aleks.4
19.06.04, 15:42
Wzrost nastrojów antysemickich w zachodniej Europie jest faktem, można go
zmierzyć liczbą sprofanowanych cmentarzy i podpalonych synagog. Nie został
wyssany z palca sondaż, według którego ponad połowa Europejczyków uważa
Izrael
za największe zagrożenie dla światowego pokoju. Ani cała seria następnych,
ujawniających, że zdaniem znacznej części Europejczyków Żydzi
mają "szczególny
stosunek do pieniędzy", nie są lojalnymi obywatelami swoich państw,
pozostają "kulturowo obcy", a na Bliskim Wschodzie są agresorem,
względnie "okupantem".
Powiedzieć, że lewicującym elitom zachodniej Europy świat wali się na głowy,
byłoby może przesadą, ale w każdym razie konfuzja jest wielka. Oskarżane o
grzech antysemityzmu muszą się one czuć mniej więcej tak, jak Torquemada
zmuszony dowodzić, że nie jest heretykiem. Zarzut padł jednak ze strony
organizacji żydowskich, których opiniom w kwestii antysemityzmu te same elity
tradycyjnie nadają moc nieodwołalnego wyroku. I co najgorsze: nie sposób
powiedzieć, że jest bezpodstawny.
Antysemityzm jako wyznacznik prawicowości
Te nastroje opinii publicznej nie zostały ukształtowane przez propagandę
żadnej "skrajnej prawicy" czy organizacji rasistowskich, bo taka propaganda
jest w Europie surowo ścigana i ograniczona do bardzo wąskich, ściśle
monitorowanych nisz. Odpowiedzialność za nie ponoszą media masowe,
pozostające
pod przemożnym wpływem lewicy i realizujące jej ideowe wskazania - wśród
których, mówiąc nawiasem, ważne miejsce zajmuje wyszukiwanie i potępianie
przejawów antysemityzmu. Pod jednym wszakże warunkiem: że da się je wyszukać
tam, gdzie wedle przyjętego założenia występować powinny.
Powinny zaś występować na prawicy i w kręgach katolickich. Wedle ukutego
przez
lewicę i skutecznie przez nią spopularyzowanego stereotypu, antysemityzm ma
być
wręcz wyznacznikiem prawicowości, jak "wrażliwość społeczna" - lewicowości.
Samo przypisanie przez media miana "skrajnej prawicy" pogrobowcom faszyzmu i
narodowego socjalizmu, ruchów o proweniencji jednoznacznie lewicowej, stanowi
dowód całkowitego wykoślawienia dyskursu politycznego dla celów
propagandowych.
Nawet więc, zgodnie z lewicowym stereotypem, jeśli pewne kręgi prawicowe czy
religijne się od tej tradycji odcinają, trzeba ich deklaracje traktować
podejrzliwie. Prędzej czy później szydło wyjdzie z worka, i tam, gdzie głośno
mówi się "ojczyzna", "prawo" czy "Bóg", ani chybi w końcu ktoś
krzyknie "Żydzi
do gazu". Chyba że świadome zagrożenia elity intelektualne i media będą
takiej "grupy ryzyka" nieustannie pilnować, czujnie ją karcić i regularnie
zmuszać do samokrytyk.
Słowem, od dawna walka z antysemityzmem stała się pozorem: przestało w niej
chodzić o rzeczywiste potępienie tej groźnej i brzydkiej przypadłości, a
zaczęło - o "moczenie" w antysemityzmie politycznych i ideowych przeciwników.
Znamy to zresztą i z Polski, gdzie zachodnioeuropejski zwyczaj wywijania
oskarżeniem o antysemityzm jak pałką przyjął się już w latach "wojny na
górze".
Żeby nie mnożyć przykładów, sięgnijmy tylko po stosunkowo najświeższy:
kuriozalne dziełko Sergiusza Kowalskiego i Magdaleny Tulli pt. "Zamiast
procesu", z którego wynika, że antysemitami nie są bynajmniej Bubel czy
Tejkowski, tylko prymas Glemp, Waldemar Łysiak czy Janusz Korwin-Mikke
(wcześniej zresztą autor tej pracy pomówił publicznie o antysemityzm Cezarego
Michalskiego i profesora Ryszarda Legutkę). Takie "demaskacje", przez tzw.
środowiska opiniotwórcze przyjmowane nieodmiennie (patrz - recenzja
w "Gazecie
Wyborczej") cmokierskimi zachwytami, zdają się służyć w istocie, poprzez
zamazanie granic,
uniewrażliwieniu społeczeństwa na problem i rehabilitowaniu prawdziwych
antysemitów.
Źródła holokaustu i nowy antysemityzm
Instrumentalizując walkę z antysemityzmem do swoich celów politycznych,
lewicowo-liberalne media dokonały znacznego zafałszowania historii i istoty
zjawiska, w taki sposób, aby móc jednoznacznie skojarzyć je z prawicą.
