Gość: karola
IP: *.intelcom.pl / *.intelcom.pl
27.12.04, 16:00
Na bazarku koło domu, gdzie urodził się Herbert, od rana stoi w deszczu stara
chłopka, która usiłuje sprzedać dwa kilogramowe woreczki z fasolą. Gdy mijam
ją po raz drugi – jest już wieczór – z niemym błaganiem w oczach wpycha mi w
ręce swój zmoczony towar. Zagadnięta, opowiada zruszczoną polszczyzną: ze
swojej wsi 10 km stąd przyszła pieszo, przejazd marszrutką (prywatnym busem,
który zabiera pasażerów po drodze) kosztowałby tyle, ile jeden woreczek.
Wcześniej wiozła tę samą fasolę do Przemyśla, razem z kilogramem orzechów i
kupioną w sklepie butelką wódki. Ale zawrócono ją z granicy, bo nie miała
pieniędzy na zbierane do kapelusza „wykupne” dla celników. Bieda przyciąga
wzrok ku ziemi, trudno myśleć o potrzebach ducha. Organizatorzy akcji
charytatywnych w Polsce na rzecz rodaków we Lwowie, nierzadko przeżywają
rozczarowanie. Tyle się natrudzili, aby obok kartonów z kaszą i olejem
znalazły się paczki z książkami, a na miejscu rozdrapano tylko to, co jest do
jedzenia. Na pobojowisku pozostały rozdeptane, porozrywane kartki.
Tylko na weekend
Niedziela, dawne Wały Hetmańskie zakończone gmachem Opery. Pod bacznym okiem
odlanego w brązie Tarasa Szewczenki siedzą na ławkach emeryci. Wielu z UP-
owską odznaką w klapie wypłowiałej od starości wojskowej bluzy. Nieogolone
twarze, na powykręcanych reumatyzmem nogach pościągane drutem walonki. W
milczeniu wypatrują kolejnej polskiej wycieczki, która po obejrzeniu opery
idzie w kierunku pomnika Mickiewicza. Gdy jest już na tyle blisko, że słychać
polską mowę, złośliwi staruszkowie seplenią: Haj żywe da cwite wilika
Ukraina! Sława Ukraini! Zlekceważeni, zaczynają się kłócić między sobą.
Parę metrów dalej okupuje ławki młodzież. Te elegantki, które szpanują w
szpilkach, trzymają w rękach reklamówki. Zmieniły buty przed wejściem na
prospekt. Nikogo to nie dziwi. Po tutejszych chodnikach i brukowanych
jezdniach można chodzić tylko w mokasynach.
Podchodzę do roześmianej grupy, która mówi po polsku. Są lwowiakami,
przyjechali do rodzinnego domu na weekend. Studiują w Przemyślu, Krakowie,
Rzeszowie. Dostają od polskiego rządu po 750 zł stypendium i... nikt z nich
nie zamierza po dyplomie wrócić do Lwowa. Chociaż w Polsce też nie czują się
jak u siebie – dla uczelnianych władz, a nawet gospodarza akademika, są
tylko „osobami polskiego pochodzenia”. – We Lwowie – mówią – nauczyciele
kazali nam pisać słowo Ojczyzna dużą literą.
Nigdy tu nie był
Ten zaszczurzony dom przy ulicy Ostrogskich (dawniej Paulinów) był w latach
1936-1939 własnością rodziny Grzesików. Kupili niewykończony od Hanczaruków i
aż do opuszczenia Lwowa w 1945 r. razem z nimi mieszkali. Dom był już wtedy
od sześciu lat znacjonalizowany przez władze sowieckie.
Grzesikowie osiedlili się w Wieliczce. Dostali tam mieszkanie z zasobów
komunalnych. Dwa lata później Grzesikowa złożyła w Urzędzie Repatriacyjnym w
Krakowie zeznanie (bo nie miała żadnego poświadczenia urzędowego), jaki
majątek pozostawiła we Lwowie. Z zachowanych dokumentów wynika, że
repatriantka wyolbrzymiła swoje straty. Zadeklarowała, że działka, na której
stał dom, miała 720 m kw. (w rzeczywistości 345 m kw.), natomiast
powierzchnia mieszkalna wynosiła 260 m kw. (w rzeczywistości 104).
W latach 80. w ramach ostatecznej rekompensaty (jest oświadczenie
Grzesikowej, że zadośćuczynienie ją satysfakcjonuje) dostała w Wieliczce w
wieczyste użytkowanie działkę pod zabudowę. W 1992 r. sprzedała ją za 23 mln
starych złotych.
Grzesikowa już nie żyje. Jej wnuk Jerzy Broniowski, urodzony w PRL,
początkowo zażądał przed sądem prawie 3 mln zł odszkodowania za majątek
pozostawiony we Lwowie. Sprawa trafiła jako precedensowa do Strasburga. W
czerwcu br. Europejski Trybunał Praw Człowieka ogłosił wyrok: Polska
naruszyła konwencję europejską gwarantującą prawo do poszanowania własności
mienia. Strony postępowania mają dojść do porozumienia w ciągu pół roku.
Sprawę Broniowskiego czujnie śledzą inni zabużanie. I ich adwokaci.
Szczegółowo pisałam o tym w „Przeglądzie” 30 listopada ub.r.
W Strasburgu Jerzy Broniowski z ogniem w oczach mówił o swym przywiązaniu do
ziemi przodków. Na prośbę lwowiaków dedykuję mu więc ten reportaż. Gdy
pytałam ich, co myślą o roszczeniach zabużan, odpowiadali z oburzeniem: – Jak
można dziś wystawiać takie rachunki za uratowanie się, jeśli nie przed
śmiercią, to przed nędzą, poniewierką i zesłaniem?!
Jerzy Broniowski chyba nigdy nie był w powojennym Lwowie. Obecni mieszkańcy
domu jego babki dowiedzieli się o istnieniu wnuka po ogłoszeniu wyroku w
Strasburgu.