bogo2
26.07.02, 07:20
W jednym z ostatnich numerow "Przegladu" (http://www.przeglad-tygodnik.pl/)
znalazlem ponizszy artykul, o ktorym warto chyba porozmawiac w szerszym
gronie. Warto chyba rowniez zapytac, czy to co ponizej, to proba opisania
polskiej rzeczywistosci, czy tylko przyslowiowe "letnie ogorki". A wiec : KTO
CHCE WYJECHAC ?
-------------------------------
Do widzenia Polsko
W ciągu ostatnich dwóch lat za granicę wyjechało ćwierć miliona młodych
Polaków. Do wyjazdu szykują się następni
Młodzi Polacy są rozczarowani i nie chcą czekać, aż kryzys w Polsce minie.
Chcą mieć wszystko to, co ich koledzy z Zachodu. - Niedawny sondaż
PricewaterhouseCoopers, według którego 40% młodych chce wyjechać z Polski,
pokazuje, jak bardzo sfrustrowane jest młode pokolenie.
JOANNA TAŃSKA
Młodzi ludzie coraz częściej postrzegają Polskę jako kraj zmarnowanych
szans. Im bardziej pogłębia się kryzys gospodarczy, tym chętniej myślą o
emigracji. Według badań Demoskopu, aż 43% młodzieży bez żalu opuściłoby kraj
i osiedliło się na stałe za granicą. W kraju nie trzymają ich ani wizja
ciekawej pracy, ani mieszkanie, ani rodzina. Według szacunkowych danych,
tylko w ciągu dwóch lat "za chlebem" wyjechało ok. 260 tys. osób, choć
zdecydowana większość z nich spędziła za granicą tylko kilka miesięcy.
Marzenia o wyjeździe są papierkiem lakmusowym nastrojów społecznych. Nie
przypadkiem więc to właśnie w ciągu ostatnich dwóch lat liczba osób
próbujących szczęścia za granicą znacznie wzrosła. W przeciwieństwie do
poprzednich lat, kiedy emigrowano także z powodów politycznych, teraz decyzja
o opuszczeniu kraju zależy głównie od sytuacji materialnej. I nic dziwnego,
skoro według danych GUS, bez pracy pozostaje 45,5% Polaków pomiędzy 18. a 22.
rokiem życia. W sondażu CBOS dotyczącym rynku pracy 40% ankietowanych
odpowiadało, że trudno znaleźć jakąś pracę, a 45%, że nie można znaleźć
jakiejkolwiek pracy. Ponadto - jak pokazują badania - coraz więcej Polaków
uważa, że aby osiągnąć sukces w życiu, trzeba mieć przede wszystkim układy i
znajomości. One są ważniejsze od pracowitości, zdolności i łutu szczęścia.
Konsekwencje takiego myślenia są oczywiste: nie mam znajomości, nie mam więc
szans, czyli trzeba szukać szczęścia za granicą...
Młodzi ludzie wykorzystują każdy sposób na wyjazd z Polski. Coraz
powszechniejsze stają się studia zagraniczne połączone z pracą. W niektórych
krajach dozwolone są nauka i jednocześnie praca na pół etatu (20 godzin
tygodniowo) - m.in. w Anglii, Irlandii i Australii. Trzeba tylko uczyć się w
wymiarze minimum 15 godzin tygodniowo, co najmniej przez pół roku. W praktyce
nikt nie sprawdza, czy ktoś spędza w biurze cztery godziny dziennie, czy
więcej. Ci, których nie stać na studia, którzy nie mają pieniędzy na drogie
kursy, po prostu wsiadają w autobus jadący na Zachód. I tam, na miejscu
próbują się jakoś zaczepić u bliższej lub dalszej rodziny czy znajomych.
Niektóre wsie i miasteczka niemal całkowicie przeniosły się za granicę.
Przykładem są 15-tysięczne Siemiatycze. To małe miasto w woj. podlaskim ma
stałe połączenie z Belgią; na trasie Siemiatycze-Bruksela autobus kursuje
siedem razy w tygodniu.
Aby się zaczepić
Ewa z Białegostoku jest w Londynie od dwóch lat. Ma wykupioną naukę w szkole
językowej i jednocześnie pracuje. Zaczynała od nalewania kawy, teraz pracuje
w biurze, nieźle zarabia, chce iść na studia. Ani myśli wracać do Polski.
Przyznaje, że tęskni, ale kiedy przyjeżdża w odwiedziny, po tygodniu ma dosyć
wszystkiego: szarzyzny, nieuprzejmych ludzi, załatwiania spraw w polskich
urzędach.
Iwona z południowej Polski wylosowała zieloną kartę do USA na loterii
wizowej. Była w klasie maturalnej i nie zdążyła zdać egzaminu dojrzałości.
