Gość: sebas
IP: 217.97.203.*
16.09.05, 08:30
Na willę, na trawę
Ziemia pod prywatną willę dla znajomych wiceprezydenta oddana za bezcen?
Proszę bardzo. Może jeszcze parę tysięcy na urządzenie na niej trawników? Nie
ma sprawy. Kto podjął takie decyzje? Wiceprezydent Krzysztof Sawicki i jego
zwierzchnik - Ryszard Tur.
Tydzień temu w Magazynie napisaliśmy o kontrowersyjnych decyzjach prezydentów
Białegostoku, którzy w 2002 roku oddali za półdarmo działkę o powierzchni
ponad trzech tysięcy metrów kwadratowych Barbarze i Krzysztofowi
Toczydłowskim. Za ziemię wartą pół miliona zapłacili 60 tysięcy złotych. Cena
została obniżona, bo miało tam powstać prywatne, katolickie przedszkole.
Miejski gest
Posesja na Nowym Mieście trafiła do znajomych Krzysztofa Sawickiego, wtedy
członka zarządu miasta, dziś wiceprezydenta. Sawicki nawet nie ukrywa, że
pomógł im w staraniach o grunt.
Na działce przy ul. Kisiela 28 rzeczywiście powstało przedszkole. Tyle że
ulokowała się w nim również prywatna firma Krzysztofa Toczydłowskiego, a na
działce stanęła też 200-metrowa willa Toczydłowskich.
Ale jak się okazuje, ziemia to nie koniec "miejskiego gestu". Dotarliśmy do
dokumentów, z których wynika, że z publicznych pieniędzy sfinansowane zostały
także trawniki wokół willi Toczydłowskich. W ubiegłym roku miasto dało im na
ten cel 5 tysięcy złotych. Pieniądze poszły z Miejskiego Funduszu Ochrony
Środowiska, tak więc Toczydłowscy mają trawnik w ramach miejskich
przedsięwzięć związanych z ochroną przyrody.
Miejski Fundusz Ochrony Środowiska działa przy wydziale ochrony środowiska i
gospodarki komunalnej. Kto go nadzoruje? Wiceprezydent Krzysztof Sawicki.
- Owszem, dostali te pięć tysięcy na trawniki. Dlaczego? Bo złożyli wniosek.
Pieniądze dostaje każdy, kto złoży dobrze przygotowany wniosek. Proszę
pomyśleć, co by było, gdybym im odmówił. To byłoby nierówne traktowanie.
Mogliby pójść z tym do sądu - przekonuje Krzysztof Sawicki.
Magistrat czeka, komisja pomoże?
Choć pracownicy Urzędu Miejskiego dobrze wiedzą, że przeznaczenie terenu
zostało samowolnie zmienione i uważają, że zostały złamane warunki umowy na
użytkowanie wieczyste terenu, prezydent do tej pory nie zrobił nic w tej
sprawie. Zapowiedział tylko kontrolę.
Ryszard Tur tłumaczył, że dla niego formalnie willa Toczydłowskich na razie
nie istnieje. Nie ma bowiem jeszcze decyzji Powiatowego Inspektoratu Nadzoru
budowlanego, który dopuściłby ją do użytkowania. I to nic, że rodzina
Toczydłowskich w willi mieszka już od wielu miesięcy. Ryszard Tur o istnieniu
willi mógłby dowiedzieć się też od Krzysztofa Sawickiego, który u
Toczydłowskich "bywa".
Być może prezydenta Tura zmobilizuje do działania bardzo przez niego
nielubiana Komisja Rewizyjna Rady Miejskiej Białegostoku.
- Zajmiemy się tą sprawą na najbliższym posiedzeniu - zapowiada Witold
Parkowski, szef komisji. - Nie będziemy już raczej zastanawiać się nad tym,
jak doszło do oddania miejskiej ziemi. Tu sprawa jest jasna - choć wszystko
odbyło się legalnie, zgodnie z prawem, jest to prywata - ocenia Perkowski.
Radni, choć mają świadomość, że decyzja w sprawie ziemi przy abp. Kisiela
będzie należała do prezydenta Tura, chcą przekonać go, że teraz Toczydłowscy
powinni wpłacić do budżetu miasta około 400 tysięcy złotych - pełną wartość ziemi.
- Nie wiem, czy istnieje możliwość odzyskania gruntu, na którym stoi willa.
Ale jeśli ci ludzie sami zmienili przeznaczenie terenu, to na pewno jest
możliwość odzyskanie pieniędzy, jakie podarowała im gmina. Niech rzeczoznawca
wyceni wartość gruntu, niech ci ludzie zapłacą za ziemię jej pełną cenę - mówi
Witold Perkowski.