irenuk1
07.08.07, 08:10
Kiedyś i jeszcze nie tak dawno pary trzymały się w dużej mierze - i nieporównanie dłużej - za sprawą miłości do dzieci. Wprawdzie inaczej trochę kocha dziecko matka, inaczej ojciec, ale jednako dobrze mu życzą i jeśli są normalni jednako troskliwie koło niego się kręcą, a także dzielą się radościami (że np. wyzdrowiało) i smutkami.
Tak mi to wygląda z perspektywy 40 lat "pożycia".
Teoretyzując zaś powiedziałbym - podobnie jak pani psycholożka - że człowiek ma nieprzebrane zasoby i niezliczone możliwości rozwoju osobistego, a więc potencjał bycia pociągającym. Warunkiem jest tylko - i aż - dobra wola po obu stronach, żeby chcieć się ucieszyć jakąś nowo odkrytą zdolnością tego drugiego, jego pasją czy zwykłym zainteresowaniem. Może to być w podeszłym wieku dajmy na to wędkowanie, przy którym małżonka robi na drutach lub czyta książkę (celniejsze fragmenty poddaje pod dyskusję - mąż w końcu rzuca wędkę). Razem np. grilują, piją piwo czy wino (co kto lubi), rozwiązują krzyżówki.
Zaznaczam, że ja nie wędkuję. Rozumiem, ale nie podzielam. Gdyby jednak moja żona wędkowała, może by mnie to nie odstręczało od jeżdżenia z nią na ryby. Byle były tam jakie łozy czy choćby wiklina.
No i żona chętna od czasu do czasu (ale częściej niż raz do roku).