Gość: sombre
IP: *.starogard.dialup.inetia.pl
18.06.02, 17:46
Ciekawe, czy mnie kto przebije.
Postanowiłem się dziś wybrać do tzw. warzywniaka. Warzywniak, jak
warzywniak - zwykła osiedlowa blaszana buda. W środku młoda pani ekspedientka,
na oko 20-kilku letnia. Wchodzę z grzecznym "dzień dobry". Raczej przywykłem,
iż kobiety w tym wieku są moimi kumpelami na "ty", ale cóż, trzeba grzecznie
grać swoje społeczne role.
- Poproszę 2 kilo ziemniaków.
- A chce pan sobie sam nałożyć? - pyta pani schowana gdzieś za regałami tak,
że ledwie dostrzegam, jak przygotowuje mi siatkę.
- No raczej nie - odpowiadam zdumiony, zachowując jednak podstawy asertywności,
bo z uśmiechem i prosto w twarz pani ekspedientce.
Dziewczyna z miną zirytowanej belferki rusza sama do skrzyni z milionem młodych
i małych ziemniaków.
- Nie mam do tego tak dobrego oka - dodaję żartobliwie, by przełamać grobową
ciszę (w budzie byliśmy sami).
A teraz uwaga, bo zbliżamy się do zdobycia pierwszego w tym wątku szczytu...
- No i też mi się nie che, prawda? - karcącym tonem profesorki wpisującej pałę
do dziennika podsumowuje sytuację pani ekspedientka...
Tylko wrodzona łagodność, no i rozbawienie całą tą sytuacją powstrzymały mnie
od pokazania Kerowniczce, dlaczego to ONA ma ochotę na to nakładanie :)
A nakreślenie szerszego charakteru zdarzenia nadeszło na koniec, wraz z
następną klientką
- Te pomidorki pani mi wybierze, czy sama mam sobie wziąć?...
:)