diabollo
17.09.25, 07:38
Wojciech Orliński
Głos Muska
Za przechyleniem social mediów w prawo nie stoją żadne algorytmy ani vox populi, tylko światopogląd ich szefów i właścicieli.
Facebook co jakiś czas z okazji okrągłej rocznicy przypomina nam, o czym pisaliśmy rok, pięć czy dziesięć lat temu. W zeszłym tygodniu dzięki temu mechanizmowi uświadomiłem sobie, że prawicowa nagonka na uchodźców ma właśnie równe 10 lat. Nagle zalały nas fale artykułów o tym, co ci uchodźcy strasznego wyprawiają.
We wrześniu 2015 r. wielką gwiazdą polskiego internetu stał się pewien bloger podróżniczy, który opublikował wstrząsającą relację o sytuacji „na granicy Włoch i Austrii”, gdzie „na własne oczy widział ogromne zastępy imigrantów”. Widział, „jak otoczyli samochód starszej Włoszki, wyciągnęli ją za włosy z samochodu i chcieli tym samochodem odjechać. Autokar, w którym się znajdowałem z grupą, próbowano rozhuśtać. Rzucano w nas gównem, walili w drzwi, żeby je kierowca otworzył, pluli na szybę...” – pisał.
Jego wpis zrobił 10 lat temu furorę, bo obfitował w malownicze szczegóły fabularne. Te szczegóły sprawiły jednak, że łatwo było podważyć prawdziwość tej relacji. Jak to się stało, że nie odezwał się żaden inny świadek? Autostradowe przejścia graniczne między Włochami a Austrią są dwa, na obu są kamery – jak to się stało, że żadna tego nie zarejestrowała?
Bloger początkowo bronił się i zmieniał wersje, ale w końcu zamilkł. Wszystkie jego wpisy zniknęły, chociaż bez trudu można wygooglać ich kopie w prawicowych mediach, które to bezrefleksyjnie przekleiły (cytaty w niniejszym felietonie pochodzą z serwisu wpolityce.pl).
Zawód influencera – osoby żyjącej z publikowania treści w mediach społecznościowych – w 2015 r. był jeszcze w powijakach. Co sprytniejsi zauważyli jednak już wtedy, że polityczny wiatr w tych mediach wieje w jednym kierunku. Opłaca się publikować treści ksenofobiczne, rasistowskie, ultrakonserwatywne, zwalczające „ideologię woke”, „polityczną poprawność” i „marksizm kulturalny” – bo to dobrze robi na zasięgi. Można je bezkarnie wyssać z palca, nie szkodzi. Zasięgi i tak polecą – a zarobki influencera są do nich proporcjonalne. Dlatego wielu blogerów czy youtuberów, którzy zaczynali od treści apolitycznych, jak gry komputerowe, podróże czy piłka nożna, zrobiło wtedy ostry skręt w prawo. To się po prostu opłaca.
W mediach społecznościowych „zwrot w prawo” oznacza zazwyczaj „odwrót od zdrowego rozsądku”. W prawo, czyli w stronę coraz bardziej wariackich teorii spiskowych. W pakiecie „internetowej prawicowości” zazwyczaj jest też wrogość wobec wszelkich nauk: denializm klimatyczny, antyszczepionkowość, „Biblia mówi, że są tylko dwie płcie”. No i prorosyjskość: na pierwszy rzut oka niepowiązana z antynaukowością, na drugi już niekoniecznie (bo też jest formą denializmu, w postaci np. zaprzeczania zbrodniom Stalina).
Skąd to się bierze? Napisano o tym grube księgi, których tu nie będę streszczać, ale zwrócę uwagę na słonia w pokoju, którego autorzy tych ksiąg zwykle usilnie starają się nie zauważać. Od dawna nie ma już internetu jako medium neutralnego czy też choćby pluralistycznego. Media społecznościowe należą do kilku korporacji, zazwyczaj dyktatorsko zarządzanych przez charyzmatycznych prezeso-właścicieli w rodzaju Elona Muska czy Marka Zuckerberga.
Prezesi cyberkorpów jeszcze 10 lat temu udawali co najmniej apolitycznych, jeśli nie wręcz liberalnych, demokratycznych i postępowych. Jeśli z drugiej kadencji Trumpa wynika jakiś pożytek, to jest on przynajmniej taki, że przestali udawać. Wyszli z szafy i założyli czapeczki MAGA.
Za przechyleniem mediów społecznościowych w prawo nie stoją żadne mityczne algorytmy ani vox populi, tylko po prostu światopogląd ich szefów i właścicieli. Stare polskie przysłowie mówi, że kto zapłacił za weselną wódkę, ten ma prawo żądać, by didżej mu puścił „Daj mi tę noc”. A kto zapłacił za pakiet kontrolny Twittera, ten może mu narzucić zwalczanie „ideologii woke”.
A czemu wszyscy prezesi mają taki sam przechył? Tu też odpowiedź jest prosta. Prawica ma różne odmiany, ale wszystkie zgadzają się co do jednego: że bogaty biały mężczyzna zasługuje na przywileje. Nie powinien płacić podatków, to jemu państwo powinno płacić, żeby „tworzył miejsca pracy” i „się nie zniechęcił”. A jeśli się przyjaźnił z, dajmy na to, Jeffreyem Epsteinem i wysyłał mu pikantne pocztówki urodzinowe, państwo ma mu pomóc to dyskretnie zatuszować. Nic dziwnego, że bogaci ludzie wspierają prawicę.
Kiedy więc biały Polak zaatakuje z siekierą Uniwersytet Warszawski, zabijając jedną osobę i raniąc drugą, internet nie zafunduje nam debaty o zagrożeniu ze strony białych Polaków. No, ale niech ktoś czarnoskóry zabije kogoś w amerykańskim metrze, Twittera i Facebooka zaleje rasistowskie szambo.
Jeśli powiedzą państwo, że się powtarzam, bo o tym wszystkim zdążyłem już napisać kilka felietonów (oraz książkę), to z pokorą przyjmę ten zarzut. Ale znowu widzę komentatorów zdumionych, że po ataku rosyjskich dronów polskojęzycznego Twittera zalały prorosyjskie komentarze – i pytających, co to mówi o Polakach. Znowu więc muszę udzielić tej samej odpowiedzi. O Polakach nic, o Elonie Musku – wszystko. Ludzie, przecież to takie proste!
Polityka 38.2025 (3532) z dnia 16.09.2025; Felietony; s. 97