kruppa
09.02.05, 00:16
Młodzież widzi w policjantach agresorów, a nie stróżów prawa
Warszawska policja ściga blokersów, kiboli, bandziorów, ale najczęściej dopada zwykłych nastolatków. Legitymuje, zatrzymuje, czasem bije albo tylko upokarza. Poprawia sobie statystykę, ale psuje opinię.
PIOTR PYTLAKOWSKI (Polityka)
Scenka przed pomnikiem Jana Matejki na ul. Puławskiej w Warszawie. Dwóch policjantów legitymuje dwóch, na oko 13-letnich, chłopców. W pewnym momencie, jak na rozkaz, dzieciaki klękają przed funkcjonariuszami, a ci zaśmiewają się do rozpuku. Przechodzeń, którego zaniepokoiła sytuacja i próbuje dowiedzieć się, czemu patrol tak traktuje nieletnich, słyszy: – Proszę odejść, bo za utrudnianie interwencji będziemy zmuszeni pana zatrzymać.
17-letni Tadeusz, ofiara działań prewencyjnych, do dzisiaj nie może otrząsnąć się z traumy, bo na komendzie rozebrano go do naga i zmuszano do robienia tzw. pajacyków (podskoki na szeroko rozwartych nogach). Alka i Piotrek, 15-latki, na komisariat trafili w kajdankach, a dziewczynka dowiedziała się, że jest „małą suką” i „zostanie zajebana”.
15-letniego Roberta policjanci schwytali przed domem. Podpadł za drobiazg – nie miał legitymacji szkolnej. Pół dnia spędził na komendzie, zanim policjanci zdecydowali się zawiadomić jego matkę. – W naszej klasie – opowiada Robert, uczeń gimnazjum – już nie uchował się nikt, kogo choć raz by nie pobił, nie upokorzył albo przynajmniej nie spisał jakiś gliniarz.
Na murach pojawia się coraz więcej haseł typu „HWDP” i „Jebać policję”. Już nie wypisują ich młodzi kryminaliści, ale zwykłe nastolatki. To nawet nie jest wyraz pokoleniowego buntu czy modnej swego czasu niechęci do pana władzy, ale przemyślana deklaracja wynikająca z własnych doświadczeń.
Młodzież nie dostrzega w policjantach stróżów bezpieczeństwa, ale agresorów, często gorszych niż dranie, którzy w ciemnych zaułkach ograbiają dzieciaki z telefonów komórkowych.
Czy życzysz sobie księdza?
Tadeusz, licealista z dobrego domu (mama psycholog, tata ważny urzędnik), w planie matura i uniwerek, na co dzień boryka się z szarą rzeczywistością.
Na warszawskim osiedlu Gocław szarość miewa różne odcienie. Kiedy człowieka kroją (czytaj: okradają), szarość jest szczególnie podła. Na Gocławiu kroją często, a do tego bezkarnie. Kompletna depresja dopada człowieka, którego skroili raz, potem drugi, bywa, że i trzeci.
Można nauczyć się z tym żyć. Można wyrobić w sobie instynkt przetrwania. Tędy nie chodzi się rano, tamtędy wieczorem, a obok tego sklepu nie chodzi się ani rano, ani wieczorem. Chodzić trzeba czujnie. Rozglądać się, rozpoznawać potencjalnego wroga, a kiedy dostrzeże się go w pobliżu, od razu w długą. Biec i nie patrzeć. Do klatki, do windy, do mieszkania, drzwi zatrzasnąć.
Tadeusz (dwa razy pobity, raz okradziony) opanował już sztukę przetrwania na Gocławiu, ale nie przewidział, że zagrożenie może przyjść z najmniej spodziewanej strony. Umówił się przed szkołą z kolegami. Koledzy schodzili się powoli, jak zwykle któryś się spóźniał, inny pomylił miejsce zbiórki. Kiedy już wreszcie cała siódemka była w komplecie, podjechało kilka radiowozów. Policjanci w czarnych mundurach (tzw. służba patrolowo-interwencyjna) bez zbędnych ceregieli załadowali młodych i powieźli w nieznane.
Później wyjaśniło się, że uznali, iż chłopcy są uczestnikami ustawki kibicowskiej (umówionej walki między kibicami rywalizujących ze sobą klubów piłkarskich). Podobno doszło w okolicy do rozróby z udziałem miłośników Legii i Polonii. Ale nastolatki schwytani przed szkołą kibicami nie byli, żadnych klubowych atrybutów (szalików, czapek) nie posiadali. Policjanci po prostu poszli na skróty, po co szukać niebezpiecznych kiboli, skoro ma się pod ręką siedmiu małolatów, którym można wmówić wszystko. Że przed chwilą brali udział w bójce, a w najgorszym razie, że handlują narkotykami lub na pewno mieli je przy sobie, tylko gdzieś sprytnie schowali.
Nastolatków przewieziono do praskiej komendy na ul. Grenadierów. Tam poddano ich obróbce. Kolejno wprowadzani do pokoju pełnego policjantów musieli karnie wykonywać polecenia: rozbierz się, rozstaw nogi, podskakuj, wypnij się. Każda próba sprzeciwu to cios pałką po grzbiecie i pośladkach. Dobrze zadane uderzenie nie zostawia śladów. Chłopcy rozebrani do naga stojąc przed rozbawionymi funkcjonariuszami mieli poczucie odarcia z godności, kompletnego poniżenia.
Tadeusz rozebrał się szybko, nie chciał zaliczyć ścieżki zdrowia. Policjanci głośno oceniali jego wygląd, zaśmiewali się na widok przyrodzenia chłopca. Ten ze wstydu i bezsilności aż się popłakał. Jeden z mundurowych wsunął na dłonie rękawiczki, spytał Tadeusza, czy życzy sobie księdza. 17-latek przeraził się. Znalazł się w sytuacji, w której wszystko było możliwe, ten ksiądz, te rękawiczki – pomyślał, że przecież mogą go zmaltretować, a nawet zabić. Zdarzały się już takie rzeczy. Ale tym razem skończyło się łagodnie. Chłopcom wreszcie pozwolono się ubrać, zawiadomiono rodziców, że mogą swoje pociechy odebrać z komendy. Jednej z matek oświadczono, żeby nie myślała nawet o składaniu skargi, bo wtedy okaże się, że przy młodych znaleziono narkotyki i będzie z tego niezły pasztet.
– Przecież ci policjanci popełnili ewidentne przestępstwo, znęcali się, poniżali – ocenia mama Tadeusza. Skargi jednak nie złożyła. – Policja by wszystkiemu zaprzeczyła, stwierdzono by, że to Tadek narozrabiał, powiadomiono by szkołę, może sąd dla nieletnich. I to on miałby kleks na opinii, a nie jego dręczyciele.
Problem Tadeusza polega na utracie wiary w to, że policjanci działają dla słusznej sprawy. Kiedy on padał ofiarą młodych przestępców i wraz z mamą składał na komisariacie doniesienie, dawano do zrozumienia, że sprawa jest beznadziejna, nie ma szans na schwytanie sprawców. Za to nadzwyczaj łatwo przyszło policjantom schwytanie i poniżenie jego, chociaż nic nikomu nie ukradł i nawet nic nie zbroił.
Ty ich albo oni ciebie
Szef Komendy Rejonowej Policji przy ul. Grenadierów (Praga Południe) Jacek Wojciechowski przyznaje, że któregoś wieczoru na początku grudnia do jego placówki zwożono z okolicy dużą ilość młodzieży. Powodem były walki kibiców, szukano podejrzanych. Wśród zatrzymanych było też siedmiu młodych ludzi z Gocławia. Z raportów służbowych wynikało, że osoby te przewieziono na komendę, a następnie zwolniono, bo nie stwierdzono, aby miały związek z zamieszkami. – Nigdzie nie odnotowano, aby tym młodym nakazywano się rozbierać i że wobec nich przeprowadzano jakieś inne czynności. Nie miałem też później skarg od rodziców. Ale to wcale nie oznacza, że takie zdarzenie nie miało miejsca. Wiem przecież, że takie rzeczy się zdarzają.
W raporcie pisanym po odbytej służbie policjant operuje skrótem: zatrzymano – zwolniono, sprawca – ofiara, podejrzany – niewinny. Nie ma tam miejsca na niuanse. Żaden funkcjonariusz nie wyzna na piśmie, że kazał się zatrzymanemu rozebrać do rosołu i oceniał wielkość jego męskich atrybutów. Żaden nie wspomni, że zwracał się do nastolatka: „ty chuju”, „ty skurwielu”. O pałce może napisać, ale zawsze jako konsekwencji zastosowania sbp, czyli środków bezpośredniego przymusu, bo zatrzymany był agresywny i stawiał opór. W tym przypadku o sbp jednak też nie wspomniano.
Komendant Wojciechowski, doświadczony policjant cieszący się opinią dobrego, uczciwego gliniarza, zżyma się na samą myśl, że jego podwładni mogli zachować się sadystycznie, czerpać przyjemność z upokarzania nastolatków. – Gdyby udało się taki przypadek udowodnić, to policjant miałby jak w banku dyscyplinarkę, na dodatek prokuratora na głowie – mówi. – Nie uznaję pobłażania dla kretynów w mundurach.
Chłopaków z Gocławia zatrzymali funkcjonariusze z patrolu podlegającego Komendzie Stołecznej Policji. Wobec nich kom. Wojciechowski nawet gdyby chciał, konsekwencji wyciągnąć nie