Wchodzę dziś do pokoju syna ( jest na wakacjach z dziadkami), a tam na fotelu leży paczka, owinięta taśmą kurierską.
Do pokoju nie wchodziłam od niedzieli mniej więcej.
Przez chwilę pomyślałam, że mąż zamówił mi jakiś prezent i tak zmyślnie schował

Ale coś mnie tknęło i podeszłam sprawdzić etykietę adresową, a tam imię i nazwisko jakiejś kobiety i adres w naszym bloku, ale inne mieszkanie.
Zadzwoniłam do męża, a on "O cholera, zapomniałem, zadzwonił kurier czy odbiorę dla sąsiadki, bo jej nie ma, schowałem u małego, żeby koty nie podrapały i zapomniałem na śmierć"
Bywa roztargniony, trudno, stało się.
Idę pod wskazany adres, aby oddać paczkę, otwiera mi kobieta i mówi, że ona się tak nie nazywa, że nie zna nikogo o tym nazwisku.
No i klops.
Nie ma przy adresie numeru telefonu, tylko same zera.
Zadzwoniłam do firmy kurierskiej i pani najpierw wypytała mnie, czy jestem nadawcą czy odbiorcą.
Jak się okazało, że ani jednym, ani drugim to się dowiedziałam, że nie jestem stroną i mogę na swój koszt zamówić kuriera i odesłać paczkę do nadawcy.
Super i świetnie

Nawet jakbym się już wykosztowała, bo nie chcę trzymać czyjejś własności to adres nadawcy jest jakiś dziwny, bo bez numeru ulicy.
A jak paczka do mnie z tego tytułu wróci?
Co ja mam zrobić z tym kukułczym jajem??
Mąż ma rzecz jasna nauczkę, żeby takich uprzejmości nie wyświadczać jak kogoś nie zna...