Dodaj do ulubionych

coś dla matematyków.

07.02.05, 11:33
Czytając niedawno wywiad z księdzem Michałem Hellerem zwróciłem uwagę na
wytłuszczony fragment: "Bóg jest matematyką." Rzuciłem się w poszukiwaniu
bliższych wyjaśnień i zawiodłem się okrutnie, bo albo dziennikarz nie był
dociekliwy, albo uczony świadomie pozostawił nas w niepewności, co takie
sformułowanie w ustach duchownego może oznaczać.

Ludzie wierzący chcą wierzyć, że wszystko dzieje się według "bożego planu". Z
logicznego punktu widzenia oznaczałoby to zapewne całkowitą determinację i
sprzeczność z koncepcją wolnej woli. Jeśli bowiem coś dzieje się według
bożego planu, to czy ja, mały żuczek, mogę na zmianę tego planu wpłynąć?

Cała "dyskusja" wokół środków antykoncepcyjnych pełna jest opowieści o tym,
że jest jakiś "plan boży" i że człowiek nie może go dowolnie zmieniać. Brzmi
to dość absurdalnie, bo metodami "naturalnymi" planować rodzinę wolno, zaś
przy pomocy chemii, prezerwatyw i innych urządzeń absolutnie nie.

O co jednak chodzi z tym "bożym planem"? Skąd ta potrzeba celowości, dlaczego
wolimy być kukiełkami w rękach jakiejś nieokreślonej "wyższej inteligencji",
aniżeli autonomicznymi bytami? Co właściwie jest alternatywą "bożego planu"?
Odpowiedź jest prosta i dla wielu ludzi przerażająca: jedynym "bogiem" w
naturze jest Przypadek. Życie powstało przypadkiem, całą ewolucją sterował i
steruje przypadek. Bóg jest matematyką.

Jestem wynikiem ciągu nieprawdopodobnych, przypadkowych zdarzeń. Moje
poczęcie było możliwe, ponieważ kopulacja moich rodziców, która doprowadziła
do mojego poczęcia, miała miejsce w tym, a nie innym dniu. Wystarczyłoby, aby
dowolny inny plemnik wygrał konkurencję, a "ja", byłbym nadal dzieckiem moich
rodziców, ale miałbym nieco inny zestaw genów, inny wygląd, inną osobowość,
inną podatność na niektóre choroby, choć podobną na inne.

Oczywiście nieprawdopodobny przypadek połączył moich rodziców, przypadki
łączyły wszystkich moich przodków. Gdyby ktoś chciał trzy miliardy lat temu
wyliczyć prawdopodobieństwo mojego zaistnienia, musiałby mieć naprawdę
fenomenalny komputer.

Pojawiłem się, istnieję w wyniku przypadkowych zdarzeń, po śmierci będę
istniał tylko w pamięci innych ludzi (mogą mnie pamiętać również inne
zwierzęta). Czy to mnie przeraża lub zgoła obraża? Niby dlaczego? Jesteśmy
dziełem ogromnie długiej serii przypadków, nasze życie jest ciągiem
przypadków i tylko od nas zależy jak w obliczu tych przypadków będziemy się
zachowywać, jak zdołamy te przypadki wykorzystać. Bóg jest matematyką, ale my
jesteśmy bardzo dziwnymi jednostkami - na bodźce zewnętrzne reagujemy nie
tylko mechanicznie i chemicznie, nie tylko instynktownymi odruchami, ale
również świadomie, w oparciu o wcześniejsze doświadczenie i analizę oraz w
zależności od naszych pragnień. Można zatem powiedzieć, że to życie jest
matematyką, a my jesteśmy bogami, jeśli postawimy znak równości między
boskością i intencjonalnością.

Nawet jeśli moi rodzice pragnęli dziecka, nie było i nie mogło być żadnego
planu, żebym ja, jako ja pojawił się na tym świecie. Dodajmy, że na moje ja
wpłynął nie tylko nieprawdopodobnie długi ciąg przypadków, ale, już po
urodzeniu, wielostronne wysiłki wychowawcze, zmierzające do ukształtowania
mnie w taki, a nie inny sposób. Na moje szczęście te wysiłki były niespójne i
spotkałem na mojej drodze wychowawców zachęcających mnie do samodzielnego
myślenia. Przypadek sprawił, że (jak mi się zdaje) okazałem się bardziej
podatny na ich wpływy niż na wpływy tych, którzy zachęcali mnie do różnych
fanatyzmów).

Dlaczego tak bardzo "potrzebujemy" jakiegoś boga, który nada naszemu
istnieniu sens, czyli przekona nas, że jesteśmy na świecie, bo on tak
zaplanował, i zachowujemy się tak, a nie inaczej, bo "tak jest gdzieś
zapisane"? Ponieważ ciężar odpowiedzialności (lub jak kto woli, wolności)
byłby nazbyt duży? Ponieważ moralność musi mieć jakieś zewnętrzne sankcje, bo
sami nie zdołamy uzgodnić, co jest dobre, a co złe?

Wielu ludzi wątpiących w istnienie "wyższej inteligencji" wyraża opinie, że
religie są potrzebne, bo bez nich panowałby moralny chaos. Czy to znaczy, że
cieszymy się moralnym porządkiem?

Powróćmy na chwilę do Boga, który jest matematyką. Firmy ubezpieczeniowe z
reguły unikają wypłacania odszkodowań spowodowanych przez wielkie katastrofy
naturalne, które czasem są również definiowane jako zdarzenia spowodowane
przez "siłę wyższą". Mimo imponującego rozwoju nauk ścisłych, czasem
matematyka katastrof naturalnych jest jednak tak skomplikowana, że ich
przewidywanie jest albo nazbyt trudne, albo nazbyt kosztowne.

Ostatnie azjatyckie tsunami spadło na mieszkańców kilku krajów jak grom z
jasnego nieba. Czy religia przygotowuje nas do spotkania z takimi
zdarzeniami, czy uczy nas jak na nie reagować?

Kilka dni temu w szwedzkiej gazecie czytałem doniesienie z Indii. W okręgu
Nagapattinam, w południowych Indiach, 26 grudnia zginęło ponad sześć tysięcy
osób. Tysiące ludzi znalazło się bez dachów nad głową i pospiesznie
organizowano dla nich prowizoryczne schronienia oraz organizowano dostawy
wody pitnej i żywności.

Większość Hindusów respektuje system kastowy, głęboko wierząc, iż Bóg
wyznacza nam miejsce w społeczeństwie i jesteśmy, kim jesteśmy, gdyż taki był
boży plan. Jeśli taki był boży plan, wolno nam, a nawet należy pogardzać
tymi, którzy są niżej. Widać tak właśnie interpretowane są religijne
przepisy, gdyż, jak czytamy w tym doniesieniu, mieszkańcy obozu dla ocalałych
z katastrofy wygnali z niego członków najniższej kasty (nietykalnych). Nie
był to przypadek odosobniony.

Bóg jest matematyką, religia jest źródłem dobra (może nie zawsze). Przypadek
sprawił, że urodziłem się w części świata zdominowanej przez tę lub inną
religię. Przypadek zrządził, jacy wychowawcy próbowali mnie ukształtować, ale
to ja interpretuję rachunki i ja decyduję o tym, czy wezmę udział w festiwalu
podłości, czy nie.

Podałem tu przykład bliski w czasie i odległy geograficznie. Ktokolwiek lubi
matematykę może sobie podstawić inne zmienne.

Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka