Dodaj do ulubionych

Gdyńska Kraina Łagodności

11.09.03, 18:10
Niniejszym zakładam w gdyńskim forum kącik, w którym będzie można zamieszczać
utwory z "Krainy Łagodności" (czyli szeroko rozumianą poezję, również np.
teksty piosenek).
Warunki:
1. tematyka związana z Gdynią, Wybrzeżem, itp.
2. odpowiadając tniemy cytaty

Miłej lektury
Krzysiek
Obserwuj wątek
    • knovak Gdynia wg Tuwima 11.09.03, 18:13
      A na dobry początek dziełko Tuwima:

      ###

      Julian Tuwim

      Gdynia

      Od jantarni, od jastarni,
      Od surowych skał jastrzębich
      Ciągnie wiatr i ptaki karmi

      Nad skałami krążą jastre,
      Zaprawiając się w drapiestwie.
      Tu ma Polska rysy ostre,
      Rzekłbyś: oto Gryf i Mestwin.

      Tutaj trzeba ust zaciętych,
      Zimnych oczu, zimnych myśli:
      Że te porty i okręty
      Wpławił w Bałtyk rozpęd Wisły.

      Tutaj: - Tak! I tu ostrożnie
      Ze słowami. Bo w granicie,
      W ryku morza, w stali mroźnej
      Muszą słowa mieć pokrycie.

      Więc kranami nachylone
      Do słonego wodopoju,
      Słyszysz miasto, jak przysięgą
      Biją młoty Gdyniostroju?

      I gdy pięść twardnieje w kastet
      Mocniej ściska pierścień ślubu.
      Usta za kraczącym ptactwem
      Mruczą wrogom: "Spróbuj... Spróbuj..."
    • knovak Gdynia Majkowskiego 11.09.03, 18:15
      I jeszcze jeden wiersz, z 1913 roku...

      ###

      Aleksander Majkowski

      W Gdyni

      Na twym białym brzegu
      Daj mi, Boże, żyć,
      Daj mi twej potęgi
      Dźwięczną struną być.

      Twego morza chwałę,
      Trąby jego burz,
      I te grzywy białe
      Nad falami wzdłuż,

      I modrego nieba
      Lazurowy dzwon:
      Wszystkiego mi potrzeba
      Zakląć w lutni ton.

      A gdy przebrzmi nuta
      Nad grzmotami fal,
      Duch na maszcie szkuta
      Niech popłynie w dal.

      Niechaj w nucie swojej
      Żeglarzowi drży
      I w ryczącej boi
      Mu na trwogę grzmi.


      • windyga Re: Gdynia Majkowskiego 11.09.03, 23:31
        >Krzysiu!
        Cudnie, ze na taki pomysl wpadles:)))
        Byly na tym forum wierszydelka autorow wlasnych ale co poeta klasyk, to klasa
        jednak sama w sobie.
        Tuwima nie znalam. Moze powinnam sie wstydzic, co? Tak, na pewno powinnam!
        Majkowski... no w tym przypadku moge sobie darowac pewna ignorancje.
        Ciekawe, co bedzie dalej...
        • knovak Iłłakowiczówna w przeddzień wojny... 12.09.03, 16:33
          Kazimiera Iłłakowiczówna

          Gdynia i Gdańsk

          Połączył nas czy rozdzielił los
          miłością nie zawsze bezpieczną...
          Mew nad nami żałośliwy głos
          w letni wieczór, wieczór przedświąteczny.
          Stanąłeś tutaj, ode mnie wprzód
          wiślane objąwszy połacie.
          Czemuś tak chmurny nad brzegiem wód,
          Gdańsku, mój bracie?

          Rozplotłam warkocz, rozwiałam go,
          bose nogi w Bałtyku kąpię:
          chciałam się zaśmiać... Nie mogę, bo
          zasępiasz się j a k k o l w i e k stąpnę.
          Krakowskie wstążki rozwiewa wiatr,
          paciorki zostały w chacie...
          Pytasz tak wrogo? Nie jesteś rad,
          Gdańsku, mój bracie?

          Słychać z daleka żelazny krok
          demonów szalonych i ciemnych
          i zgęszcza się przedniedzielny mrok
          nad tobą i nade mną.
          Nie chcesz wolności? A tęsknisz doń!
          Lękasz się zyskać czy stracić?
          Podaj mi rękę ja dam ci broń,
          Gdańsku, mój bracie!

          13 VIII 1939
    • knovak gdyński erotyk 13.09.03, 08:38
      Znalazłem coś ładnego. Gdynia przed wojną rzeczywiście zaprzątała umysły całej
      Polsce, również Awangardzie Krakowskiej...

      ###

      Tadeusz Peiper

      Na Plaży

      W godzinach kiedy duch jest mięsożerny sierpień powinien leżeć w Gdyni,
      Piasek powinien buchać parą, morze powinno kipieć jak nigdy,
      Nad wodą niech sterczy pierś kobiety, nad wybrzeżem niech
      Pieści niebo las tak pusty
      Jak raj gdy Adam ujrzał jaką ścieżką opasana jest Ewy stopa,
      A w lecie niech nad posłaniem z ciszy wysoka pieśń czuwa.

      Kawałami czerwonego słońca biła Gdynia w oczy,
      Gdy nagle wśród ciał które dźwigał piasek i wśród ciał które
      Dźwigały łokcie
      Dwie szklanki srebrnego blasku bieg słońca zmąciły.

      Brunatne były ich podpory, brunatne gołe i bose,
      Bo nad brzegiem stoi kobieta i cieszy się sama sobą;
      Duma gęstnieje nad jej biodrem, a gdy wchodzi w wodę,
      Wśród trzepotu złotych sekund imię jej zdrabnia jej uda.
      Przed mężczyzną, który ją ściąga i jej ucieczka się zżyma,
      Ucieczką, bo plecami dotyka myśli rozległej jak to pod nią
      morze.

      Lecz chmura skropliła się słońcem i, gdy z wody wybiegli,
      Jego płaszcz wydał mu się szczupły, tak jej śmiech był
      tkliwy.

      Biali poszli oboje w las gdzie cisza usłała posłanie
      Z puszystej miki i otoczyła je strażą wysokich pieśni;
      Jego słowa, jak jego uda, z boku szersze niż z przodu,
      A jej śmiech, nim niebo draśnie, na jej bokach się oprze.
      Pod pniem sosny stanął i srebrnym łukiem urągał niebu
      bez żalu
      A gdy ona na jednym ze wzgórz położyła się niczym owoc
      na talerzu
      i pogrążyła się we wszystko i wszystkiego stała się cząstką,
      on w to się pogrążył, z czego w swe dzieło wyskoczy.

      W ciała swe wsunięci, kąpać się będą w sobie dwie różnice,
      To co jest w mięsie, nie tylko jako mięso się ceni.

      W rozgrzanym czerwienią dachów powietrzu Gdyni,
      Które niesie myśl portu aż tam gdzie woda krzepnie Gdańskiem,
      Wsypane w piasek nagie pułki
      Wyczekują wieści o swych ciałach, które sierpień płuka.

      Morze jest tu masażem a słońce kosmetykiem,
      Dlatego przeważają tu kobiety i dlatego nie są wiotkie,
      Że zaś są nagie, ręce ich opadają zbyt nisko,
      A nogi, uderzając o wspomnienie sukni kroczą jakby i tu
      uderzały o suknię
      Gdy kładą się by słońcem cucić twarz, są płaski i płytkie,
      Gdy zaś twarz wesprą na łokciach, bucha piekło
      Z ich ciał wysmażonych w olejku, z migocącej bruzdy
      ich pleców
      Z ich piersi, które niczym upadające lampy rzucają żar
      w męskie palce
      Patrzą w swe czcze ręce nadzy ich towarzysze z ramionami
      odstającemi,
      Mężczyźni, tym piękniejsi, im silniejsi stoją na ziemi.

      Nagle dzień drgnął, światła zadygotały, ludzie poszerzeli
      Cieniem rozgnieceni
      To piersi tej kobiety nad brzegiem zmąciły bieg słońca.
      Dwie szklanki blasku, szklanki niewyczerpanego blasku,
      Hojne szklanki których żadne nie zamkną skoble
      Świeca w powietrzu, srebro w westchnieniu.
      Omotana oczyma widzów, nim zmieni dla morza pociecha,
      Brutalna jak wodorosty, gdy fale na piasek je zniosą,
      Cieszy się swą skórą, jakby cieszyła się najlepszą swą suknią.
      Między lędźwinami krzyżowiną pycha ją wydrąża,
      Cień, jak duma, gęstnieje nad biodrem, na biodrze taje w dół
      zdążą
      I w fałd trykotu u szczytu nogi niesie pas swej głośnej czerni,
      A wzdęte pośladki błyszczą nad nim, granatowe pomarańcze.
      Złote sekundy trzepocą pod jej kolana gdy stopą wodę bada,
      Udo zdrabnia się dźwięcznie jak jej imię, gdyby sama się wołała
      Za chwile łydki, nie grubsze od ramion, obejmą wodę
      w modłach.

      Biel widnokręgu pchała fale w ląd, a słońce zapaliwszy im
      czoła,
      Pędziło je by udanymi obelgami szumu brzeg obrzucały.
      Na brzegu leżał mężczyzna, pod dymem który wiał z jego
      skóry.
      Krwi karmin, kości klejnot, mięsa krasa,
      I podczas gdy obracał oczy od miejsca gdzie pływaczka
      Poddawała się dotykom wody, na męskie dłonie nie czekała,
      Obsypywał nogi piaskiem, potem ślepo ścierał z nich grudy,
      Lecz ile razy spojrzał na nią, przekładał papierosa wargami
      z jednego kąta ust w drugi.
      Kiedy zaś nad srebrną woda ukazały się jej piersi,
      Wymówione głośno mokrym trykotem, przetłumaczone słońcem
      na sierpień
      wstał, pobiegł ku niej, a z ruchu kolan widać, że był jej mężem.
      Uciekała od niego, lecz każdym rzutem ramion ściskała tyle
      Morza
      Ile wynosiła grubość kadłuba, który ją ścigał i który kochała;
      Czuła swe ciało, swe gołe ciało, niezdmuchnięte w łachy,
      Swe ciasne, swe piękne ciało, w słonych woni osadzone w chmurze;
      Chciała być sama, sama z wodą, z powietrzem, z światłem,
      z szumem.
      On biegnie za nią, okrzykuje ją prośba, ochlapuje sprośnym
      żartem; nie słyszy,
      Choć głos ten ma na uszach i za godzinę dosłyszy.
      Tymczasem idzie falom naprzeciw i niosąc nad wodą ramiona,
      Jakby nie broniąc się przed wodnistych dłoni płochymi ranami,
      Uważnym skokiem i pomocnym kwikiem unika zalewu.
      Teraz cofa się; skokom i kwikom nie ufając za wiele,
      Zawraca, zsuwa trykot z bark, kładzie się na fali niskiej,
      A temu który ją ściga ani rzęsa nie skinie,
      Bo właśnie plecyma dotyka myłsi rozległej jak to morze
      Pod nią.
      Gdy zerwie się, trykot przygładzi i guziki dopnie;
      Stopy jej pieszcząc piasek, pokochają ziemie nowym uczuciem;
      Nadymanymi policzkami i dzióbem ust woda i hymn ciecze
      I o ciele poprzez które dusza wyciąga swe łapki i łapy
      O ciele poprzez które można stać się lepszym niż było.
      Szorstkie na trykocie światła porują jej pierś tylko do sutek
      Pod którymi ukrywa się cień i jego czarna sztuka,
      Okrągłościom dając wypukłość, w pełnię wynosząc szkice;
      Ona czuje to, oddycha głębiej, i o piersiach swych myśli
      cycki”!
      A on już z daleka wykonywa palcami miłosne chwyty, nuci,
      I w takt swej pieśni noga prostokątnie gięta wodę wrogo rozcian.
      O, nie, tu, nie sama być chciała, tu jej nie dosięgnie,
      Sama byś chciała, tu sama, jego dotyku nie zniesie.
      Pędzi ku brzegowi, on za nią, staje na brzegu, on za nią w tyle.
      O chmuro, skraplająca się słońcem: z uciekającej twarzy błysnął uśmiech tak
      tkliwy
      Że gdy zdejmowali trykoty pod osłoną kąpielowych płaszczy,
      Szeroki biały płaszcz wydał mu się dla jej biódr za szczupły.
      Lecz lekko mu jest, pod swym zmienionym rozmiarem
      nie jęczy;
      Oboje czują ciało na sobie, wewnątrz ciała nie czują
      Nie czują wnętrzności, ani żołądka ani kiszek ani serca,
      Czują na sobie ciało, wełnę płaszcza i wiatr który im uda ściera
      I słońce które im drapie czaszki i piasek który drapie im stopy;
      Czują na sobie swe sztywne spojrzenia i luźne szepty
      Które uderzają tu w pachwiny, a w duszę przyzywają tu w oczy;
      Kochają się wzajemnie mowa mięśni i ich przedmową
      Tłuszczową.
      Niedaleko wybrzeża jest ścieżka, niby w trawę strącona
      brunatna nitka.
      A dalej na lewo jest las, gdzie wiatr ogryzany tylko psa
      szczekaniem,
      pod rozpiętą ciszą pieści niebo sosnami i świerkami,
      gdzie traw poziomie liście błyszczą, na pościel usłana mika,
      gdzie na okrągłych wzgórzach wrzosy układają swą pieśń
      w wysokie stożki.
      Te lasy, te ciche lasy, jakżeż te schowki miłości kuszą.

      W zielone ściany, w zielone światła i w zielone mroki
      Szli w swych białych płaszczach biali, dwa kremy.
      A może nigdy tego męża nie kochała ta żona tak mocno,
      tak mocno,
      jak wtedy gdy wśród woni które niósł las i które morze niosło,
      wśród drzew rozsuwanych szeroko najgęstszym słońcem,
      stanął pod sosną, płaszcz rozwinął jak zuchwały anioł,
      i pień drzewa, patrząc Bogu w twarz, srebrem moczu
      ściemniał.
      Wytrząsnęła się z płaszcza, zaszła go od tyłu, pod jego płaszcz zapuściła
      ramiona,
      Objęła go, policzki wcisnęła mu w plecy tam gdzie oświetla je
      Znamię,
      Potem całego ściskała pocałunkami, bo kochała go całego
      Tak jak tu pod pniem sosny stał przed nią rozkraczony i goły,
      Z ramionami na biodrach, z głową do góry zadartą,
      Łaciatymi cieniami guzowany, a błyszczący, śliski i twardy.

      Podszedłszy dalej, co kilka kroków uderzali o siebie ustami.
      W gęstwinie na wzgórzu widzieli gościnne miasto,
      A w napotykanych ścieżkach przygotowane dla siebie schody.
      Radość pomnażała ich ciało i żywiła nim duszę,
      Tak, że śmiech jej, nim niebo draśnie, na jej bokach się oprze,
      A
      • knovak gdyński erotyk cd. 13.09.03, 08:44
        ...
        A jego słowa, jak jego uda, z boku szersze były niż z przodu.

        Gdy puścił ją przed siebie, wiedziała że jego oczy sięgają
        Po nią już niżej,
        Wzdłuż łydek i dookoła kolan czuła jego silne i czyste
        Spojrzenia.
        Które teraz cieszyły ja jak pocałunki
        Gładziły szczęściem, otulały niebem.

        Na płaskim wierzchołku jednego ze wzgórz stanęła,
        Obróciła się
        I czując jak przez jej ciało ostrymi nićmi przepływa dobroć
        I siła,
        Szerokim rozchyleniem płaszcza powiedziała: tobie.

        W powietrzu czuć było igliwie, słońce, sól morza i woń
        Kobiety.
        Drzewa mówiły żywicą w mroków słoneczne oszycie,
        Bliskim ciepłem grzała, nic nie zdradzając, cisza,
        Szmer, który przebiegał lasem, krył się we wrzosów kole
        Szczodrym
        A wierzchołek wzgórza był tylko jej dreszczem.
        Leżała na swym płaszczu, owoc na talerzu, ujęta w płaszcza
        Poły;
        Klęknął, gładził, całował, objął, ścisnął, rozłupał.
        Drzewa mówiły tylko żywicą, nic nie zdradzając ciszą,
        Bliskim ciepłem grzało mroków słoneczne oszycie,
        Wierzchołek wzgórza krył się we wrzosów kole szczodrym,
        A szmer, który przebiegał lasem, był tylko ich dreszczem.
        Ona z zaciśniętymi palcami wrastała w trawę,
        On obejmując jej boki swej woli otwierał wrota;
        Ona czuła się kawałkiem tej ziemi na której leżała,
        On nie, on miał tu tylko jeszcze jedno łoże;
        Ona pogrążąła się we wszystko i wszystkiego stała się cząstką,
        On nie, on w to się pogrążył, z czego w swe dzieło wyskoczy.

        Gładcy, giętcy, gładcy jak trzcina, giętcy jak cięciwa na
        Trzcinie,
        Uściskami kawałkowani, w kawałki ciał wsunięci,
        Wtarci we własne skóry, powodzią sutych chwil zalani
        Nadzy, brunatni, opryskani słońcem, owiani zielenią,
        Kąpać będą w sobie swe różnice – nim minie
        Godzina strzeżona wrzosów wysokimi płomieniami.


    • knovak taki drobiazg... 14.09.03, 20:00
      Jadwiga Korczakowska

      Port

      Dziwaczne maszyn miasto
      Huczy, grozi, z każdym dniem narasta.
      Pracuje pospiesznym rytmem: Gdy-nia, Gdy-nia!
      Alarmem syren świat o lenistwo obwinia.
      • windyga Re: taki drobiazg... 14.09.03, 20:48
        knovak napisał:

        > Jadwiga Korczakowska
        >
        > Port
        >
        > Dziwaczne maszyn miasto
        > Huczy, grozi, z każdym dniem narasta.
        > Pracuje pospiesznym rytmem: Gdy-nia, Gdy-nia!
        > Alarmem syren świat o lenistwo obwinia.



        Zycie, jak wiadomo, zwlaszcza paniom, sklada sie wlasnie z drobiazgow...
        Alez ty Krzysiu jestes poszukiwacz skarbow:)))Prosimy o dalsze!!!
    • knovak i trochę morza wg EKT Gdynia... 14.09.03, 20:04
      muz.sł.- autor nieznany

      JA STAWIAM

      Czy mam pieniądze, czy grosza mi brak - ja stawiam
      Czy los mi sprzyja, czy idzie mi wspak - ja stawiam
      Czy mam kompanów dziesięciu, czy dwóch
      Czy mam ochotę na rum, czy na miód
      Czy mam pieniądze, czy grosza mi brak - ja stawiam
      Czy wicher w oczy, czy w plecy mi dmie - ja stawiam
      Czy mi kompani ufają, czy nie - ja stawiam
      Czy ja ścigam wroga, czy wróg ściga mnie
      Dopóki mój okręt nie leży na dnie
      Czy mam pieniądze, czy grosza mi brak - ja stawiam
      A kiedy mnie dziewka porzuci jak psa - ja stawiam
      Gąsiorek biorę i piję do dna - ja stawiam
      Kompanię zbieram i siadam za stół
      I nie ma wtedy płacenia na pół
      Bo kiedy mnie dziewka porzuci jak psa - ja stawiam

      Ja stawiam żagle jak kufel na stół - ja stawiam
      Czy fala mnie niesie, czy w górę, czy w dół - ja stawiam
      Czy tam dopłynę gdzie kończy się świat
      Czy aż do piekła poniesie mnie wiatr
      Ja stawiam żagiel jak kufel na stół - ja stawiam
      Ja stawiam żagiel jak kufel na stół - ja stawiam
      Ja stawiam żagiel jak kufel na stół - ja stawiam!
      • x2468 Re: i trochę morza wg EKT Gdynia... 15.09.03, 11:20
        Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

        Meduzy

        I
        Balwanek plynie jak tryton
        a z pyszczka kapie mu slina.
        Slonce na morze spokojnie spoglada,
        ondulowany blondyn.
        Niebieska woda gesta jest od ondyn:
        to meduzy w przemoczonych muslinach.
        Morze sie przeciaga,rozciaga,
        wkrotce cisza poludnia je zmorze.
        Miedziane zagle rybackie
        ledwie sie przez sen kiwna...
        Fale pieszcza zabawke dziwna:
        meduze,kwitnace morze.