Rodzice wysłali jej do USA kupione na lewo świadectwo. Złożyła papiery na
uniwersytet stanowy w Nowym Jorku i teraz studiuje zarządzanie. Przychodzi
jej to z łatwością, bo poziom polskich szkół średnich jest wyższy niż
amerykańskich. Osłupiała, gdy zobaczyła, że na egzaminie wstępnym mają być
działania na ułamkach, procenty i pierwiastki.
Inny młody człowiek, 23-letni Piotr, oświadczył, że nie widzi w Polsce
przyszłości. Wystąpił o urlop dziekański na Uniwersytecie Warszawskim (jest
na studiach dziennych) i wybiera się do Australii. - Polska nie jest
normalnym krajem. Widzi to każdy, kto choć trochę wyjeżdżał na Zachód. Nie
mam tutaj perspektyw. Nie mam szans na mieszkanie, o dobrej pracy można tylko
pomarzyć. Kariery nie zrobię, bo ścieżka awansu jest ograniczona. Wszystkie
stanowiska są zajęte przez tych, którzy dorwali się do koryta na początku lat
90. Tam skończę studia i nawet jeżeli będę pracował na stanowisku niskiego
szczebla, będę jakoś żyć - przekonuje.
- Mam znajomych w krajach Unii Europejskiej. Są w moim wieku i widzę, jak
żyją. Jeden jest Francuzem, informatykiem, ma 27 lat. Jeździ po świecie,
mieszkał już w Szwecji i Niemczech, bo miał taki kaprys i znalazł tam pracę.
W Paryżu ma mieszkanie i samochód. Dużo pracuje, ale praca zawodowa nie
zabiera mu całego czasu. Czyta książki, chodzi na koncerty nawet w środku
tygodnia, ma czas na szkolenia i naukę języków. Teraz chce zrobić doktorat.
Wszyscy są przed trzydziestką, dopiero rozwijają swoją karierę, ale stać ich,
żeby odwiedzić znajomych na innym kontynencie albo polecieć na Majorkę, bo
mają czas i pieniądze. Ja się szczypię z pieniędzmi na wszystko, nie stać
mnie na wakacje. Polscy pracodawcy są niczym wampiry, nie podoba im się, że
ktoś w weekend studiuje, że ma wieczorem kurs językowy. Nie mam na nic czasu
i stoję w miejscu. Za kilka lat ocknę się z ręką w nocniku i powiem sobie:
stary, w ogóle się nie rozwijasz. Ale jak się rozwijać, kiedy głowę zaprząta
ci pytanie, jak przeżyć do pierwszego. Oni nie mają takich problemów, więc
cały czas mogą myśleć o tym, jak pracować nad sobą, inwestować w siebie,
rozwijać się - opowiada Piotr.
- Mam już dosyć spoglądania w przyszłość na zasadzie "jakoś to będzie". Nie
będzie, bo nikt w tym kraju nie robi nic dla młodych ludzi. Po nocach śnią mi
się mieszkanie, zwyczajna kawalerka, i niedrogi samochód. Problem w tym, że
na to wszystko musiałbym pracować kilka lat, zakładając, że odkładałbym całą
pensję. A kredyty u nas to śmiech - dodaje Anna, która w tym roku po raz
pierwszy wyjeżdża do pracy sezonowej w Niemczech.
Biedni i bogaci
Na wyjazd decyduje się zarówno młodzież dobrze wykształcona, jak i ta, która
edukację skończyła na szkole zasadniczej. Bo perspektyw nie mają przed sobą
ani jedni, ani drudzy. - Większość emigrujących młodych ludzi to osoby bardzo
słabo wykształcone. Łudzą się, że na Zachodzie łatwiej znajdą pracę -
twierdzi dr Krystyna Iglicka z Instytutu Spraw Publicznych. - Sporą grupę
stanowią bezrobotni, którzy wstydzą się wykonywać pewne prace w kraju, np.
sprzątać czy opiekować się dziećmi, ale podejmują się ich tam, gdzie są
anonimowi, czyli poza Polską. - Na początku krępowałam się - ja, dziewczyna
po ogólniaku, jedna z najlepszych uczennic, mam komuś myć podłogi. Ale od
dwóch lat nie mogę znaleźć żadnej stałej pracy. Jak długo można siedzieć na
garnuszku u rodziców i prosić ich o pieniądze? Przełamałam się i chciałam
sprzątać w mojej rodzinnej miejscowości, ale i o to teraz bardzo ciężko, bo
kto weźmie do sprzątania, jak sam nie ma pieniędzy. Ci, których stać by było
na zapłacenie za mycie okien czy trzepanie dywanów, boją się, że taki
miejscowy ściągnie im na głowę złodziei. Koleżanka namówiła mnie do wyjazdu
do Włoch. Byłam już raz przez trzy miesiące, musiałam wrócić i teraz znowu
się wybieram. Czy wrócę? Jeśli uda mi się szczęśliwie zakochać, to na pewno
nie - przekonuje Mariola z podkieleckiej wsi.
Według danych Ośrodka Badań nad Migracjami UW, spośród osób spędzających za
granicą ponad dwa miesiące, jedna trzecia to mieszkańcy wsi.