hanys_hans
06.12.06, 20:24
Andrzej Pilipiuk
ŚWIĘTY MIKOŁAJ SPOTYKA DZIADKA MROZA
Sypał śnieg. Mróz trzymał mocno. Było co najmniej trzydzieści stopni poniżej
zera. I jeszcze do tego wiał silny wiatr. W taką pogodę nie wypędza się z domu
nawet psa. Samemu też się nie wychodzi. Chyba że nie ma innego wyjścia. Gdzieś
w samym sercu Syberii stała chatka zbudowana z grubych, nieokorowanych belek.
Pomiędzy belki utknięto pakuły, stare gazety i wszelkie inne materiały
uszczelniające, jakie były pod ręką. Niewielka chatka chyliła się ku ziemi. Na
pierwszy rzut oka wydawało się, że nikt w niej nie mieszka, a jednak z komina
szedł dym, a wzdłuż krawędzi dachu zwisały sople. Takie sople, które powstają,
gdy wewnątrz domu pali się w piecu i ciepło przenikające przez dach roztapia
odrobinę śnieg. Koło chatki stały sanie, popularna swego czasu trojka. Starzec
z białą brodą wyszedł z domku. Popatrzył przez chwilę na otaczający go las i
westchnął. Z kieszeni wydobył czapkę. Była to niewielka czerwona czapka w
kształcie miski. Założył ją na głowę. Wyglądał teraz odrobinę dostojniej. Z
sieni wydobył worek wypełniony zaledwie w jednej trzeciej i umieścił go
troskliwie na saniach. W szopie za chatką odszukał pastorał. W tym roku wisiał
przy nim mały dzwoneczek. Tak to już było. Wszystko było ostatnio płynne.
Nawet jego rysy zmieniały się. Dobrze, że w tym roku miał do sań trójkę
reniferów. Przez kilka ostatnich lat musiał zadowalać się jednym. Może coś
wreszcie szło ku lepszemu? Niespodziewanie zaszła zmiana. W wiecznym półmroku
tajgi pojawiła się jasna plama światła. Powiało ciepłem. Starzec odwrócił
powoli głowę. Blask raził przez chwilę jego oczy przywykłe do pełgających
płomyków cienkich cerkiewnych świeczek. Przed nim stał anioł. Anioł miał trzy
pary skrzydeł, białą szatę, będącą skrzyżowaniem greckiej tuniki i rzymskiej
togi. Na głowie szopa jasnych włosów, a nieco wyżej dyskretnie połyskiwała
aureola. Cała postać anioła jaśniała i biło od niej ciepło.
- Bądź pozdrowiony, biskupie Mikołaju - odezwał się gość.
Starzec uśmiechnął się i odruchowo poprawił swoją czapkę. Z czapką działo się
coś dziwnego. Zamieniała się powoli w normalną mitrę biskupią. Sądząc z
kształtu - katolicką.
- To ty? - zapytał, mając na myśli przemianę.
- Nie, o czcigodny.
Święty Mikołaj przymknął oczy.
- Mikołaju...
- Mów proszę. Z czym przychodzisz?
- Wiesz, co się dzieje?
- Tak. Moje istnienie na Ziemi podlega wierze ludzi. To, jak mnie sobie
wyobrażają, determinuje mój wygląd. To, jak mocno we mnie wierzą, sprawia, że
jestem słabszy lub silniejszy, A teraz jestem bardzo słaby. I czuję rozdwojenie.
- Psychiatrzy z miasteczka określiliby to jako schizofrenię bezobjawową.
- Zupełnie słusznie. Z czym przychodzisz?
- Tam na Górze... - Anioł skłonił się z szacunkiem w stronę pociemniałego
nieba. - Tam na Górze uważają, że dość już zrobiłeś. Pora odpocząć.
- To już nie potrwa długo. Wkrótce będę mógł powrócić do was. Dopóki jednak
ktoś we mnie wierzy, nie mogę go zawieść.
- Dzisiejszej nocy może być niewesoło.
- Przywykłem narażać życie w zaułkach Konstantynopola. Kilku enkawudzistów nie
przestraszy mnie.