Gość: Alex
IP: 158.75.48.*
26.01.04, 12:39
W Bydgoszczy też miała być afera. Wychodzi na to, że skończy się na
osiągnięciu efektów politycznych. I o to chodziło. Błoto ciężko się zmazuje.
zwłaszcza, że można o tej niby aferze (a głównie zegarku), przypominać kiedy
tylko zajdzie polityczna potrzeba( kampania wyborcza). Oto i "Afera":
Woda z mózgu
Poniedziałek, 26 stycznia 2004r.
Zbiorowa schizofrenia. Już nikt nic nie wie. Kto złodziej, a kto ofiara? Kto
bohater, a kto gracz? Kto dawał, a kto brał? Choroby tej nabawić może się
każdy, kto czyta kilka gazet, ogląda kilka telewizyjnych programów. To opinia
naszych Czytelników, którą podzielamy w całej rozciągłości. Zbiorowa histeria
wokół BKS Polonia trwa od trzech lat. Ostatnio osiągnęła apogeum.
Wykorzystano ją do rozgrywek politycznych i personalnych. W ich tle wyrastał
na
bohatera ukarany za brak nadzoru nad podwładnymi naczelnik sekcji do walki z
przestępczością gospodarczą Komendy Miejskiej Policji w Bydgoszczy -
Krzysztof
Mikietyński. Kreował się na ofiarę spisku.
Już, już... miał podobno stawiać zarzuty popełnienia przestępstw byłym
lewicowym notablom, których niecne czyny wykrył - a tu: stop. Śledztwo mu
zabrano, zmontowano prowokację. Ludzie z biura wewnętrznego komendy głównej
zrobili nalot na stadion Chemika. Sfilmowali, jak podwładni Mikietyńskiego
przyjmują "haracz w towarze" od handlarki podrabianą odzieżą. Potem
szantażowali złapanych na gorącym uczynku. W zamian za łagodniejsze
potraktowanie mieli oni wyznać, że szef o wszystkim wiedział. Nie wyznali.
Potem nawet ci, którzy już przyznali się do przyjęcia łapówki, stojąc przed
kamerą u boku szefa, twierdzili, że towar im podrzucono. A naczelnik brnął
dalej. Opowiadał dziennikarzom o szczegółach prowadzonych przez jego sekcję
dochodzeń, sugerując, że i tam się niektórym ważnym naraził. I choć to
prokurator decydował o przeszukaniach, zatrzymaniach, kolejnych działaniach
policji i stawianiu zarzutów, a wszystkie sprawy nadal się toczą i "nie
ukręcono im łba" - informacyjny szum zrobił swoje. Materiały z dochodzeń
zawsze
robią wrażenie. Zwłaszcza gdy potraktuje się je wybiórczo, nie podda
weryfikacji i odpowiednio skompiluje.
Tak z Bydgoszczy zrobiono... Starachowice. Może słusznie, bo i tu, i tam były
policyjne przecieki.
Czarne - białe
Co jest prawdą, a co fałszem? Plewy od ziarna usiłowały ostatnio oddzielić
Komenda Główna Policji i Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku. Ich ustalenia
pokazały, że zawieszony w czynnościach naczelnik Mikietyński - delikatnie
rzecz
ujmując - mija się z prawdą.
* Nieprawdą jest, że odebrano mu śledztwo w sprawie "Polonii" i powierzono
kolegom z komendy wojewódzkiej po to, żeby sprawę rozmydlić.
Prawdą jest natomiast, że medialna burza wokół Polonii (w połowie listopada
ubiegłego roku) zainspirowała komendanta wojewódzkiego Henryka Tokarskiego do
nadania dochodzeniu szczególnej rangi.
Komenda Wojewódzka z reguły przejmowała dochodzenie w sprawach szczególnie
zawikłanych. W "Expressie Bydgoskim" od 8 do 15 listopada 2003 r., w serii
publikacji o BKS Polonia pod tytułem "Dogorywka", pisaliśmy szczegółowo o
powiązaniach polityki, sportu i biznesu. Komendant uznał, że sprawa jest
poważna, a wyjaśnianie kolejnych wątków tej afery w miejskiej komendzie idzie
zbyt wolno. Od maja do listopada zakończono zarzutami tylko najprostszą
sprawę:
fikcyjnych umów z piłkarzami. Na dodatek i tutaj popełniono błędy. Nie
zabezpieczono oryginałów, a jedynie kopie owych umów. Te zaś nie stanowią
dowodów.
* Nieprawdą jest, że Mikietyński prosił, by sprawę Polonii KWP przejęła wraz
z
człowiekiem z "miejskiej", który ją prowadził.
Prawdą jest, że o to, by nie zabierać mu pracownika z zarzuconej miejskimi
aferami miejskiej komendy, wnioskował szef KMP Marek Echaust. Jak twierdzi:
na
prośbę samego Mikietyńskiego.
* Nieprawdą jest, że wydział przestępstw gospodarczych w KWP był "w
organizacji" i pracowali w nim niedoświadczeni funkcjonariusze.
Prawdą jest, że pracują tu policjanci z długą praktyką i kwalifikacjami,
których Mikietyński takim stwierdzeniami obraził. Także funkcjonariusz,
któremu
powierzono sprawę Polonii, prowadził już sprawy gospodarcze (w jednostce, z
której go kilka miesięcy temu do KWP awansowano). Żaden z wątków "polonijnej
afery" na razie się nie rozmył. Policja i prokuratura kontynuują śledztwo.
Sprawa ma wiele wątków.
* Nieprawdą jest, że Mikietyński, wespół z prokuratorem, szykował się do
postawienia zarzutów byłym miejskim notablom. Chodziło o brak kontroli nad
dotacjami miejskimi dla Polonii.
Prawdą jest, że donos w tej sprawie wpłynął w październiku ubiegłego roku, a
do
14 grudnia przesłuchano w KMP zaledwie trzy osoby. Prokuratura uznała, że na
tym etapie nikt o zdrowych zmysłach nie postawiłby zarzutów. Komenda
Wojewódzka
przejęła dochodzenie w sprawie dotacji 6 stycznia br. * Nieprawdą jest, że
podwładnym Mikietyńskiego podrzucono "fanty", by zmusić ich do donosu na
szefa.
Prawdą jest, że biuro spraw wewnętrznych KGP przyglądało się sekcji
kierowanej
przez Mikietyńskiego ponad rok. O szczegółach działań operacyjnych wiedziało
wąskie grono. Przestępstwo dokonane przez policjantów z sekcji PG na Chemiku
zarejestrowano kamerą. Protokół, na którym nie znalazły się zabrane handlarce
rzeczy, to kolejny dowód w sprawie.
* Nieprawdą jest, że Fortis Bank bezpowrotnie stracił 550 tys. zł. kredytów,
które bez należytego zabezpieczenia (rzekomo miała je stanowić tablica
świetlna
na stadionie) wpompował w BKS Polonię szef bydgoskiego oddziału Grzegorz
Kloska.
Prawdą jest, że oba kredyty zostały spłacone. I to z racji dobrego
zabezpieczenia, które stanowiły m.in. poręczenia wekslowe bydgoskich firm i
cesja należności z umów sponsoringu.
* Nieprawdą jest, że dotacje z Urzędu Miasta "defraudowano, kupowano za nie
mecze, zegarek dla Millera, organizowano bankiety".
Prawdą jest, że część dotacji wydano niezgodnie z przeznaczeniem, najczęściej
na bieżące potrzeby klubu, a w Urzędzie Miejskim przymykano na to oko.
Pisaliśmy o tym w czerwcu i lipcu 2001 r. w wieloodcinkowym serialu "Polonia
Restituta". Powtarzaliśmy w połowie listopada w serialu "Dogorywka". Dopiero
teraz ogólnie znana dzięki tym publikacjom informacja urosła do miana afery.
Grażyna Ostropolska - Express Bydgoski