Gość: Z Bydgoszczy
IP: *.stmnca.adelphia.net
11.12.02, 22:50
Jeżeli pozwolimy na zamknięcie Radia Maryja, to co nam zostanie?
GOEBBELSOWSKA PROPAGANDA ŻYDÓW
czyli żydowskie mity dla ciemniaków w ciemnicy kinowej
„The Last Temptation of Christ”, czy „Szeregowiec Ryan” jest taką sama
propagandą jak ”Lista Szwindlera”, „Shoah”, „Shtetl” i inne świństwa ekranu.
Podczas wojny Warszawiacy, broniąc się przed propagandą Goebbelsa, ukuli
hasło: TYLKO ŚWINIE SIEDZĄ W KINIE.
Poniżej przedstawiam przykład zdrowej reakcji na syjonistyczną propagandę -
recenzja niezależnego krytyka filmowego Michaela Hoffmana*.
(Tłumaczenie i adaptacja z angielskiego)
RATOWANIE ŻYDOWSKICH MITÓW
Film: „Saving Private Ryan” (Ratowanie szeregowca Ryana)
Reżyseria: Steven Spielberg
Tak mi się zdawało, że nareszcie Spielberg zrobił coś o Drugiej Wojnie
Światowej, co jest bez „holocaustu” i „komór gazowych”, a tylko o walce na
zachodnim froncie, coś o honorze i współczuciu amerykańskiego rządu dla
Żołnierza Amerykańskiego. Poszedłem więc obejrzeć „Saving Private Ryan” [w
wersji dla widza amerykańskiego].
W kinie jednak zobaczyłem, że propaganda żydowska najbardziej dydaktycznego
cudownego dziecka holywudu tam jest bez zmian, tylko podsunięta chytrzej,
albo, jak kto woli, subtelniej, mniej widocznie dla niewprawnego oka.
Francuski historyk, Robert Faurisson, powiedział, że każda wojna jest
zbrodnią. W kinie Żydów istnieją jednak dobre wojny. Druga Wojna Światowa
jest taką dobrą wojną.
54 lata minęły od jej zakończenia, ale żydowskie mity Aliantów wciąż wsiąkają
w naród. Hip, hip, hurra! Powodzenie kasowe „Saving Private Ryan-a” to
potwierdza. Spielberg zaciera ręce, bo zrobił z największej bratobójczej
rzezi gojów w wieku białego bratobójstwa nie tylko „dobrą wojnę”, ale jeszcze
napełnił kasę superstudia „Dream Works” setkami milionów dolarów. (Ich
następny projekt to film animowany o czarnym Mojżeszu wychowanym przez
czarnego faraona Ramzesa. Ten „obciągnie” następne miliony u Murzynów i
zarazem „podbechta” ich przeciwko białym.)
Goje z rolniczej strefy Ameryki, z „bread basket belt”, są w 1998 roku
desperacko zmęczeni chorobą duszy, co dotknęła Amerykę. Oni chcą widzieć
bohaterów i coś, w co mogą wierzyć, wierzyć znowu.
Voila, Spielberg przybywa na pomoc! Możesz zapomnieć o odcieniach szarości
moralności, albo o egzystencjalnym samozwątpieniu, które musiałeś oglądać w
filmach o walkach w Korei i Wietnamie. To były złe wojny. Zwalczaliśmy
komunistów. Za te wojny amerykańscy weterani wojenni winni odpokutować
obchodzeniem nie kończącej się żałoby, dopasowując się do puścizny zbiorowego
rozstroju nerwowego lat 60-tych, za to że w ogóle brali udział. W kinie
żydowskim ich walory jak patriotyzm, bohaterstwo i ślepa wiara w generałów
różnią się o włos od „zbrodni wojennych”.
Natomiast przeciwko Niemcom patriotyzm, bohaterstwo i ślepa wiara w generałów
są słuszne i pełnoprawne – uzasadnił je półwiekowy tam-tam holywudu.
Spielberg wystawił przynęty dla widowni - na zwolnionym ruchu, iście miłosne
karesy kamer z pornografią brutalności, czym popisał się już poprzednio
w „Amistad” (hi-tech dramacie orgii przemocy białych wobec czarnych na
pokładzie okrętu z niewolnikami). On zagrał głównie na sentymentach roczników
poborowych zapełniających ciemnice kinowe, naiwniaków tego samego typu, co
dali zawieźć się do Omaha Beach na pewne stracenie.
Na przykład, w makabrycznej scenie żydowski żołnierz przegrywa na białą broń
i niemiecki żołdak pruje mu bebechy z prawie miłosnym współczyciem – wymysł
przypominający blagierstwa innego Żyda, Freuda, ale głód czytelników
szmatławców i tabloids został nasycony.
Zaczyna się od lądowania piechoty US na skrwawionych plażach Normandii, gdzie
te niemieckie sukins..., pardon, ci „zbrodniarze wojenni” mieli czelność
strzelać do inwadujących Amerykanów! Nieomal psychoterapeutyczne sceny
śmierci i rzezi – chyba najbardziej podniecające i fascynujące jakie
kiedykolwiek zainscenizowano – z miejsca urzekają sadystów videowych cyrkiem
digitalnej woltyżerki „wirtualnym bojem”.
Film ma nas przekonać, że rząd Henry Morgenthaua i Roosevelta wysłał młodzież
na śmierć za sprawę Żydów w Europie, a jednocześnie z miłości do Amerykanów
zadbał o amerykańskie rodziny. Yapp!
Otóż, kiedy czterej bracia pomaszerowali na wojnę, żeby zrobić świat
bezpiecznym dla bolszewików i bolszewizmu, trzech od razu zginęło. Trzeba
więc uratować tego czwartego. Nie bardzo to jasne dlaczego i dlaczego właśnie
tego ostatniego brata, gdy na wojnie innych takich ostatnich braci jest
masa? No więc dlatego, że to jest fikcyjny świat fikcji goebbelsowskiego
Spielberga, cicho! Nie psuć jemu zabawy w kino!
No więc sam wielki generał Marshall, pomnikowo uheroizowany na surowy
ekstrakt męskości, interesuje się tym czwartym, pozostałym przy życiu bratem,
szeregowcem Ryanem. Może dla precedensu, może dla wyjątku z reguły, może dla
reklamy, dla własnej popularności? Nieważne, przecież to fikcja, tu dba się o
propagandę, a nie o historię. „Marshall” Spielberga, żeby rozsentymentalnić
publikę „mądrością strategów”, recytuje słowa Lincolna z pamięci... Kto zna
bucowatość Marshalla, tego pusty śmiech ogarnia. Ale temu, kto zna
bratobójczą wojnę Żyda Lincolna, temu śmiać się odechciewa.
Szeregowiec Ryan, desantowy skoczek spadochronowy wylądował zniesiony
z kursu w okupowanej przez „wroga” Francji. „Mądry strateg” Marshall wyznacza
specjalną drużynę komandosów do uratowania go w środku wojny, w rejonie
chaotycznych, piekielnych walk ulicznych, gdzie co chwila przerywana jest
łączność i walczący są zdani na siebie samych, odłaczeni od drużyny i gdzie
cała operacja nie ma sensu, gdyż straty ratowników muszą być większe niż
liczba przypuszczalnie uratowanych, która w tym wypadku ma wynosić jeden
(1) !
Drużyna ratownicza składa się umyślnie z wielokolorowych Amerykanów.
(Takie clichés spinały filmy B-klasy i komiksy Marvela.) Jest tam głupkowaty
Włoch, straszliwy jajogłowy, popychany Żyd, wielki Arjanin z Brooklynu i typ
z Południa, sierżant York. Gromada ta jest tak smagła i śniada, że z początku
ona przypomina oddział portorykańskiej Gwardii Narodowej, co odwraca naszą
uwagę i wytrąca nas z akcji na ekranie. Zauważamy, że siedzimy w kinie i
trzeba chwili, żebyśmy wrócili do poddania się konwencji przeżycia kinowego.
„Żyd” powiewa swoim naszyjnikiem z „Gwiazdą Dawida” w kierunku niemieckich
jeńców i przedrzeźnia ich, pokrzykując: „Juden, Juden!”. Ale, o dziwo,
Spielberg nie kazał „Niemcom” chrząkać i spluwać na żydowską świętość. Scena
ta jest jedynym żydowskim odnośnikiem i, o dziwo, nie ma też
grozy „Holocaustu” przenikającej z tła, czekającej ich dalej, w Polsce.
Dlaczego Spielberg nie uderzył w strunę „Holocaustu”? Bo wie, że publika
złożona z gojów nie będzie kibicować poświęcania Amerykanów za sprawę tych,
co mordują palestyńskie dzieci rzucające kamieniami. Co gorzej, „Holohoax”
sprzedaje sie coraz trudniej i męczy widownię. Wybrał zatem wstrzyknięcie
swojej nienawiści do Niemców tam, gdzie publiczność je najmniej może
zauważyć.
Na przykład, wszyscy ratownicy Ryana uważają, że koniecznie trzeba
rozstrzelać niemieckich jeńców wojennych, a tylko kapitan nie godzi się
zamordować jeńców. W konsekwencji jego „słabości” nasz żołnierz ginie.
Właśnie „nasz”, ten żydowski. A ubitj germancow!!! Oko za oko!!!
Papierowa jest postać serżanta Yorka, protestanta „fundamentalisty” z
Południa, co zawzięcie nienawidzi Niem