avvg
16.11.08, 14:33
Wiecie co, mam takie dziwne wrażenie, że książka
bardzo dużo zyskuje przez fizyczną nieobecność tych
dwóch postaci - emanujących dobrem i dźwigających na
swoich barkach wszelkie problemy rodziny Matek
Polek... Naprawdę, jak popsikanie twarzy wodą ze
spryskiwacza do kwiatków. Nie ma nadmiernego
Gabrysinego rozpływania się w myślach (można mieć w
pewnym momencie dość), nagle okazuje się, że Ignacy
jest w stanie odprowadzać dzieci do szkoły i nawet
nakarmić. I fajnie, że pozostali bohaterowie mają
szansę wyjść z cienia - dzięki za jakieś świeże dane o
Pulpecji, miło wiedzieć chociażby, że biegają sobie u
niej po podwórku kury.
Węszę tu co prawda ingerencję wydawnictwa, które być
może zasugerowało autorce, że w powieściach
przeznaczonych dla młodszej grupy czytelników
rozważania pięćdziesięciolatki nie powinny zajmować aż
tyle miejsca. Ale swoją drogą, chętnie bym przeczytała
coś w rodzaju "Jeżycjady 30+", tylko może nie w
postaci takiego smęta jak "Kalamburka".
No i, chwała Bogu, o ile mnie pamięć nie myli, ten
wyświechtany frazez o kostiumie zmarszczek (czy też
jego ekwiwalent, jeszcze nie znam książki na pamięć:))
pojawił się tylko raz.