kawka74
12.02.05, 09:31
do napisania tego postu natchnęła mnie ostatnio wałkowana książka "Zawsze bezpieczna. Psychologiczne aspekty samoobrony kobiet", a także wątek "przyłapałam złodzieja". Nie chodzi mi o to, żebyśmy gremialnie zapisały się na boks i chodziły z kijem czujnie rozglądając się wokół siebie. Chodzi mi o nasze (kobiet) podejście do psychicznej i fizycznej przemocy - począwszy od kradzieży, podmacywania w tramwaju a skończywszy na przemocy w tak zwanym zaciszu domowego ogniska. Rzecz jasna nie wszystkich nas to dotyczy, ale ślady myślenia kobiety jako potencjalnej ofiary uzależnionej od silnego ramienia mężczyzny są widoczne u wielu z nas. Zaczyna się od "sama sobie nie poradzę" - tak jakby kobieta była w założeniu mniej sprawna intelektualnie od mężczyzny. Potem: lepiej się nie bronić, bo to może tylko pobudzić agresję napastnika. Lepiej siedzieć cicho, kiedy jakiś typek obmacuje mnie w zatłoczonym autobusie, bo najem się wstydu. Czy aby na pewno go nie sprowokowałam?
Nie wiem, jak u Was, kochane emamy, ale u mnie gdzieniegdzie widać ślady tego myślenia potencjalnej ofiary, mimo że jestem silna, ostrożna i odważna. Ale od małego dziewczynki uczy się, że mają być grzeczne, słuchać starszych, nie odzywać się bez pytania, nie bić, nie grać w piłkę, nie pyskować, nie krzyczeć. Zachowania punktowane u chłopców są ganione u dziewczynek.
Jeszcze jedno jest ciekawe. Kiedy zostaje zaatakowana kobieta samotna, czasem zachowuje się jak owca prowadzona na rzeź. Ta sama kobieta mając pod opieką dziecko może być dla napastnika stokroć groźniejsza niż ona dla niej. Co w nas takiego tkwi, że w obronie swojego mienia, zdrowia czy nawet życia nie reagujemy, a w obronie dziecka jesteśmy w stanie zabić? Nie chodzi mi tu o wyjaśnienie, dlaczego bronimy dziecka, bo to oczywiste, ale dlaczego czasem kobieta nie jest w stanie obronić siebie, choć jak się często okazuje mogłaby tego dokonać?
A jak to u Was jest? Co o tym myślicie?