mjot1
13.09.08, 18:32
Po wczorajszym przepaskudnym dniu dzisiejszy powitał nas chłodem i
choć pochmurny to jednak bez opadów.
Rześkość spowodowała, że wziąłem się w garść i co prawda baaardzo
niechętnie to jednak gnuśną swą powłokę wytaszczyłem z chałupinki.
Przewiozłem taczkami drewno zza ogrodzenia i ułożyłem pod
zadaszeniem.
Po jakże wyczerpującej pracy, w poczuciu dobrze spełnionego
obowiązku usiadłem by odetchnąć. Delektując się błękitnym dymkiem
takoż leniwie, co bezmyślnie zacząłem się gapić wokół...
Nie widzę!
Myśl straszna przemknęło przez czaszkę jak błyskawica i zmysły
wyostrzyła. Jak to?
Spojrzałem raz jeszcze uważnie. Potworność; nie ma! Zerwałem się
podbiegłem, qurcze nic! Ani jednego! Wszystkie zeżarło? Zgroza!
Najgorsze emocje wybudzone gdzieś tam w głębiach trzewi owładnęły
mnie całego.
Do wynurzającej się zza węgła Mojej Zdecydowanie Lepszej Połowy
warknąłem: No i jak pilnowałaś?!
A co się stało? Odrzekła z lekkim niepokojem
No gdzie się podziały wszystkie „żołędzie”!? Wrzasłem
Podeszła do krzewów leszczyny. O! Nie ma!
Ani jednego orzeszka? A przecież tyle ich było.
Co prawda już od dwu tygodni dzięcioły buszowały po krzewach, ale
wydawało się nam, że jeszcze zielone, że jeszcze nie czas...
No i doczekaliśmy się!
Co roku rozgrywała się ta swoista gra. Ale tak jeszcze nigdy nie
było. Dotychczas przecie zawsze w tym współzawodnictwie osiągaliśmy
jakieś sukcesy.
A tu kompletnie nic! Ani jedniusieńkiego orzeszka. Do zera!
Doprawdy widok to okropny, gdy patrzysz i nie widzisz...
Ech... Gdzież ta nasza dawna rewolucyjna czujność?
Człek chyba dziadzieje...
Najniższe ukłony!
Posępny M.J.