Dodaj do ulubionych

Dziesiątego grudnia 1975 roku...

08.12.06, 13:54
...jak zwykle, w różnych punktach globu zegary
wskazywały różny czas.W Poznaniu była piąta rano.

pojutrze 31 lat:)
cóż, przyznam się bez bicia, że owszem, czytałam jakieś inne części J, ale
Klepka wryła mi sie w pamięć. jest niezawodną pigułką antychandrową i dziś
wieczorem ją dziabnę po raz enty.
pozdrawiam chyba jednak nieliczne/ych wielbicielki/li Szóstej:)
Obserwuj wątek
    • dori7 Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 14:24
      stara_dominikowa napisała:

      > pozdrawiam chyba jednak nieliczne/ych wielbicielki/li Szóstej:)

      Jakich "nielicznych"! Protestuje z oburzeniem. Klepka jest wspaniala! Jedna z
      najwspanialszych :)))
      • ready4freddy Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 14:32
        moim niezwykle skromnym zdaniem najlepsza :) co prawda do kompletu brakuje mi TiR i CP, ale jakos mi sie nie wydaje, zeby mogly dosiegnac tamtego poziomu ;)
      • martolka Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 14:32
        tak, Klepka najulubieńsza i najbardziej zaczytana :-)
        • magda_b Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 14:42
          chyba siądę przez weekend i też poczytam :) u mnie Klepka zawsze stała niżej w
          rankingu, prym wiedli jednak Borejkowie i wydawało mi się, ze jak ich nie ma,
          to ksiązka jest niepełna. SzK ma jednak swój swoisty urok...
    • mkw98 Klepka jest moja ukochana! n/xt 08.12.06, 14:33
    • onion68 Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 14:40
      To ja sobie z okazji rocznicy nabędę jakieś apetyczne stare wydanie, bo moja
      obecna "Klepka" składa się z pojedynczych karteczek przeważnie.
      Ja tam właśnie "Klepkę" lubię najbardziej, za największe nagromadzenie
      bohaterów-hitów (Cesia, pani Żakowa, Hajduk, Żaczek), za Marię Callas,
      wieżyczkę, Muminka i popisy kulinarne Julii, za ich Boże Narodzenie i Wielkanoc...
      • magda_b Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 14:42
        i Bobcio, i Bobcio, z myszkami, pisankami i ospą :)
    • stara_dominikowa Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 14:42
      rany, no myślałam że jest gdzieś na końcu rankingu popularności serii..
      przedświąteczne klimaty od razu kojarzą mi się z Klepką. Odziedziczony po
      wspaniałomyślnej Julii płaszcz, smarowanie "kłaczków wokół oczu" nowym tuszem,
      wyprawa po rybki i prezenty no i nieszczęsne kręcenie maku z myszową wpadką. a
      w święta przypalony bigosik:)
      • stara_dominikowa a w ogóle to... 08.12.06, 14:44
        .. oglądacie Arabelę? Julia i Toleczek wyglądają identycznie jak księżniczka
        Ksenia i Wilibald:)
    • fandzolka502 Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 16:30
      Podpisuję się jako kolejna ,,nieliczna'' wielbicielka Szóstej Klepki:) Bo ten
      cykl dla mnie powinien iśc na opak,to jest na samym dole CzP a na górze jako
      rarytaski Szósta Klepka,Kłamczucha itd... tak wogóle,zażyczę sobie Szóstą Klepkę
      pod choinkę:)
      • yowah76 Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 17:20
        Ha, o "Klepce" sie tu mniej mowi niz o innych ksiazkach, bo najmniej tam chyba
        do krytykowania...Jak sie tak z perspektywy lat zastanowic, to chyba dla mnie
        tez najlepsza, zabawna, postacie sympatyczne, prawdopodobne, zywe przede
        wszystkim... bez dylematow moralnych i gwaltownych a nieprzewidzianych zmian
        charakteru... bez moralizowania i namolnej agitacji!
        • ready4freddy Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 18:55
          zaryzykuje kontrowersyjna teze, iz ksiazki pani MM tym lepsze, im mniej w nich Borejkow..;) SK, Klamczucha, czy nawet OwR i BBB (pisze "nawet", bo Borejkow w nich relatywnie niewiele) owa teze potwierdzaja :)
        • iwoniaw Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 19:00
          > Ha, o "Klepce" sie tu mniej mowi niz o innych ksiazkach, bo najmniej tam chyba
          > do krytykowania...

          Też mi się tak zdaje. Uwielbiam "klepkę"!
    • anutek115 Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 19:37
      Dominikowo droga (nie tak stara jednakowoż :-)), ty chyba nie bywasz za często
      na tym forum. Moim zdaniem tu się roi od wielbicieli "Klepki..." i Żaków, w co
      drugim wątku znajdują się apele o powrót tej rodziny na Jeżycjadowe łono...
      • ready4freddy Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 08.12.06, 19:41
        Zakow i.. myszkow! wiecej myszkow :) chcemy mysza, nie sprezyny! :)
        • jottka myszaaaa!!! 08.12.06, 20:35
          tak jest, to bardzo dobre hasło:) i mamy żakowej, i hipciów, i pisanek z
          hitlerem mejd baj bobcio, a nie ściąganych z sieci opowiastek o żarówkach - skąd
          ci (ci dominikowo:) przyszło do głowy, że to najmniej lubiana powieść pani mm?
          tutaj faktycznie to chyba faworytka wielu osób

          zwierzątka zawsze świetnie rozkręcają akcję, ciskany jak szmata pies pana
          maciołka (?) to jednak nie to samo
          • ready4freddy Re: myszaaaa!!! 08.12.06, 20:57
            haslo to jest takie:

            wiecej myszkow, mniej Michaliszkow*

            *w domysle: wiecej Zakow, mniej Ignacych, a wszystko bedzie cacy (ze tak Zielona Gesia polece)
            • laura-gomez Re: myszaaaa!!! 08.12.06, 22:51
              ja bardzo lubię Szóstą Klepkę, chociaz nie jest to mój ulubiony tom Jeżycjady
      • stara_dominikowa anutek115... 11.12.06, 16:35
        no nie za często bywam:) ale szukałam w forumowych rankingach i kiepsko to
        wypadło.
        strasznie mnie zdołował news z relacji forumowiczek jak to Cesia skończyła
        siedząc w domu z gromadką dzieci a Hajduk jakieś kariery uskutecznia. fatalnie.
        mama Żakowa miała swoje zajęcia z dzieciakami, babrała się w jakichś masach
        plastycznych, jakoś nie żyła garami i mimo to była świetną kobitką. ale
        rzeczywiście Ceśka miała matczyno-opiekuńcze zapędy i dawała się wykorzystywać.
        poświęciła się więc na ołtarzu domowego ogniska. a mrukowaty Hajduk pewnie
        został mrukowatym panem ojcem co to go w rękę się całuje.
        • onion68 Re: anutek115... 11.12.06, 19:19
          Cesia miała tylko daleko posunięte poczucie obowiązku, i naprawdę nie musiała
          MM jej w te gary na wieki wieków ubierać. Jest to jedna z moich najulubieńszych
          postaci i z całej tej niekorzystnej ewolucji Jeżycjady jej los mnie najbardziej
          boli ;(
          Także do tych cech charakteru, które prezentował Hajduk w "Szóstej"
          (nonkonformizm, niezależność poglądów, brak skłonności do beczenia w stadzie),
          nie pasuje mi jego służalcze kląskanie do Handkego (rozmowa telefoniczna
          w "Tygrysie i Róży"). Mimo to myślę, że w warunkach domowych nie jest z nim aż
          tak źle ;)
        • wierszyk-pana-leara Re: anutek115... 12.12.06, 02:24
          stara_dominikowa napisała:
          > strasznie mnie zdołował news z relacji forumowiczek, jak to Cesia skończyła
          siedząc w domu z gromadką dzieci<...
          stara_dominikowo! Otrzyj łzy! To nie był NEWS, a HIPOTEZA, którejś z
          czytelniczek.
          Ja tam myślę, że Celestyna jest lubianą Panią Pediatrą. Dzieci z Jurkiem mają
          miłe , obciążone dziedzicznie, zmysłem humoru. Zresztą - ładne mi dzieci,
          najstarsze zaczęły już studiować.

          Dzieci to nie tylko zupy i kupy, że się tak poetycko wyrażę. Po to, żeby
          zobaczyć, jak ,taki mały człowiek rośnie i poznaje świat, warto zostać w domu.
          Nawet przez parę lat. Mózg , samoistnie się nie wyłącza, kiedy nie jest się na
          etacie.

          Ten pogardliwo, protekcjonalny stosunek wobec Mam, bezmózgich kur domowych -
          to jest dopiero smutne zjawisko!
          • stara_dominikowa wierszyk-pana-leara 12.12.06, 10:06
            > Dzieci to nie tylko zupy i kupy, że się tak poetycko wyrażę. Po to, żeby
            > zobaczyć, jak ,taki mały człowiek rośnie i poznaje świat, warto zostać w
            domu.
            > Nawet przez parę lat. Mózg , samoistnie się nie wyłącza, kiedy nie jest się
            na
            > etacie.
            >
            > Ten pogardliwo, protekcjonalny stosunek wobec Mam, bezmózgich kur domowych -
            > to jest dopiero smutne zjawisko!

            rany, spokojnie:) mam dziecko i wiem z czym to się je. moim zdaniem krążenie
            latami (z naciskiem na lata) wyłącznie wokół kuchni i pralki to intelektualne i
            społeczne wyjaławianie. to moje zdanie oparte na doświadczeniu i obserwacji.
            znam mamy etatowo domowe z definicji i oprócz kup i zup nie bardzo mam z nimi
            wspólne tematy. oknem na świat dla nich jest ewa drzyzga i mąż powracający z
            pracy. a jak dzieci wyfruwają z gniazda i nie daj boże mężuś z nimi się wyrwie -
            zostają z niczym. zlinczujcie mnie, ale jestem nieprzejednana w tej kwestii,
            więc wracam do Cesi.

            cieszę się, że moje obawy to hipoteza:) a czy Hajduk miał jakiekolwiek poczucie
            humoru?? to taki obiekt fajny do fascynacji z daleka, ale takie typy na co
            dzień to krzyż pański.



            • stara_dominikowa Re: wierszyk-pana-leara 12.12.06, 10:17
              swoją drogą, właśnie szukam dobrego pediatry i Ceśka w wersji spełnionej
              zawodowo byłaby mi na wagę złota:)
            • onion68 Re: wierszyk-pana-leara 12.12.06, 10:21
              No właśnie, w 1988 widzimy Cesię w podomce otoczoną gromadką, w 1993 (wigilia)
              apiać w otoczeniu garów i dzieciaków. Oczywiście, nie jest wprost stwierdzone,
              że Cesia jest li i jedynie Hausfrau , ale moim zdaniem uparte ukazywanie jej w
              takiej scenerii niesie przekaz, że tak właśnie jest.
              Masz rację, wychowanie dzieci to piękna praca, ale jak stwierdziła Gabrysia, czy
              to tylko pranie, sprzątanie, gotowanie? Nie odkryję Ameryki stwierdzając, że
              cała rodzina lepiej na tym wychodzi, jeżeli kobieta robi też coś dla siebie i ma
              pozadomowy kawałek życia.
              • ginestra Re: wierszyk-pana-leara 12.12.06, 11:44
                Ja tez nie widzę inaczej, w tym sensie, ze nie ma siły i nic na to nie
                poradzimy, ze tak jest na świecie urządzone, ze każdy człowiek rodzi się z taką
                swoją niepowtarzalnością i ma wpisaną w siebie jedną ogromną, najważniejszą
                potrzebę, której nie da się stłumić, mianowicie taką, żeby tę swoją
                niepowtarzalność wyrazić. (I to jest przecież bardzo piękne!)

                Jest też ten cały szeroki świat, którego cząstkę każdy człowiek wewnętrznie
                pragnie jakby odziedziczyć, tj. poznać, przyjąć na własność, stać się
                właścicielem jakiegoś tematu. Dlatego każdy czuje jakąś skłonność do takiej czy
                innej dziedziny, bo intuicyjnie ta właśnie dziedzina go jakoś wewnętrznie
                pociąga - jego, osobiście, jako człowieka. Najpiękniejsze jest to, ze każdy ma w
                sobie potencjał spełnienia się na więcej niż jednej ścieżce, tylko, że to są
                określone ścieżki, takie do których go ciągnie, do których ma pewne talenty, zasoby.

                I teraz, co do bycia mamą, moim zdaniem: niepowtarzalność, z którą rodzą się
                niektóre mamy polega właśnie na tym, że ta osoba dojdzie na wyżyny spełnienia
                jeśli całe życie będzie mamą (a potem babcią), jej właśnie to w duszy gra i w
                tej dziedzinie będzie szczęśliwa, i jest to dziedzina przepastna, w której nie
                ma ostatecznej granicy (jak i każda dziedzina) i jeśli ktoś wsłuchany w ten
                wewnętrzny głos będzie w tej dziedzinie się rozwijał, to będzie szczęśliwy i
                spełniony, a w przypadku mamy jest to tym cenniejsze, ze szczęśliwa mama wychowa
                szczęśliwe dzieci, i że na świecie będzie wtedy więcej szczęśliwych ludzi,
                którzy także być może wychowają szczęśliwe dzieci, bo od mamy nauczyli się jak
                być szczęśliwym. I jest to dziedzina równoznaczna z innymi. ALE - są i mamy,
                których niepowtarzalność pragnie wyrazić się także (lub bardziej) w innych
                dziedzinach i te osoby nie mogą zakłamać tego, że ciągnie je do innych dziedzin,
                że coś im innego w duszy gra i nie daje spokoju. I takie mamy też wychowają
                szczęśliwe dzieci jeżeli same będą szczęśliwe, jeżeli za tym głosem pójdą i będą
                się spełniać TEŻ w innych dziedzinach niż macierzyństwo. Wtedy również będzie
                więcej szczęśliwych ludzi na świecie.

                ALE - też jest na to wszystko co powyżej pewna "nakładka", którą trzeba mieć
                cały czas w głowie, a którą moim zdaniem pięknie wyraża takie biblijne zdanie,
                które już weszło do kanonu uniwersalnych cytatów, więc pewnie wszyscy je znają:
                "Jest czas rodzenia i czas umierania, czas radości i czas smutku, czas burzenia
                i czas budowania itd." Otóż po prostu warto jest o tym pamiętać, że kiedy jest
                "czas rodzenia" to jest czas rodzenia. Coś bardzo odpowiedzialnego i cennego i
                ważnego, dlatego dobrze jest jeżeli mama stara się tak poukładać życie, __o ile
                jest to możliwe__, żeby swoim dzieciom w tych pierwszych i __najważniejszych__
                dniach, tygodniach, miesiącach, latach bycia na tym świecie towarzyszyć, pomagać
                i po prostu być wtedy dla nich mamą. O tym co jej w duszy gra nie zapomina, i to
                także obdarza uwagą i jeśli się to da pogodzić to także realizuje lub częściowo
                realizuje, ale wie, że na pełne nabranie wiatru w żagle będzie jeszcze czas.
                Oczywiście mamą będzie całe życie, ale kiedy dzieci będą trochę podrastały, to
                tej przestrzeni na realizację siebie będzie trochę więcej. I w końcu wyrazi i
                spełni tę swoją niepowtarzalność, która jest wpisana w każdego człowieka, będzie
                ziarnem, które wzeszło i wydało plon i tego samego nauczy swoje dzieci. Nauczy
                je jak być szczęśliwymi ludźmi i jak nie zagłuszać tego wewnętrznego głosu. Ale
                nauczy je też szanować prawdę o życiu, że czasem nie wszystko trzeba realizować
                naraz, że jest ten "czas rodzenia" i inne "czasy" i nauczy tego, żeby być
                cierpliwym, i żeby nie zapominać o tym kim się jest, ale że - i tu nowa rzecz -
                nawet kiedy nie ma obiektywnie warunków by to _coś_ bez przeszkód realizować
                (przecież czasem bywa, że coś się dzieje obiektywnego, nawet przecież czasem
                wybucha wojna) to można także coś z tej niepowtarzalności dawać światu i
                realizować, że __zawsze jest taka możliwość__.

                A najgorzej jest jak ktoś tłumi ten swój wewnętrzny głos i wciska się w rolę
                "poświętliwej" mamy li i jedynie, i nie realizuje tej swojej głęboko wepchniętej
                i zaryglowanej wewnętrznej potrzeby, która to mama w głębi duszy jest
                nieszczęśliwa i sfrustrowana itp. , to wtedy ani nie będzie szczęśliwa ona sama,
                ani nie wychowa szczęśliwych dzieci. I na cóż coś takiego. Na szczęście jest
                wiele mam, które nawet jeśli nie miały takiego silnego "zewu" do spełnienia się
                wyłącznie w macierzyństwie, a potem w byciu babcią, tak pedagogicznie, jak
                pisałam w moim pierwszym przykładzie, ale tak wyszło, że całe życie były
                gospodyniami domowymi, to okazuje się, że wśród nich te szczęśliwe to te, które
                znalazły i pielęgnowały tę swoja dziedzinę, na przykład - gotowanie = chemia i
                alchemia, ogródek = biologia, prace ręczne = artyzm, kontakty społeczne =
                mądrość, wsparcie, czerpanie z różnorodności świata ludzi, dzielenie się
                wzajemne wiedzą, doświadczeniem, uczuciami itp.; organizowanie świąt, wesel itp.
                = zarządzanie projektami itp. itd. Można by to jeszcze ciągnąć dalej.

                Może to przydługi wywód, ale jest to temat, który we mnie bardzo mocno rezonuje
                osobiście. W tym Alchemiku, o którym trochę niektórzy (i ja też) pisali, to
                jest taka opowiastka o człowieku, który został wpuszczony do kompleksu
                najpiękniejszych na świecie pałaców i ogrodów i miał to wszystko podziwiać w
                taki jednak sposób, żeby nie upuścić trzech kropli oliwy, które miał cały czas
                na łyżeczce. No i za pierwszym razem dbał strasznie o tę oliwę i nic prawie nie
                zobaczył z tych wspaniałości. Za drugim razem chodził z rozdziawioną buzią i
                zachwycał się, ale oliwę stracił. Potem pomału uczył się jak to jest możliwe,
                żeby i podziwiać to piękno i na tę oliwę uważać. Oczywiście łatwiej byłoby
                podziwiać bez tej oliwy na łyżeczce, ale może wtedy i odbiór tych wspaniałości i
                siebie samego byłby u niego inny, inny smak miałoby to doświadczenie. Myślę, że
                mnie rozumiecie, że tak - wg. mnie - jest z macierzyństwem i realizowaniem się w
                tym pięknym świecie. A ta oliwa to te bardzo ważne, choć czasem żmudne i trudne
                i frustrujące sprawy życia codziennego, ale które przecież tez są istotne i mają
                swój smak.. Smak sukcesu? Też...!

                Pozdrawiam wszystkich!
    • mmoni Re: Dziesiątego grudnia 1975 roku... 09.12.06, 16:32
      W Krakowie było dzisiaj 17 stopni, w związku z czym ja w takich warunkach
      atmosferycznych "Szóstej klepki" czytać nie mogę.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka