Zainspirował mnie wątek o tatuażach u nauczycieli (i nie tylko).Bo kiedy
przeczytałam tytuł, przed oczami stanęła mi od razu nauczycielka mojej córki -
okrąglutka pani mocno po 40., typ mamusiowato/babciowaty - i ją właśnie
wyobraziłam sobie z frywolnym tatuażem (a co, nie mogła mieć fantazji w
młodości?)

))) Dla mnie to jest mocny argument "przeciw": to, co może
atrakcyjnie wyglądać u 20-, 30-latki, niekoniecznie będzie takie za kolejnych
x lat. Wyobrażacie sobie tą smukłą jaszczureczkę na przedramieniu, która wraz
ze wzrostem wagi właścicielki przeobraża się w krokodyla? Albo tę przywiędłą
różyczkę na równie przywiędłym pośladku, kiedy rozbieracie się do badania u
geriatry?

5 dziurek w każdym z 70-letnich uszu? (chociaż może nieużywane
dziurki po jakimś czasie zarastają, tego nie wiem). W każdym razie
dermabrazja, żeby usunąć tatuaż, nie jest chyba najprzyjemniejszym zabiegiem -
no i jak wyczuć tę magiczną granicę, kiedy to, co było ładne, zaczyna
śmieszyć?