Zatuszowano całkowicie jadowity antysemityzm niektórych pism Karola Marksa i
przemożny wpływ, jaki na ukształtowanie się nowożytnego antysemityzmu miały
idee walki z kapitalistycznymi "wyzyskiwaczami", a zwłaszcza bankierami i
finansistami. Przemilcza się oczywistą prawdę, że holokaust nie byłby
możliwy,
gdyby nie udzielone z góry przez lewicę i przejęte przez narodowy socjalizm
rozgrzeszenie dla eksterminacji w imię postępu "warstw próżniaczych",
pasożytujących jakoby na "ludziach pracy". Nawet utożsamienie tych pierwszych
ze zdegenerowanymi w bogactwie Żydami, a drugich z żyjącym z pracy własnych
rąk, zdrowym moralnie, aryjskim ludem nie było oryginalnym pomysłem Hitlera,
ma
swoje korzenie już u samego Marksa.
Korzenie nowożytnego, europejskiego antysemityzmu to nie jest wcale oderwany
od
życia, teoretyczny problem dla historyków. Właśnie zafałszowania w
stereotypowej wiedzy o historii uczyniły lewicowo-liberalne elity zachodniej
Europy nie tylko ślepymi, ale wręcz szczególnie podatnymi na nową mutację
wirusa antysemityzmu, roznoszoną nie poprzez przyparafialne broszurki
o "Żydach
i masonach we wspólnej pracy przeciwko Kościołowi", ale przez antyglobalizm,
w
jego dominującym, lewackim nurcie, piętnującym spisek międzynarodowych
korporacji i banków oraz "imperializm" Stanów Zjednoczonych i Izraela.
Antyglobalizm, antysemityzm
Narastająca lawinowo fala antyglobalistycznej makulatury, wobec której
lewicowe
elity są kompletnie bezbronne intelektualnie i niezdolne do wyartykułowania
bodaj słowa sprzeciwu, przemowy i manifesty, produkowane na użytek
różnych "alternatywnych" zlotów i szczytów, broszury, publikacje internetowe
etc. upowszechniają z zapałem elementy nowego stereotypu antysemickiego,
modyfikującego we współczesnym duchu "Protokołów Mędrców Syjonu" i mającego
podobną co swego czasu owe "protokoły" moc opętywania młodych umysłów.
Tak jak dowodem prawdziwości stereotypu "żydokomuny" były żydowskie nazwiska
członków bolszewickiego KC, tak dziś podobnego dowodu dostarcza fakt, że do
wojny w Iraku popchnęli Busha żydowscy neokonserwatyści z grupy Podhoretza.
Inspirując tę wojnę, międzynarodowa finansjera chce złamać opór obywateli
krajów demokratycznych przed jej władzą nad światem. W tym demonicznym spisku
ważną rolę gra rzekome zagrożenie islamskim terroryzmem - rzekome, bo
przecież
według bijących w zachodniej Europie rekordy popularności (po kilkaset
tysięcy
sprzedanych egzemplarzy) książek, zamachu na WTC dokonali sami Amerykanie, są
na to setki dowodów, takich choćby, jak ten, że kilka tysięcy uprzedzonych
Żydów nie przyszło feralnego dnia do pracy. Rzekome zagrożenie i wojenna
histeria to pretekst, by zniszczyć wolności obywatelskie, a wtedy już spisek
bez oporu owładnie zasobami krajów ubogich, aby je poddać bezwzględnej,
kapitalistycznej eksploatacji.
Brednie? Oczywiście. Ale głoszone przez postępową młodzież, ubrane w hasła,
które są "trendy", przyozdobione sierpem i młotkiem oraz portretem Che
Gueavary. A europejski intelektualista, wychowywany w kulcie "idealistycznej"
rewolty '68 roku, przewodniczącego Mao i zbrzydzenia burżuazyjną demokracją,
siedem razy ugryzie się w język, nim potępi kogokolwiek, kto używa tej miłej
jego sercu symboliki. Będzie raczej wynajdywał setki usprawiedliwień
dla "nieco
uproszczonej" wizji świata propagowanej przez idealistycznie nastawionych
aktywistów i udawał, że nie widzi, jak łatwo najbardziej radykalni z nich
stawiają kropkę nad "i", demaskując, kim mianowicie jest "międzynarodowa
finansjera" lub "zarządy globalnych korporacji".
Łatwa formuła kontestacji
Zjawisko z całą pewnością będzie się nasilać, bo nie będąc w stanie
zrozumieć,
jaka jest istota nadciągającej plagi, europejskie elity nie są też w stanie
się
przed nią bronić. Przeciwnie: gniewne odrzucanie żydowskich oskarżeń dolewa
tylk