kalinkaagata
05.10.06, 16:05
mieszkała Balladyna. W zasadzie lepszym okresleniem byłoby przebywała, tak
tymczasowo, bo jej dom był w Rowach, ale teraz....No własnie teraz przebywała
na Wiosennej numer 5. Zamieszkała tam z ciocia Ewcia , która była stryjeczna
stryjecznej mamy, czy jakoś tak, taka piata woda po kisielu. Balla wczesniej
prawie nie znała ciotuchny Ewci, fakt słyszała czasami opowiastki, róznej
maści na jej temat, ale pierwszy raz ujrzała ją ni mniej , ni więcej , jak
wczoraj.
No więc legeda rodzinna mówiła prawdę, ciocia była piekna, jak z obrazka,
mimo, że miała, tak na oko, jakieś 40 lat, a może więcej???? Tego tak
naprawde nikt nie wiedział, no za wyjatkiem ciotuchny, rzecz jasna...
Jkaze inna była ulica wiosenna od jej "własnej" rodzinnej ulicy... Zreszta
wiadomo Warszawa to nie rowy, zwłaszcza , tak dzielnica, ach same wille, i to
jakie!!! Takie stare i piękne...Ach, jakże dobrze było by zostac już tu na
zasze!!!! Przestac się tułać od jednej ciotki do drugiej, od pseudo babci do
niby dziadka, mieć swój dom, taki najnajprawdziwszy...
Takie to mysli-marzenia błąkały sie po głowie pannie ni mniej ni wiecej
osiemnastoletniej i pół miesiaca, spacerujacej po ulicy Wiosennej, tego
jesiennego dnia 5 października...
Każda kolejna willa, obok której przechodziła była piękniejsza od pozostałej,
jednak wszystkie w jakis nieuchwytny sposób były do siebie podobne... Ta
rutyna sprawiła, że Bella przestała je widziec, miast nich zaczeły przesówac
sie przed jej oczami inne obrazy, obrazy dni poprzednich...
Mały domek w Rowach, zawsze czysty, ale biedny, tatko wracający z ryb
kutrem, zawsze póxnym wieczorem, ale czas na pogawędki, zawsze znalazł... I
ten dzień, gdy zabrano tate dzo szpitala do Slupska....I kolejny, gdy
przyszedł telegram... I kolejne, kolejne dni tułaczki po krewniakach brrrr,
dobrze, że ma to juz za soba, dobrze, ze ciocia wzieła ją do siebie. W
zasadzie Balladyna sama nie wiedziała, jak to się stało, ze ciotuchna
dowiedziała sie i o śmierci taty , i o tym, ze ona potrzebuje pomocy, dachu
nad głową i bratniej duszy. Ta Ewita (jak ja w myślach nazywała), żyjąca w
swiecie wielkiej sztuki i wernisazy, znalazła czas , żeby przyjechac po nia
swoim wielkim czarnym samochodem, takiej marki, ze Bella do tej pory nie
umiała wymienić jej nazwy, z najprawdziwszym szoferem w kabinie...
A jaki pokoik dostała, ha!!!! Jakże przyjemnie było w nim zamieszkac, pomimo
smutków i złych wspomnien potrafiła cieszyc się łózkiem z baldachimem , i
kolorowymi fikuśnymi firankami w oknach, i małym stoliczkiem z drzewa
sandałowego, i tą śliczna staroświecka toaletka z porcelanowa misa i
dzbanuszkiem na stoliczku...Swoja drogoga ciekawe co czego ten dzbanuszek
słuzył, no bo chyba nie do kwiatków...a miska??? ech trzeba zapytac
ciotuchny..., ale ona ma tak mało czasu...Od chwili przyjazdu widywała ją
tylko na posiłkach, i to nie zawsze, no bo dzisiaj na obiedzie jej nie było,
i Bella musiała zjeść sama...
Dobrze, że Panna Lusia dotrzymała jej towarzystwa. Panna Lusia była "do
wszystkiego" taka pomoc kuchenna, i sprzątaczka i wszystko po kolei...To
znaczy dwa razy w tygodniu wpadała do domu firma sprzątająca (Bella jeszcze
ich nie widziała "ich" sprzataczy), Lusia sprzątała tylko "na bieżąco"
Ale co to, Belcia tak się zamyśliła i zadumała, ze doszła do, jakiegoś
skrzyzowania, przy którym dzielnica pięknych domów sie kończyła, a zaczynało
się , ajkies ponure blokowisko, no nic trzeba wracać na podwieczorek, a
potem..no własnie, co potem??? Przecież ona nie ma tutaj nic do
roboty...nikogo tu nie zna..moze poprosic ciotkę, żeby pozwoliła pooglądac
obrazy???Ale przeciez Lusia powiedziła, ze nie wolno jej przeszkadzać... Więc
co tu robić???