afryka11
01.01.07, 21:03
przeżywam ostatnio piekło za każdym razem, kiedy róbuję z dziećmi wyjść z
domu. Mój 2,5 letni synek, niegdyś uwielbiający spacery ( co najmniej 2,5 -
3h dziennie) na hasło "idziemy na spacer" wpada w furię. Rzuca czym popadnie -
łącznie z sobą samym, pada na podłogę, szczery płacz, twierdzi że jest
bardzo śpiący. Nie pozwoli się ubrać, robi się "miękki". Już nie mam siły. A
ja muszę ubrać jeszcze jego roczną siostrzyczkę. Ona już wie, że ubieranie
oznacza spacer. Nie ma większych problemów. Już zrezygnowałam. Siedzę w domu
aż mąż wróci. Biorę córeczkę wieczorem na spacer. A Mały siedzi w domu.
Pozwala się ubraż gdy ma jechać z tat autem. Ale nie na spacer. Ale przecież
on nie może wiecznie siedzieć w domu. Spadła mu odporność. Inną sprawą jest
że musi mieć kontakt z ludzmi. Ja też. Nie widzę ludzo w ogóle. Jestem
zmęczona ciągłym siedzeniem w domu. Nie mam pomysłów na zabawy dla nich -
zawsze po spacerze szli spać, ja w wtedy sprzątała, gotowałam obiad. teraz
nic nie jestem w stanie zrobić. W ogóle jakiś zmierzły się zrobił. Zawsze
uwielbiał spacery. Teraz jak uda mi się go wyciąnąć to pędzi w stronę
dziadków - 300 m dalej i nie chce od nich wyjść. Czy któraś ma podobny
problem?