margo-lka3
02.04.15, 23:26
córka ma w przedszkolu 5 koleżanek, postarałam się też zaprzyjaźnić z rodzicami dziewczynek, także od czasu do czasu spotykamy się jak dziewczynki się do siebie zapraszają, teraz są razem w przedszkolu, od września jako 6 - latki mają iść do szkoły. Wszystkie dziewczynki idą do szkół prywatnych, dwie najlepsze idą razem do jednej, 2 pozostałe do innych ale też prywatnych, jedni się jeszcze wahają ale pewnie też poślą do jeszcze innej prywatnej, bo chyba zaklepali jakieś miejsce. Z mężem zdecydowaliśmy że damy córkę do szkoły publicznej ale nie rejonowej, tylko będziemy ją dowozić kilka km do szkoły, ponieważ nasza rejonowa jest bardzo przeładowana. Teraz mam kaca, rozmawiam z rodzicami mającymi dzieci w szkołach publicznych i są mocno rozczarowani, poziomem nauczania (tym najmniej), brakiem w szkole zajęć dodatkowych dla młodszych dzieci, źle funkcjonującymi świetlicami. Nasza córka w świetlicy będzie zapewne do godz. 17 więc cały dzień w szkole. Mąż kategorycznie wykluczył szkołę prywatną, ze względu na snobizm ludzi posyłających tam dzieci, oraz finanse bo koszt dziecka w szkole prywatnej to z posiłkami ok 1700-1800 zł. Ja optymistycznie myślę że dalibyśmy radę, tylko m,. po prostu nie chce na to przeznaczyć kasy. Z drugiej strony dzieci mają ok 10h angielskiego tygodniowo i zajęcia dodatkowe, po lekcjach raczej się nie nudzą. Oferty szkół prywatnych wydają się być imponujące. Mam teraz kaca że może trzeba było się uprzeć i forsować szkołę prywatną, a teraz rekrutacje są już zamknięte do pierwszych klas. Boję się że jak nadal nasze dzieci będą się spotykać a rodzice opowiadać o organizacji tam zajęć o nauce języka, opiece to w zderzeniu z publiczną placówką do jakiej zapisaliśmy naszą córkę krew mnie zaleje. Ja mam zapędy żeby w dziecko inwestować, rozwijać żeby twórczo spędzało czas, a m wręcz przeciwnie, dla niego to nie ma żadnego znaczenia. Ma to wyniesione z domu, jego rodzina najchętniej nic by od dzieci nie wymagała, argumentuje to przemęczaniem dzieci, także wożenie na zajęcia dodatkowe to też będzie głupia fanaberia i dodatkowy koszt. Mąż jeśli chodzi o ambicje i to żeby coś osiągnąć w życiu to ocknął się na 2 roku studiów, całe szczęście że jest bardzo bystry i zdolny i zdobył dobry zawód, aż strach pomyśleć coby było gdyby ktoś od niego od początku wymagał. Boję się że z córką będzie podobnie, jest zdolną dziewczynką,ale ja mam poczucie że nie zapewniamy jej dobrego startu A może ja po prostu przesadzam, i Ci wszyscy rodzice którzy inwestują taką dużą kasę w dzieciaki mylą się? Co o tym myślicie?