zadzwonić. Czy wybrałaby się pani ze mną kolację?
        Wcześniej wpadlibyśmy do mojego przyjaciela Bellowa na małą partyjkę
        skata?
        -O niczym innym nie marzę – odparła panna Fielgen. Proszę przyjechać
        po mnie kwadrans po 20-ej- odłożyła słuchawkę. Buhl z
        niedowierzaniem pokręcił głową. Mało mu kłopotów, teraz będzie miał
        na głowie jeszcze te dzierlatkę z rodzicami w Berlinie. Matko, na
        szczęście jutro sobota.


        W nowym fraku Buhl powoli schodził po stopniach kamienicy. Przy
        krawężniku stała już zaparkowana taksówka. Albert wsiadł na tylną
        kanapę. -Na Hardenberg proszę – rzucił krótko do kierowcy. Daimler
        Benz krótko zakaszlal i ruszył po brukowanej ulicy. Kierowca skręcił
        w Bahnstrasse minął po prawej kościółek, potem Dom Inwalidów, Zamek
        i MuhlenTur. Zatrzymał się tuż za mostem by przepuścić
        wyjeżdżających właśnie z wyjącą syreną strażaków. Znowu coś się
        pali – mruknął kierowca. Upały dawały się we znaki wszystkim, a
        rekordowa w tym roku liczba pożarów spędzała sen z powiek agentom
        ubezpieczeniowym. Po kilku minutach Benz powoli wspinał się na
        stromą ulicę Hardenberg. Zatrzymał się przy okazałym domu na końcu
        ulicy. Buhl wysiadł i zadzwonił do drzwi. Otworzyła mu pokojówka,
        która lekko się kłaniając zaprosiła go do środka. Na to najwyraźniej
        czekała Anastacia Fielgen schodząc właśnie po schodach do salonu. -
        Witam pana Albercie -szepnęła podając mu dłoń do pocałunku.
        Napije się pan czegoś czy wychodzimy ? -dodała. Albert musiał w
        duchu przyznać, że wyglądała bosko. Aż za bardzo bosko. Najchętniej
        zostałby teraz z nią w domu, ale nie mógł przecież pozwolić na to by
        ta smarkula, która wyrwała się rodzicom spod opieki dostrzegła, że
        ma nad nim przewagę. Zostałbym z rozkoszą, ale zapowiadałem nas na
        8, już jesteśmy lekko spóźnieni – Albert postanowił być zdecydowany.
        Musimy wyjść. Oczywiście, tylko wezmę szal – odpowiedziała panna
        Fielgen słodko się uśmiechając. Tego uśmiechu Buhl bał się
        najbardziej.
        Dziesięć minut później stali już w holu willi Bellowa przy
        Walkmuhlen. Dom przyjaciel Buhla zawdzięczał ojcu, pułkownikowi w
        stanie spoczynku. W środku było już kilkanaście osób. Panowie grali
        w karty i palili cygara, panie plotkowały na tarasie. Krążył szampan
        i dobry nastrój. Wieczór dopiero się zaczynał.
        ---------------------------------------------
        Arnold Spielerberg nudził się strasznie. Piątkowy wieczór był
        wyjątkowo leniwy, ale mimo to liczył na solidne napiwki. W piątki,
        jako odźwierny Reinhard Caffe zarabiał najwięcej. Mimo młodego
        wieku, miał ledwie 17 lat, cieszył się zaufaniem szefa restauracji
        jako człowiek do zadań specjalnych. Znał ten lokal od podszewki, był
        tu już gońcem, pomywaczem w kuchni i sprzątaczem. Z czasem awansował
        na odźwiernego. Latem praca była znośna, gorzej zimą, gdy musiał na
        mrozie otwierać drzwi przed gośćmi i zamawiać im powozy oraz
        automobile. Wszystkie udręki rekompensowały napiwki. Dziś wieczorem
        Arnold liczył na sporą gotówkę.
        Goście jak zwykle pojawiali się około dziewiątej. Ci którzy przyszli
        tylko na wczesną kolację już wyszli. Prawdziwa zabawa zaczynały się
        późno. Zdarzali się samotni panowie, którym trzeba było wskazać
        drogę na świątyń rozkoszy na Frauengasse lub parkom do
        najdyskretniejszego hotelu w okolicy. Do tego dochodziło zamawianie
        automobili i powozów, dla nieco starszej i bardziej konserwatywnej
        klienteli. Te wszystkie usługi sprawiały, że Arnold Spielerberg
        zarabiał więcej niż jego ojciec- mistrz stolarski w fabryce mebli
        Beckera. Napiwki dawały mu chęć do życia i nadzieję na własny
        interes w przyszłości. Marzeniem Arnolda był własny hotel. Do
        rzeczywistości przywołał go głos szatniarze Bielego.
        -Arnold do diabła rusz tyłek. Podjechały trzy taksówki!!!- wrzasnął
        Biele. Młody odźwierny zerwał się jak wystrzelony z procy i podbiegł
        do samochodów po kolei otwierając drzwi. Nie pomylił się. W jego
        dłoni lądowały szczodre napiwki. Wieczór zapowiadał się nieźle.

