Gość: Remigiusz Okraska
IP: 212.122.214.*
02.07.04, 23:03
Niedawno przetoczyła się burza, wywołana książką Magdaleny Tulli i Sergiusza
Kowalskiego „Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści”. Zebrano w niej
cytaty z pism „Nasza Polska”, „Nasz Dziennik”, „Głos”, „Najwyższy Czas!”
i „Tygodnik Solidarność”, mających stanowić przykłady tzw. „mowy nienawiści”,
który to termin stanowi kalkę zachodniego hate speech.
Książkę przeczytałem nudząc się mocno, bo obrazuje rzecz oczywistą – że
istnieją ludzie sfiksowani na punkcie tropienia ksenofobii i antysemityzmu, a
także ludzie sfiksowani na punkcie tropienia Żydów i innych „obcych”. Spora
część wspomnianych cytatów jest nietrafna z punktu widzenia głównej tezy,
reszta wskazuje natomiast, że w analizowanych periodykach (poza, jak
sądzę, „Tysolem”) można spotkać autorów pojmujących „interes narodowy” w dość
ograniczony sposób.
Ani z jednym, ani z drugim „obozem” nie jest mi po drodze. Moja prababka była
Żydówką, z „kosmopolitami” zadawałem się nieopatrznie, a kult „swojskości”
traktuję podejrzliwie, zwłaszcza uprawiany na polityczny użytek. Z drugiej
strony, zaznałem ataków zawodowych „antyfaszystów” (z donosami do moich
pracodawców włącznie), z „ksenofobami” zadawałem się równie nieopatrznie jak
z „kosmopolitami” (co wytknęła mi sama „Gazeta Wyborcza”), a ideologia
Społeczeństwa Otwartego mierzi mnie tak samo, jak teorie „narodowców”. Jedni
są „otwarci” tylko na samych swoich, głosząc, że nie ma tolerancji dla wrogów
tolerancji (sami arbitralnie wskazują przy tym, kto owych wrogów stanowi),
drudzy traktują naród jak masę identycznych osobników praktykujących chów
wsobny.
Bardziej zagrożony czuję się jednak przez skrajność „kosmopolityczną”
niż „ksenofobiczną”, bo ta pierwsza jest obecnie znacznie bardziej wpływowa.
W międzywojniu pewnie obawiałbym się, że ONR-owiec pogrzebie mi w życiorysie
i wrzaśnie, żem ladaco. Dziś obawiam się tropicieli urojonego antysemityzmu,
bo tam, gdzie mowa o wpływach i profitach, tam zatraca się nie tylko
rozsądek, ale i zwykła przyzwoitość.
Nie piję do Tulli i Kowalskiego. Pierwsza jest niezłą pisarką, drugi dobrym
socjologiem. Poradziliby sobie i bez „Zamiast procesu”, a wady ich książki
składam na karb przewrażliwienia. Piję natomiast do rosnącej rzeszy
nadgorliwców, którzy pozbawieni innych talentów i cnót, odnajdują powołanie
do tropienia odstępstw od „poprawnej” normy, prześcigając się w wyrywaniu za
to forsy i splendorów. Obserwując ich poczynania nie mogę odeprzeć skojarzeń
z minioną epoką – zaczyna się robić tak samo, tylko wróg publiczny jest inny.
W filmie Radosława Piwowarskiego pt. „Marcowe migdały” świetnie ukazano
mechanizm czystki Anno Domini ‘68. Pod wpływem modnego wówczas trendu,
wszyscy zaczynają tropić Żydów. Nie tylko tropić – różne męty, siedzące
dotychczas cicho, wykorzystują sytuację, by wyrwać coś dla siebie.
Szczególnie uderza scena, w której ograniczony i zakompleksiony facecik staje
się pewnym siebie ważniakiem i opowiada, jak z kolesiami zaatakowali
dyrektora fabryki, którego jedyną „wadą” było żydowskie pochodzenie.
Dziś mamy podobny pochód miernot. „Docentów marcowych” zastępują „docenci
antymarcowi”, którzy karierę i profity zawdzięczają piętnowaniu odstępstw od
aktualnej ideologii. Ich myślenie jest równie toporne jak Moczara,
dyspozycyjność identyczna jak w 1968, a gorliwość podobna do tej z czasów
gomułkowskich. Wielu dzisiejszych tropicieli „faszyzmu” i „ksenofobii”, 36
lat temu tropiłoby „Żydów” i „kosmopolitów”. Gdy zmieni się wiatr historii,
będą tropić jeszcze innych – tych, których tropienie zapewnia w danym
momencie wygodne życie.