zla.m
30.03.18, 08:32
Na podstawie dyskusji o Idzie matce, ale też paru innych miejsc.
Ludzie:
NIE DA się normalnie dyskutować o książkach, jeżeli dyskutanci piszą tak: "autorka MM napisała tandetne adidaski, ale pewnie miała na myśli ocieplane buty trekingowe", "napisała otręby, ale zakładam że nie rozróżnia i miała na myśli płatki owsiane".
Nosz kurczę, to może napisała, że w Ruince jest klepisko, a miała na myśli marmur kararyjski?
O ile jeszcze rozumiem dywagacje, że pani MM o czymś nie pisze, ale pewnie działo się to poza kadrem (czy to mycie owoców przed jedzeniem, czy lekcje śpiewu Laury), to już takie przekręcanie tekstu sprowadza dyskusję na kompletne manowce.
Dodatkowo - autorka nie jest ani kretynką, ani nie jest kompletnie stetryczała (ma 72 lata! moi rodzice oboje są jej rówieśnikami i oboje pracują, w szkole wyższej). A już na pewno nie była stetryczała te 20 lat temu, kiedy pisała o tandetnych adidaskach. Oraz zakładanie, że kobieta, która od dzieciństwa zajmuje się kuchnią nie rozróżnia otrąb od płatków owsianych woła o pomstę do nieba. Można, ewentualnie, założyć, że nie są jej znane nasiona chia, choć też bym była ostrożna.
Więc, do diaska - są adidaski i otręby, to rozmawiamy o adidaskach i otrębach, a nie o goretexach i płatkach owsianych.