        Buhl i goście zajęli duży stolik w głębi sali na piętrze Caffe
        Reinhard. Kelnerzy szybko podali zimne zakąski i alkohole. Orkiestra
        grała walca. Albert tańczył z Anastacią, ale myślami był zupełnie
        gdzie indziej. Myślał o tym jak rozwiązać swoje kłopoty zawodowe. -O
        kim pan tak myśli Albercie – szepnęła mu do ucha panna Fielgen. -
        Zapewniam panią, że o nikim- Albert lekko zmieszał się tym, że
        Anastacia przyłapała go na błądzeniu w chmurach. -Niech pan się nie
        martwi, każdy problem można rozwiązać – uśmiechnęła się lekko.-
        Trzeba tylko znać odpowiednich ludzi – mrugnęła okiem. Albert przez
        chwilę zawahał się w tańcu. Po sekundzie ruszył dalej. -Czy mogłaby
        mi to pani wyjaśnić – rzucił szybko by ukryć zmieszanie. -Przyjdzie
        na to czas, mój panie – Fielgen uśmiechnęła się ponownie odrzucając
        zalotnie głowę do tyłu. -Mam ochotę na szampana Albercie usiądzmy –
        pociągnęła go za rękę. Usiedli przy stoliku, gdzie trwała właśnie
        ożywiona dyskusja. Lekko wstawiony już Bellow pokrzykiwał – Czerwona
        zaraza musi zniknąć z powierzchni tego świata!!!
        Fritz był wyraźnie podekscytowany Tylko silne państwo może się
        przeciwstawić komunizmowi! -Daj spokój Fritz komunizm nam nie grozi-
        Buhl starał się uspokoić przyjaciela. -Taak? -Bellow przeciągnał
        pierwszą sylabę. -Spójrz na wyniki wyborów, tych sukinsynów popiera
        sporo ludzi. Chcą powywieszać lepiej urodzonych na latarniach !-
        Prędzej załatwi ich SA Hitlera – rzucił siedzący w rogu doktor Hans
        Junger. - Dosyć tych dyskusji panowie- kategorycznym tonem odezwała
        się Ingrid, żona Jungera. -To miał być wieczór pełen zabawy, a nie
        polityki. Napijmy się !
        Buhl wzniósł kieliszek, po jego opróżnieniu poczuł, że musi wyjść do
        toalety. Przeprosił współtowarzyszy i ruszył przez salę do toalet
        przy schodach i bocznym barze. Drogę zagrodził mu wysoki postawny
        mężczyzna. Nie znamy się, ale będziemy się musieli spotkać – rzekł
        wręczając mu wizytówkę. Po czym ukłonił się i odszedł, a właściwie
        lekko zbiegł po schodach w dół. Albert nie zdołał nawet powiedzieć
        słowa. Spojrzał na wizytówkę. „Klemens Messner - radca”. Buhl
        wzruszył ramionami, dziwny dzień- pokręcił głową. Natura wezwała go
        do dokończenie marszu w kierunku końca korytarza.

