Gość: szpilkaaa@gazeta.p
IP: *.lodz.dialog.net.pl
05.03.08, 09:53
Pisałam już wielokrotnie,ale może ktoś tym razem pomoże.
Sytuacja taka:studiuję filologię na UŁ.
Większość egzaminów w sesji albo nie zaliczyłam albo w ogóle do nich nie podeszłam
Powód:w grudniu myślałam o urlopie zdrowotnym.2 tygodnie przed sesją poszłam
do dziekanatu,aby zapytać się czy możliwe jest wzięcie urlopu
dziekańskiego/zdrowotnego.
Usłyszałam negatywną odpowiedź i stwierdziłam''jakoś sobie dam radę''.
Niestety rady sobie nie dałam:-/
Dziewczyna z mojego roku powiedziała mi ,że jednak mam prawo wziąć urlop(ona
sama brała) tylko,że muszę mieć dokumentacją medyczną ,która by potwierdzała
minimum 6 miesięczne leczenie.
Z tym nie ma problemów bo choruję od 4 lat.
W zeszłą środę zadzwoniłam do pełnomocnika,ale powiedziano mi,że dopiero w
czwartek ktoś będzie.
Pojechałam tam w czwartek i dowiedziałam się,że pełnomocnik przyjmuje tylko we
wtorki w danym miejscu.
Wczoraj zjawiłam się w tym miejscu,ale ani rzecznika ani pełnomocnika nie
było.Pani rzecznik pojechała na jakieś targi,a pani pełnomocnik''gdzieś jest''.
Spotkałam się z kompletną ''olewką'' mojej osoby.Pani w rektoracie nawet nie
spojrzała na mnie,a kiedy zapytałam gdzie mogę znaleźć pełnomocnika to
wzruszyła ramionami i powiedziała,że ''nie wie''.
Okazała się,że pani pełnomocnik przyjmuje w instytucie psychologii(w
informacji było tylko napisane to miejscy,gdzie byłam) do którego dotarłam 25
minut po jej wyjściu.
Wczoraj byłam cholernie załamana,ale postanowiłam ją ''jakoś złapać''.Dzisiaj
dowiedziałam się,że będzie miała konsultacje...w następny wtorek.
Semestr skończył się 3 marca czyli 2 dni temu.
Stąd moje pytanie:czy ktoś miał podobną sytuacją i jak z niej wybrnął.
Nie mam siły do biurokracji na uniwersytecie:-/