radca
21.11.05, 19:15
" Kraj PAP, MD /17:44
Świadek: Wszyscy wiedzieli o handlu informacjami o zgonach
Były dyrektor łódzkiego pogotowia zeznał w poniedziałek w procesie "łowców
skór", że już w kwietniu 1992 roku po raz pierwszy dowiedział się, iż
pracownicy pogotowia przyjmują pieniądze za informację o zgonach pacjentów.
Ryszard Lewandowski był dyrektorem pogotowia przez 12 lat do października
2001 r. Obecnie pracuje w łódzkim oddziale NFZ. Świadek utrzymuje, że w
latach 90. o zjawisku handlu informacjami o zgonach wiedziała prokuratura, a
on sam wielokrotnie informował o tym UOP, policję, Urząd Skarbowy oraz władze
samorządowe, ale nic w tej sprawie nie zrobiono. "Wszyscy, którzy powinni o
tym wiedzieć, wiedzieli" - przyznał przed sądem. Jego zdaniem, poza
pogotowiem sprzedawaniem informacji o zgonach zajmowały się też szpitale,
przychodnie czy policja.
Odpowiadając na pytania obrońców oskarżonych lekarzy, świadek powiedział, że
w 1992 r. od "najwyższego rangą" w Łódzkiem prokuratora miał dowiedzieć się w
trakcie prywatnej rozmowy w gabinecie ówczesnego przewodniczącego Rady
Miejskiej w Łodzi, że pracownicy pogotowia mogą przyjmować korzyści majątkowe
za informacje o zgonach pacjentów. Mogło to mieć znamiona korupcji i po tym
spotkaniu wydał komunikat dla starszych dyspozytorów oraz lekarzy pogotowia,
w którym przestrzegał przed tym procederem - zeznał.
Opowiedział również o spotkaniu zorganizowanym u wojewody łódzkiego rok
później. Dotyczyło ono działalności firm pogrzebowych na terenie szpitali, a
byli na nim obecni także przedstawiciele prokuratury i policji. Tam również -
według świadka - poruszany był temat handlu informacjami o zgonach, a
dyspozytor Tomasz S. (wówczas działacz "Solidarności", a obecnie jeden z
głównych podejrzanych w aferze - PAP) miał pokazać zeszyt z zapiskami dot.
rozliczania się za informacje o zgonach z firmami pogrzebowymi. Według
Lewandowskiego, zeszyt ten miał trafić do prokuratury, ale po tym spotkaniu
również niczego nie zrobiono.
Zdaniem świadka, po tym wszystkim był przekonany, że "jest to ohydny
proceder, ale że nie był niezgodny z prawem". B. szef pogotowia podkreślił,
że w 1999 r. spotkał się w tej sprawie z przedstawicielami urzędu
marszałkowskiego, policji i urzędu skarbowego. Według niego, urzędnik
skarbowy stwierdził, że ta sprawa jest "zbyt błaha", a policjant nie zajął
żadnego stanowiska.
Świadek opowiadał również, że w lipcu 2001 r. dotarła do niego informacja o
nadmiernym wypływie pavulonu z pogotowia, ale nie dostał on w związku z tym
żadnego dokumentu. (W Sądzie Rejonowym toczy się proces o zniesławienie, jaki
Lewandowski wytoczył zastępcy dyrektora pogotowia Januszowi Morawskiemu za
wypowiedź, że ten przekazał mu raport o nadmiernym wypływie pavulonu z
pogotowia - PAP).
B. dyrektor zeznał, że był wtedy przekonany, że ten lek był wykradany ze
stacji. Nakazał wypisywanie leku na osobnych receptach, zlecił też kontrolę
niektórych zespołów (jak się okazało, nie były to jednak te zespoły, które w
nadmiarze pobierały ten lek - PAP). Później został odwołany ze stanowiska
szefa pogotowia.
Sąd dociekał, dlaczego właśnie w łódzkim pogotowiu używany był pavulon jako
lek zwiotczający mięśnie, mimo że Ministerstwo Zdrowia nie przewidywało tego
leku w apteczkach pogotowia. Świadek przyznał, że możliwe, iż to za jego
zgodą ten lek pojawił się w pogotowiu, ponieważ zajmowało się ono dalekimi
przewozami pacjentów w ciężkim stanie i potrzebny był lek zwiotczający o
długotrwałym działaniu. Według niego, wyposażenie apteczek było uzgadniane
z "gronem fachowców".
Przyznał również, że nie wiedział, że składy w zespołach wyjazdowych W1 i W2,
w których jeździli oskarżeni sanitariusze, miały rekordową liczbę zgonów
podczas udzielania pomocy. "Gdybym to wiedział, byłoby to niepokojące" -
powiedział.
Lewandowski zaprzeczył zeznaniom niektórych świadków, że był nadmiernie
uległy wobec starszego dyspozytora Tomasza S. (niektórzy świadkowie zeznali,
że to S., a nie Lewandowski, rządził w pogotowiu - PAP) i że ten miał na
niego "jakieś haki". Przyznał jednocześnie, że S. jako szef największego
związku działającego w pogotowiu miał wpływ na pewne decyzje. Często też
kontaktowali się ze sobą, bowiem obaj działali w zespole przygotowującym
ustawę o ratownictwie medycznym.
W procesie "łowców skór", toczącym się przed Sądem Okręgowym w Łodzi, na
ławie oskarżonych zasiadają dwaj b. sanitariusze i dwaj b. lekarze łódzkiego
pogotowia. B. sanitariusze oskarżeni są o zabójstwo pięciu pacjentów, a
lekarze - o narażenie łącznie 14 pacjentów na bezpośrednie niebezpieczeństwo
utraty życia i nieumyślne doprowadzenie do ich śmierci. Całej czwórce zarzuca
się przyjmowanie pieniędzy od firm pogrzebowych za informację o zgonach.
Byłym sanitariuszom grozi dożywocie, lekarzom odpowiadającym z wolnej stopy -
do 10 lat więzienia."