        Lampa, biel sufitu i potworny ból głowy. Pierwsze wrażenie po
        otwarciu oczu nie było najlepsze. Koszmar przedpołudnia dopełniała
        wszechogarniąca suchość przełyku. Albert
        przymknął oczy. Czuł, że wykonanie jakiegokolwiek ruchu jest ponad
        jego siły. Szczytem fizycznej tężyzny byłoby zawołanie służącej
        Magdy, ale nie dowierzał swoim możliwościom. Powoli starał się
        przeanalizować sytuację. Jeśli zawołam, piach zalegający krtań chyba
        rozerwie mi gardło. Jeśli Magda usłyszy i przyjdzie to przyniesie mi
        wodę i ugaszę pożar pragnienia. Z drugiej strony nie ma gwarancji,
        że służąca jest w domu. Jest sobota i może być na targowisku.
        Albert czuł, że słabnie i ogarnia go ciemność.
        Powrót do świadomości był nieco przyjemniejszy.
        Ból głowy słabszy, ale Sahara w ustach nie pozwalała zapomnieć o
        morzu wypitego wczoraj alkoholu. Buhl nabrał powietrza w płuca i
        odpychając się rękami usiadł na łóżku. Świat zawirował jak szalona
        karuzela, a żołądek powędrował w okolicę krtani. To był zły pomysł –
        przemknęło mu przez głowę. Na takie rozważania było już za późno.
        Siedział. To był dobry początek, bo żołądek wrócił na swoje miejsce
        przez chwilę jeszcze powodując uczucie kipiącego wulkanu.
        Teraz nogi na podłogę, ręka oparta o krawędź łóżka, ws
        • Gość: Von S. Re: Taka sobie opowiastka IP: *.180.wmc.com.pl 17.08.07, 08:10
          Ból głowy słabszy, ale Sahara w ustach nie pozwalała zapomnieć o
          morzu wypitego wczoraj alkoholu. Buhl nabrał powietrza w płuca i
          odpychając się rękami usiadł na łóżku. Świat zawirował jak szalona
          karuzela, a żołądek powędrował w okolicę krtani. To był zły pomysł –
          przemknęło mu przez głowę. Na takie rozważania było już za późno.
          Siedział. To był dobry początek, bo żołądek wrócił na swoje miejsce
          przez chwilę jeszcze powodując uczucie kipiącego wulkanu.
          Teraz nogi na podłogę, ręka oparta o krawędź łóżka, wstajemy- Albert
          zaparł się całym ciałem i
          wyprostował się. Odetchnął głęboko mając nadzieję, że dopływ tlenu
          pomoże mu w pokonaniu dystansu dzielącego go od łazienki. Kąpiel
          dobrze mi zrobi, a zimna woda ugasi pragnienie.
          Albert był zdeterminowany. Ten upiorny poranek musi się skończyć.
          Kąpiel była wybawieniem, rozluźnione mięśnie odpoczywały. Ból powoli
          opuszczał głowę, ulatując wraz z parującą wodą. Teraz kawa, może coś
          zjem i spacer- Buhl konkretyzował plany sobotniego popołudnia.
          Dopijając kawę usłyszał dzwonek do drzwi. Służącej nie było, więc
          poszedł otworzyć.

          -----------------------------------------------------






          Przed drzwiami stał mężczyzna,którego twarz wydała się Albertowi
          znajoma. Lekko ćmiący głowę kac uniemożliwiał jednak zebranie myśli
          i zablokował skojarzenie faktów, twarzy i sytuacji.
          Przybysz jakby wyczuwając konsternację gospodarza uchylił kapelusza
          i rzekł:
          -Przepraszam, że nachodzę szanownego Pana tak wcześnie, ale ja,
          Klemens Messner jestem człowiekiem, który musi działać szybko.
          Buhl już przytomniej spojrzał na mierzącego niemal dwa metry
          barczystego mężczyznę. Gdzieś w kieszeni fraka powinien mieć nawet
          jego wizytówkę.
          -Rzeczywiście jest pan szybki, ale nie wiem czemu zawdzięczam
          wizytę – Albert był lekko zirytowany. Miał inne plany na ten dzień i
          łamigłówki olbrzyma w czarnym płaszczu niewiele go interesowały.
          -Zaręczam panu, że po poświęceniu mi kilku minut będzie pan
          wdzięczny mi za tę wizytę- Messner lekko się uśmiechnął stukając
          laseczką z główką z kości słoniowej o krawędź progu. To może być
          dzień, który odmieni Pana życie Buhl, ale chyba nie chce pan o tym
          rozmawiać na korytarzu nie częstując gościa choćby kieliszkiem
          koniakuuu?- przybysz ironicznie przeciągnął ostatnią sylabę zdania.
          Albert starał się odgadnąć o co chodzi dwumetrowemu elegantowi.
          Ostatnie dni były dla niego ciągiem zagadek, w których coraz
          bardziej czuł się zagubiony. Najpierw ta paczka, potem wręcz
          natarczywość tej smarkuli Fielgen, teraz Klemens Messner, który
          nachodzi go w domu bez wyraźnego powodu. Buhl westchnął, szerzej
          otworzył drzwi zapraszającym gestem wpuścił Messnera do domu.
          Cholera obym tego nie żałował- przemknęło przez skacowany mózg
          szefa działu spedycji Postamt Stolp. To miała być tak miła sobota.

          ---------------------------------------------------------------------
          ------

          Czerwcowy upał nie zelżał nawet na moment. Porucznik Adam
          Krzemiński z uczuciem nieukrywanego żalu spoglądał w stronę jeziora
          przylegającego do jednostki w Chojnicach.
          Zamiast siedzieć w dusznym biurze chętnie zanurzyłby się w chłodnej
          toni jeziora i pozwolił by ciało nieco obniżyło temperaturę. Zamiast
          tego miał przygotować raport dla majora Dubicza z Bydgoszczy.
          Niewiele mógł na razie napisać w tym dokumencie. „Podjęliśmy grę,
          czekamy na rezultaty. Nie do końca możemy przewidzieć jak to się
          skończy. Powoli zaciągamy sieć i mamy nadzieję, że obiekt w nią
          wpadnie”- chciał napisać Krzemiński, ale wiedział, że takiego języka
          major Dubicz nie lubił. Wolał konkrety, których na razie nie było,
          ale raport napisać trzeba. Ze znaczkiem „Ściśle tajne” przesyłka
          trafi do biur wywiadu w Bydgoszczy.
          Nad tym zadaniem Krzemiński ślęczał od miesięcy. Musiał stworzyć
          siatkę wywiadowczą na niemieckim Pomorzu. To miała być jedna z
          najważniejszych akcji, o jej ewentualnym niepowodzeniu porucznik
          wolał nawet nie myśleć.
          Ważne żeby się nie spieszyć, powoli metodycznie wciągać kandydata do
          gry i gdy on nie ma już wyjścia wyłożyć karty na stół. Krzemiński
          lekko uśmiechnął się w duchu do swoich myśli. On nie będzie mi mógł
          odmówić, za dużo ma do stracenia. Ta sprawa sporo nasz kosztuje, ale
          zyski mogą być nieocenione.
          Od zakończenia wojny obie strony próbowały wodzić się za nos. Niemcy
          nie zrezygnowali z dawnych ziem, a Polska musiała się bronić. Gra
          wywiadów nie ustawała. Każda ze stron miała dwa cele. Wiedzieć o
          przeciwniku więcej i dezinformować go o swojej sytuacji. Do tego
          potrzeba setek ludzi, zwerbowanych agentów, drobnych donosicieli,
          szantażowanych niewiernych mężów i żon, malwersantów i przemytników.
          Każda, czasami nawet najbardziej błaha informacja mogła okazać się
          kluczem do wielkiej sprawy. Takim kluczem był Albert Buhl, choć
          jeszcze tego nie wiedział.





          Albert postawił kieliszek koniaku przed Messnerem. Pozwoli Pan, że
          zostanę przy kawie, dla mnie nieco za wcześnie na alkohol-
          powiedział z ironią na jaką stać było skacowanego mężczyznę w
          sobotnie przedpołudnie.
          Nie szkodzi- odezwał się dwumetrowy elegant- jeszcze będziemy się
          mieli okazję napić – mężczyzna lekko się uśmiechnął. Słyszałem o
          pana kłopotach i chyba wiem jak pomóc- dodał.
          -Nie mam żadnych kłopotów -Buhl wyprostował się w fotelu.
          -Niech pan nie zaprzecza, ta sprawa może zakończyć pana błyskotliwą
          karierę w ReichPost. Po co sobie komplikować życie?
          -Nie rozumien o czym pan mówi- rozmowa zaczęła z lekka irytować
          Alberta.- Zagubienie paczek się zdarza, ale to nie powód żeby ktoś
          obcy nachodził mnie w domu. Zresztą myślę, że sprawa się szybko
          wyjaśni – Buhl wstał z fotela. Chyba już czas na pana- lekkim ruchem
          wskazał Messnerowi drzwi.
          Przybysz był wyraźnie zaskoczony, że gospodarz tak szybko chce się
          go pozbyć, ale starał się ukryć
          zdziwienie nadmiarem ruchów i lekkim uśmiechem. -Myślę, że za jakiś
          czas będzie chciał ze mną dłużej porozmawiać, niech pan trzyma na
          nocnym stoliku moją wizytówkę. Messner włożył kapelusz i skierował
          się do wyjścia. -To przyjacielska rada- dodał i zamknął za sobą
          drzwi.
          Albert opadł na fotel. Dobra, zagrałem twardziela, a teraz czas na
          powrót do szarej rzeczywistości.
          Nie miał jednak bladego pojęcia co ma zrobić.

          Ferdinand Papenfuss lekkim ruchem lejców ponaglił konie swojej
          dorożki. W tym fachu pracował od niemal czterdziestu lat. Powoli
          dorożkarze przegrywali w Stolp walkę o klientów z coraz
          liczniejszymi automobilami. Wciąż jednak wśród pasażerów jego
          powozik cieszył się powodzeniem. Papenfuss zabawiał klientów
          rozmową, polecał przyjezdnym hotele i restrauracje, a czasem domy
          uciech. Miał też stałe zlecenia od starej arystokracji, która wciąż
          z nieufnością podchodziła do pojazdów Adama Opla i Karla Benza.
          Zatrzymał dorożkę przy krawężniku na
          Grosse Auckerstrasse w reakcji na ruch ręki dwumetrowego mężczyzny.
          Pod Stolper Bank- rzucił pasażer króko.
          Papenfuss energicznie zdzielił batem dwie leciwe klacze. Dorożką
          szarpnęło, ale po chwili pojazd płynnie ruszył do przodu terkocząc
          kołami po brukowanej ulicy. Klient nie był skory do rozmowy,
          zasłonił twarz gazetą udając pogrążonego w lekturze. Dorożkarz znał
          się na ludziach. Mężczyzna sprawiał wrażenie osoby, która chce ukryć
          zdenerwowanie. Stolp to niewielkie miasto, Papenfuss nie kojarzył
          twarzy mężczyzny więc musiał to być przyjezdny. Ale bez bagażu?
          Dorożka przejechała przez Wollmarktstrasse, potem Stephanplatz i
          zatrzymała się pod Stolper Bank. Mężczyzna wręczył Papenfussowi
          banknot i nie czekając na resztę szybko wysiadł. Stary dorożkarz
          nawet nie zdążył mu się ukłonić jak miał we zwyczaju i życzyć miłego
          dnia.
          Dwumetrowy elegant skręcił w Bachstrasse i zniknął za budynkiem
          banku. Papenfuss wzruszył ramionami, dawno nie wiózł takiego gbura.

          -Tu Dubicz – odezwał się nieco skrzekliwy głos w słuchawce
          telef
          • Gość: Von S. Re: Taka sobie opowiastka IP: *.180.wmc.com.pl 17.08.07, 08:11
            Tu Dubicz – odezwał się nieco skrzekliwy głos w słuchawce telefonu.
            Krzemiński z trudem powstrzymał śmiech. Głos młodzieńca
            przechodzącego mutację nie pasował do majora Dubicza. Trudno było
            zachować powagę. Jednak Dubicz uchodził za wszechmocnego człowieka
            polskiego wywiadu, z którym liczono się nawet w Warszawie.
            Młodzieńczego wyglądu majora dopełniała twarz dziecka, temu
            przełożony Krzemińskiego zawdzięczał angielski przydomek Babyface.
            Kto by pomyślał, że ktoś o taki wyglądzie trzęsie polskim wywiadem w
            północnej Polsce- pomyślał Krzemiński.
            -Poruczniku – skrzekliwy głos Dubicza nieco irytował Krzemińskiego-
            spotkamy się na rynku w Chojnicach za trzy dni. Proszę czekać na
            sygnał, obowiązuje cywilny ubiór. To ja znajdę pana- trzask
            odkładanej słuchawki zakończył rozmowę. Telefon przełożonego na
            dobre zaniepokoił Adama Krzemińskiego. Raport niegotowy, żadnych
            wieści od agentów- uuuuuuu- westchnął głęboko- to nie będzie miły
            obiad z majorem.
            Dubicz miał swoją grę. Nie mógł jednej z najważniejszych operacji
            wywiadowczych zostawić na głowie młodego, niedoświadczonego jeszcze
            porucznika. W każdej sytuacji potrzebował co najmniej kilku opcji,
            rozwiązań awaryjnych. Ewentualna wpadka roztrzaskałaby w drobiazgi i
            tak wątłe polityczne zawieszenie broni pomiędzy Rzeszą, a Polską.
            Wywiad nie co fa się przed niczym. Szantaż, łapówki to niemal rzecz
            powszednia. Cel uświęca środki- Kodeks Boziewicza odstawiamy na
            półkę – Dubicz usmiechnął się do swoich myśli. Teraz pociąg do
            Danzig, a potem do Stolp, mam dwa dni by sprawdzić czy sprawy idą w
            dobrym kierunku.

            Parowóz mocno szarpnął wagonami na Hauptbanhof w Danzig. Wolne
            miasto żyło własnym tempem, choć wpływy nazistów coraz wyraźniejsze.
            Dubicz podróżował z dokumentami na nazwisko Jurgen Spaar. Nienaganną
            niemczyznę zawdzięczał babce ze strony matki. Spod okularów i
            ciemnej grzywki opadającej na czoło patrzył raczej ktoś o
            usposobieniu hodowcy gołębi niż pracownika wywiadu. Wertując gazetę
            Dubicz starał się nie zwracać uwagi na współpasażerów,
            z których dwóch było członkami SA. Głośno wymieniali poglądy o
            przyszłości Niemiec.
            Więcej takich, a będą problemy – pomyślał. Warszawa była
            zaniepokojona wzrostem znaczenie NSDAP i jej przybudówek. Polski
            wywiad pracował też nad skłócanie SS i SA, które stale walczyły o
            względy Adolfa Hitlera. Umiejscowienie swojego agenta wśród ludzi
            fanatycznie oddanych fuhrerowi było niemal niewykonalne. Żmudna
            praca wymagające wręcz benedyktyńskiej cierpliwości, analizowania
            faktów, kojarzenia pozornie niezwiązanych ze sobą zdarzeń i
            wyłuskiwanie osób, które dla kariery, pieniędzy bądź pod groźbą
            ujawnienia kompromitujących informacji były skłonne współpracować.
            Obserwacja czasami trwała latami i nie zawsze przynosiła
            rezultaty. Gdy idzie zbyt dobrze, trzeba być podwójnie ostrożnym.
            Zdarzało się przecież, że potencjalny kandydat na agenta był dobrze
            przygotowaną przez obcy kontrwywiad przynętą. Podwójnym agentem,
            który w potoku mniej ważnych informacji przekazywał te celowo
            zmanipulowane przez drugą stronę, by wprowadzać w błąd, zamazywać
            obraz, zniekształcać go by przeciwnik nie był w stanie wyłuskać
            prawdziwych danych i tym samym nie spodziewał się przygotowywanego
            latami uderzenia.
            Pociąg zwalniając zatrzymał się na stacji przed „polskim
            korytarzem”. Krótka kontrola dokumentów i schnellzug ruszył w
            dalszą drogę do Stolp.
            • off_nick Re: Taka sobie opowiastka 17.08.07, 17:33
              Panie Von S
              proszę o dalszy ciąg.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka