Dodaj do ulubionych

Droga do smoka

15.10.25, 07:02
Wojciech Orliński

Droga do smoka

Nie jestem miłośnikiem duopolu PiS-antyPiS, mnie też wiele w nim drażni, ale nie zamierzam go rozbijać, bo nie dostaniemy jakiejś mitycznej „wspólnoty”, tylko inny duopol.
Upadek Szymona Hołowni zbiega się w czasie z pojawieniem się nowej inicjatywy, stowarzyszenia Naprzód!, założonego głównie przez byłych działaczy Zielonych – wśród nich Marka Kossakowskiego. Za rządów PiS telewizja zrobiła o nim propagandowy materiał, że oto na wszystkich demonstracjach opozycji pojawia się ten sam „tajemniczy brodacz”, co miało dowodzić, że są oszukane i zmanipulowane. Chłopcom Pereiry i Wildsteina nie mieściło się w głowie, że ktoś może chodzić na wszystkie zadymy, chociaż dla ludzi znających Marka to oczywiste, że on tak ma od 45 lat.

Znam Marka z czasów „Gazety Wyborczej”, podobnie zresztą jak Szymona. Życzę im obu jak najlepiej, nawet jeśli nie zamierzam na nich głosować. Zdumiewa mnie jednak to, że jeden nie wyciąga wniosków z porażki drugiego. Stowarzyszenie Naprzód! to kolejna już inicjatywa mająca „zasypywać podziały”. Jak to ujął sam Marek Kossakowski, celem jest „odbudowa poczucia wspólnoty”, do której zaproszeni są wszyscy, „niezależnie na kogo głosują w wyborach”. Te hasła pozornie brzmią bardzo mądrze. Na Krakowskim Przedmieściu wystarczy rzucić zdechłym kotem, żeby trafić w intelektualistę nawołującego do „wychodzenia z bańki”, „przełamywania duopolu” i „zakończenia wojny polsko-polskiej”.

To takie piękne slogany. Gwarantują rzęsiste brawa i deszcz lajków na fejsie. Wystarczy powiedzieć, że „zgoda buduje” i już cała sala twoja. Kto by otwarcie przyznał, że jest za niezgodą? A jednak, jeśli co do czegoś się zgadzamy, jest to właśnie niezgoda. Jak dotąd nie powiodła się żadna inicjatywa na rzecz politycznego środka. Za pierwszą uznałbym świętej pamięci Unię Wolności, którą zakładano w myśl teorii, że „lewica i prawica są przestarzałe”. U schyłku istnienia partia ta szła do wyborów pod hasłem „w lewo? w prawo? do przodu!”. Poza jej ścisłym kierownictwem wszyscy już widzieli, że to droga donikąd – jakby kapitan „Titanica” na widok góry lodowej zawołał: „Całą parą naprzód!”.

W obecnym stuleciu podobne próby podejmowano wielokrotnie. Często inicjował je ktoś taki jak Hołownia, „spoza polityki”, „kogo wszyscy lubili”, „kto dogada się z każdym”. I za każdym razem kończyło się tak samo: chwilowy skok w sondażach, miraże drugiej tury, sny o potędze i spektakularna katastrofa. W przypadku Hołowni obserwowałem to z wyjątkowym smutkiem, bo poznałem go, zanim mu woda sodowa uderzyła do głowy. Trudno dziś uwierzyć, ale kiedyś był skromnym, pracowitym graczem zespołowym, wolnym od gwiazdorzenia. W polityce zachowywał się jednak jak ktoś przekonany, że już wygrał teleturniej, choć do finału daleko. Widać było, że całą karierę zaplanował z założeniem, że wygra wybory prezydenckie – i nie miał planu B, na wypadek gdyby to się nie udało.

Był chyba jedynym człowiekiem w Polsce, którego ta porażka zaskoczyła. Niczym kierownictwo Unii Wolności nie chciał dostrzec tego, co oczywiste – że większość wyborców chce iść „w lewo” albo „w prawo”. Tych, którzy chcą iść środkiem, jest za mało na drugą turę, a nawet na przekroczenie progu.

Najwyraźniej chcemy być podzieleni. Nawet nie „my, Polacy”, lecz „my, gatunek Homo sapiens”. Walki frakcyjne widać we wszystkich republikach. Starożytni Rzymianie byli podzieleni na optymatów i popularów, średniowieczni Włosi – na gibelinów i gwelfów, XIX-wieczni Anglicy – na wigów i torysów. Sanacja w Polsce objęła władzę pod hasłem skończenia z partyjniactwem – i wyszedł z tego system czterech skłóconych stronnictw: Becka, Rydza, Sławka i Mościckiego.

Niektórzy mówią, że wojna jednoczy Polaków, ale to też nieprawda. W drugiej wojnie światowej byliśmy podzieleni na „sanację” i „całą resztę”, w XIX-wiecznych powstaniach – na konserwatystów („białych”) i demokratów („czerwonych”), w wojnie bolszewickiej – na endeków i piłsudczyków. A w czasach I Rzeczpospolitej to dopiero były podziały podczas wojen! Posłużyły za inspirację do niejednego arcydzieła, z „Trylogią” na czele. Nawet gdy zastąpimy republikę tyranią, nie zapanuje jedność. Hitler, Stalin i Mao zapewniali swoim rządom stabilność dzięki umiejętnemu skłócaniu najbliższych współpracowników. Podziały w dyktaturach są jeszcze gorsze, bo nie ma żadnych reguł – formalnie żadnych sporów, tylko czasem ktoś wypadnie przez okno.

Nie jestem miłośnikiem duopolu PiS-antyPiS, mnie też wiele w nim drażni, ale nie zamierzam go rozbijać, bo nie dostaniemy jakiejś mitycznej „wspólnoty”, tylko inny duopol. Zapewne jeszcze gorszy, bo w tym stuleciu w polityce wszystko zmienia się na gorsze. Spójrzmy choćby na obecnego prezydenta – ja już tęsknię za Dudą. Był, jaki był, ale przynajmniej miał kindersztubę.

Ta mityczna droga, nie w lewo, nie w prawo, tylko „naprzód!”, to droga zagłady. Na końcu jest smok pożerający śmiałków, którzy nią weszli. Zawołałbym do Marka Kossakowskiego, żeby z niej zawrócił, póki czas – ale znając go, wiem też, że on się żadnego smoka nie boi.

Polityka 42.2025 (3536) z dnia 14.10.2025; Felietony; s. 97
Obserwuj wątek
    • grzespelc Re: Droga do smoka 18.10.25, 02:26
      Ja tam wolałem duopol SLD-prawica. Przynajmniej jednym z biegunów była jakaś lewica, a nie kurna kosciół toruński kontra łagiewnicki.
      • diabollo Re: Droga do smoka 18.10.25, 06:25
        Ja też wolałem, chociaż z tą lewicowością SLD to dość dyskusyjne.
        Pozdrawiam i kłaniam się nisko.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka