pjotrula
30.03.11, 09:58
Kupiłem i przeszedłem wczoraj finalne DLC do Mass Effect 2. Jako, że z przyczyn różnych nie wszyscy sobie na tą przyjemność pozwolą, postanowiłem się podzielić wrażeniami. Bez spoilerów.
Kwestia podstawowa (choć w przypadku skromnego dodatku wypuszczonego ponad rok po premierze gry to chyba oczywiste): to DLC tylko dla fanów serii. Takich, którzy mają minimum dwie postacie dociągnięte do końca gry, i którym zafundowali wszystkie inne, wypuszczone wcześniej przygody. Ci, którzy podstawowe ME2 przeszli bez większego przekonania tu raczej nic dla siebie nie znajdą.
Dlaczego? Po pierwsze i najważniejsze: dodatek jest słabszy niż misje z Overlorda czy Shadow Brokera. Krótszy, mniej urozmaicony, pozbawiony praktycznie całkiem interakcji z drużyną i światem. Dialogów - a w nich "wyborów" - mamy małą garstkę, a te, które są, żywcem przypominają wybory zaprezentowane w demo Dragon Age 2. Ktoś coś mówi bądź robi, po czym przed nami pojawia się kółko dialogowe. Możemy zareagować uprzejmie, wrednie lub neutralnie. W zależności od wybranej opcji możemy dostać parę punktów Paragon lub Renegade, i usłyszeć inną reakcję rozmówcy, ale natychmiast potem podjęty wybór przestanie mieć znaczenie.
Z tym wiąże się powód drugi - można śmiało zakładać, że to, czy zagraliśmy w Arrival czy nie, będzie miało zerowy wpływ na losy zaimportowanej postaci w finalnej części serii. O ile zakończenie Overlorda oferowało realny wybór, a LotSB dawał choć możliwość interakcji z Liarą na różne sposoby, tak absolutnie wszystkie wydarzenia w Arrival są równie kanoniczne jak los Shadow Brokera po poprzednim dodatku. Jestem przekonany, że tak o jednym jak i o drugim gracze usłyszą na początku ME3, nawet jeśli nazwa "Arrival" nie obiła im się nawet o uszy.
Kwestia trzecia - długość. Grałem na hardcore, dzięki czemu zabawy starczyło w sumie na jakieś półtorej godziny. Na poziomie normal, gdzie praktycznie się nie ginie a przeciwnicy padają po paru strzałach, ten czas spokojnie można podzielić na pół. Większość z tego czasu spędzamy biegnąc przed siebie i strzelając. Samemu.
To kwestia czwarta. Z dość oczywistych przyczyn nasi kompanii we wcześniejszych DLC byli w cutscenkach niemowami. W końcu nie sposób zatrudnić ponownie 12 różnych voice aktorów tylko po to, żeby każdy z nich nagrał kilka linii, bez dopłacania do interesu. Nie przeszkadzało to w normalnym graniu w nową zawartość tak, jak w ME2 się grać zwykło. W przypadku Arrival nagle komuś zaczęło to przeszkadzać - i nasza drużyna została całkiem wycięta. Pod błahym pretekstem Shepard ląduje u celu sam(a), a rozgrywka zbliża się jeszcze bardziej do arcade'owego shootera.
Kwestia piąta - czyli tak zwana "epickość". Jej obecność lub brak to oczywiście odczucie subiektywne. W moim subiektywnym odczuciu, zabrakło. W rozgrywce ze względu na granie samemu. Bez dwóch dodatkowych zestawów gnatów i mocy, przeciwnicy musieli być odpowiednio łatwiejsi. Co gorsza, zaowocowało to również (lub raczej posłużyło jako pretekst dla...) brakiem jakiejkolwiek walki innej od wycinania fal wroga płynących z naprzeciwka. Po pamiętnych bossach z Overlorda czy Shadow Brokera, to ogromny krok wstecz. W fabule? Tu oczywiście jeszcze trudniej o obiektywną ocenę. Zakończenie jest monumentalnie ważne. Tyle, że sama narracja jest prowadzona bez emocji, bez zaskoczeń, płasko po prostu. To rzemieślnictwo - strasznie podobne stylem do tych fragmentów demo DA2, które przedstawiały ucieczkę z Lothering.
Tyle punktowania. Co z zalet? Szczerze, niewiele.
Mamy możliwość spotkania dwójki starych znajomych. Pierwsze z nich następuje na początku, więc żadnym spoilerem nie będzie informacja z kim. Admirał Hackett, którego w jedynce reprezentował tylko (lub aż :]) głos Lance'a Henriksena, tu w końcu dostaje do kompletu twarz. Spotkanie drugie następuje blisko końca i niejako z zaskoczenia, więc nie wspomnę z kim - wspomnieć muszę natomiast, że jest bardzo wierną i bardzo słabą kalką innego spotkania, które miało miejsce wcześniej.
Werdykt końcowy?
Obiektywne 5/10, 6/10 od fana serii. Jeśli macie głód ME, miłej zabawy. W przeciwnym wypadku sugeruję przejść "Arrival" na youtube.
A dla grających słowo ostrzeżenia. Misja podobno staje się dostępna zaraz po Horizon. Z punktu widzenia chronologii serii, to absurd. Wydarzenia w LOTSB faktycznie mogły się wydarzyć wcześniej niż skok przez Omega 4. Arrival to definitywny epilog.