Gość: Marcin Las
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
17.06.03, 19:43
Witam. Jestem artystą, pracuję z dzieciakami, cały rok dojeżdzam do pracy na
rowerze. Szczególnie zimą jest niezbyt (moje kolana przekroczyły już 40-kę).
Może dlatego, że prowadzę akcję "ROWERY" od 1985 roku ukradziono mi ich już
kilkanaście. Dosiadałem już rowerów w okolicach berlińskich squotów w
czasach wielkiego przełomu, rykszy w Indiach i Nepalu (niestety w czasie
ostatnich dni króla). Spacerowałem swobodnie przez Niemiecko-Duńską granicę
w Schlezwiku-Holsztynie na pożyczonym od znajomych rowerze, mając przedsmak
zjednoczonej Europy. Jeździłem składakiem i kolażówką, góralem i "ukrainą",
po ulicach wielkich miast, piaskach wsi i bezdrożach, więc dlaczego
urzędnicy wątpią iż moje koszty uzyskania nie wynoszą 50%? Dętki i szprychy
zużywają się, nieraz coś pęka lub się odkręca. Ochronna odzież (niezbędna!)
też kosztuje. Może też nadejść czas leczenia reumatyzmu.
Urzędnicy władni wydać decyzje, jak mają działać przedszkola, w których
pracuję chcą mi dowalić opłaty za wodę, światło, metraż i/lub godziny, a czy
moje koszty w ten sposób spadną? Jestem artystą i jak większość artystów na
sztuce nie robię kokosów, ale Polacy pojadą na wojnę i ja muszę się do tego
dołożyć. Wolałbym dopłacać do autostrad w Polsce, jednak rowerzystom tam
wstęp wzbroniony. M Las