        II

        Raz,gdy wracalalam wybrzezem,patrzac uwaznie dokola,
        bo nic juz nie bylo na swiecie
        procz tego,co mozna widziec-
        meduza lezala na piasku
        i czula,jak fala idzie,jak jej dosiegnac nie moze
        i jak ja ku sobie wola.
        Podnioslam z piasku te brylke
        smutna,fiolkowa,kaleka
        (oby tak ze mna uczynil
        Ten ktory wszystko moze)
        i polozylam na fali-
        i utonela daleko,
        jak dzwon radosci milczacy,puszczony na pelne morze...

        III

        Na piasku lezy mlodzieniec,
        ktory utona przed chwila.
        Patrzy tepo,jak w koncert morza
        zasluchany powazny muzyk.
        Obcy i zimny dla ludzi,
        ktorzy mu zycie przywrocic sie sila -
        a usta ma fioletowe
        jak krzyz na ciele meduzy...
    • knovak perełka o Helu ;-) 20.09.03, 21:26
      "Hela na Helu"
      Ludwik Jerzy Kern

      Od dni paru, niewielu,
      Siedzi Hela na Helu
      (A konkretnie to na czym siedzi nazywa się plaża).

      Przyjechała w niedzielę,
      Przyjął słońcem Hel Helę
      (takie co rzadko, lecz jak widzimy, czasem się zdarza).

      Dobrze z Helem jest Heli,
      Piaskiem Hel się z nią dzieli
      (bywają przecież w życiu także dobrane pary).

      Przyciemniała na ciele,
      Bo tak dba Hel o Helę
      (nic dziwnego, ona młoda jest, a on jednak dosyć już stary).

      Kwitnie Hela na helu,
      Chociaż nie ma hotelu
      (tylko w chatce nad morzem klitkę u bliskomorskiego rybaka).

      W walizce ma manele,
      Lecz tak urzekł Hel Helę
      (że nie szkodzi jej bynajmniej drobiazga taka).

      Co dzień szereg kąpieli
      Oferuje Hel Heli
      (a w kąpieli gdy siedzi, zawsze myśli Hela o raju).

      Obchodzi ją niewiele,
      Że Hel inne ma Hele
      (które co roku do niego zjeżdżają z różnych zakątków kraju).


      • windyga Re: Żuławski dla Gdyni 22.09.03, 22:30
        knovak napisał:

        > Juliusz Żuławski
        > "Na dzień uwolnienia Gdyni"
        >
        > Te osty blade i piaski
        > Czy z lat młodzieńczych pamiętasz?
        > Zbierałeś cienie i blaski:
        > Sny o okrętach.
        >
        Krzysiu, Kochany!
        Gdzie Ty wynajdujesz te sliczne wierszydelka?
            • windyga I jest Pawlikowska... 23.09.03, 12:30
              Kobieta w morzu
              1
              W czarnym trykocie lśniącym
              i w kasku z gumy czerwonej
              zachodzi w morzu jak słońce,
              tylko z przeciwnej strony.
              2
              Zamieszana w srebrzystą pianę,
              zamiatana szumiącą grzywą,
              przekomarza się z oceanem,
              który chciałby ją kochać nieżywą.
              3
              Leży jak w łożu,
              Na fali oparłą głowę.
              Otworzyła ramiona płowe.
              Całą oddana morzu.
              4
              Morze wzbiera ponad krawędzie,
              zagarnia ją chciwym ruchem -
              i są ak Leda z Łabędziem,
              okryci łabędzim puchem.
              5
              Jak muszla wpółzanurzona
              w fal szmaaragdowych obiegu,
              wsparta na smukłych ramionach
              faluje leżąc przy brzegu.
              6
              Odpina z ramion zapięcia,
              otrząsa krople z dłoni:
              łzy szczęścia gorzkiej toni,
              która ją miałą w objęciach.
              7
              Jak skarb wyrzucony przez fale
              otoczona kontuarem blasku
              spoczywa rozparta wspaniale
              na migdałowym piasku.


              Maria Pawlikowska - Jasnorzewska



              --------------------------------------------------------------------------------



              >
              • x2468 Re: I jest Pawlikowska... 25.09.03, 00:38
                Krzysztof Kamil Baczynski

                Ballada Morska

                Po morzu,gdzie ryby jak jaskry
                pryskaly w gore i w glab,na korabiu z koralow jasnych
                panieneczki blekitne sie smialy,
                na skretach srebrnych trab
                loki lotne jak obloki kolysaly
                na przejrzystych muszelkach rak.

                Wyspy cieple kwitly jak zolw,
                mewy szybkie,ostre jak igly
                szyly cisze,to ja ciely na pol
                i u wody przypiete,stygly.

                Zaspiewalismy pierwsza piesn,
                zaspiewajmy rapsod jak chmura:
                zapadli sie ograomni,az po smierc,
                do ciezkiego dna na czarnych sznurach.

                Wyciagaly ich dlonie krzepkie
                calych w kuli srebrnej jak lod,
                w dloniach mieli perly od krwi lepkie,
                oczy mieli smutniejsze niz chlod.

                I prosilem glosem smuklym:tam
                chcemy na dol wrocic,gdzie spiewanie
                rosna ciala wygietych gam
                i szumiacych jak ulewa modrzewie.

                A na dnie plakali jak dzwonek,
                powracali jak pecherz wodny
                i milczeniem tylko wialo od nich,
                usta ziemi calowali zielone.

                I na lad wesoly nie zeszli,
                i na dno nie splyneli jak kamien,
                tylko byli jak wzniesione ramie
                kolyszace sie to wzwyz,to w glab.
                Panieneczki blekitne sie smialy
                na lodygach wodnych trab.

                I puscily panieneczki jasna siec,
                jak paluszki ich tak wiotka i jak rtec
                wylowily,zaplakaly,ciemne oczy calowaly
                i gleboka w nich az do dna smierc.

                • windyga Baczyński... 25.09.03, 09:43
                  x2468 napisał:

                  > Krzysztof Kamil Baczynski
                  >
                  > Ballada Morska

                  Dla mnie Baczyński, nawet wtedy kiedy czytam te morska ballade, pisze o
                  Powstaniu Warszawskim... Oczyma duszy widzę te sanitariuszki, tych chlopaków w
                  panetrkach.
                  >
                  • x2468 Re: Baczyński... 25.09.03, 10:02
                    Dzien dobry.
                    Cos w tym jest.To siedzi w naszych glowach.Jednak"Ballade Morska"Baczynski
                    napisal w grudniu 1943 roku.W moim odczuciu cala jego tworczosc jest
                    napietnowana wojna.Czuje wojne nawet w jego erotykach.

                    Dla zmiany nastroju,w dzisijszy zeski poranek,jeszcze jeden wiersz
                    Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

                    Podroz okretem

                    Idziemy z fala,
                    w slizgach silnych,gladkich,
                    w iscie nieziemskiej rozkoszy usciskach...
                    Czy to dziecinna hustawka,kolyska,
                    czy elastyczne lono mojej matki?

                    Morze oddycha -
                    oddycham z nim razem,
                    w tej szafirowej kwitnacej okolicy -
                    az wszelkaziemska zdejmnie ze mnie zmaze
                    zgoda z zywiolem -
                    sen na piersiach lwicy.
    • knovak trochę poezji współczesnej... 29.09.03, 20:10
      GDYŃSKA LITANIA 2001
      Zbigniew Jabłoński

      Trwasz na polskim Wybrzeżu
      Siedemdziesiąt pięć lat, To
      Dla wieczności sekunda zdarzeń, I
      Choć przetoczyła się nad Tobą wojna,
      Bezlitosny kat, stałaś się Naszym miastem
      Wyrosłym z Morza I Marzeń.

      Niech Ci nigdy więcej nikt krzywdy
      Nie uczyni; Panie Boże - Ciebie
      O to prosimy-
      My , mieszkańcy Gdyni.

      "Jako pierwszą pozdrawiam Gdynię!"
      Tak, to polski papież wypowiedział te wyrazy.
      Odpowiadamy, że nie zginęła I
      Nigdy nie zginie, Bo
      To są morskie, gdyńskie krajobrazy.
      W łaskawości swojej, Panie, uznaj zasługi I
      Odpuść nam winy. Ciebie, Boże, Prosimy -
      My, mieszkańcy Gdyni.

      "Gdyńscy święci" utworzyli honorowy szpaler
      Oto prawdziwie morska "Armada Anielska".
      Każdego 10 lutego nad świetlistym krzyżem, Na
      Kamiennej Górze w równym szeregu stoją:
      Antoni Abraham, Eugeniusz Kwiatkowski,
      Tadeusz Wenda, Franciszek Sokół, Józef Haller,
      Stefan Żeromski, Hilary Jastak, Franciszka Cegielska.
      Nieważne, kto z nich więcej Do
      Rozwoju miasta się przyczynił.
      Pamiętamy o wszystkich-
      My, mieszkańcy Gdyni.

      Popatrzmy w Niebo. Oto przed gdyńskim szeregiem
      Pojawiła się Matka Boska Swarzewska.
      Błękitne oko Bałtyku odbija w Tatrach jej szaty.
      A te błyski świateł nad helskim brzegiem-
      To żarem miłości płoną kaszubskie serca-
      Niebiańskie kwiaty.
      To jakby źródło wody wytrysło na pustyni, To
      Znak, abyśmy Tobie, Boże, zawierzyli.
      My, mieszkańcy Gdyni.

      Nadmorski Bulwar, Port, Dom Handlowy Batory,
      Teatr Muzyczny Baduszkowej,
      Centrum Kultury Gemini! To
      Twórcza myśl gdynian postawiona Na
      Nowoczesne tory. Niech tak Jest I
      Pozostanie na stulecia. W taka przyszłość wierzymy.
      My, mieszkańcy Gdyni.
      My, gdynianie trzeciego tysiąclecia.

    • knovak z Brzechwą na morzu 29.09.03, 20:19
      Jan Brzechwa

      PAN SOCZEWKA NA DNIE OCEANU

      Pana Soczewkę, jak pewno wiecie,
      Znają filmowcy na całym świecie.
      Teraz go znowu tutaj pochwalmy,
      Bo właśnie zdobył dwie Złote Palmy
      Na festiwalu w Karlowych Warach
      Za film o muchach i o komarach,
      Ponadto jeszcze cztery nagrody
      Za film pod nazwą: "Świat w kropli wody",
      Potem ogromne tryumfy święcił
      Za zdjęcia, które w puszczy nakręcił,
      A film z Księżyca, powszechnie znany,
      Obiegł dosłownie wszystkie ekrany.

      Rzekł pan Soczewka: "Nie dbam o sławę,
      Wiem tylko jedno: muszę niebawem
      Znów stworzyć takie filmowe dzieło,
      Które by całym światem wstrząsnęło!
      Księżyc to fraszka. Teraz dopiero
      Cudów dokażę mnoją kamerą.
      Zgłębię ocean, zgłębię go do dna,
      Nęci mnie taka podróż podwodna!
      Nikt jeszeze nie wie, co się tam dzieje,
      Dowiem się pierwszy i mam nadzieję,
      Że rząd mi na to przyzna fundusze.
      Teraz do pracy zabrać się muszę!"

      Przygotowania dość długo trwały,
      Lecz pan Soczewka był tak wytrwały,
      Że przed upływem ośmiu miesięcy
      Miał już gotowe wszystko, mniej więcej.
      Myśl powziął w lutym, a w październiku
      Przemierzał obszar wód Atlantyku
      Specjalnym statkiem "K.I. Gałczyński"
      Wybudowanym w stoczni szczecińskiej.
      Statek był wielce skomplikowany.
      Sam pan Soczewka sporządził plany,
      A trzej wybitni inżynierowie
      Musieli stawać niemal na głowie,
      By tej niezwykłej sprostać budowie.
      Statek był w kształcie półkuli dużej,
      Mógł więc wirować podczas podróży.
      Z masy plastycznej miał spód kadłuba,
      Ściany, tworzyła szkła warstwa gruba
      Obita szczelnie miką falistą,
      Panoramiczną i przezroczystą.

      Gdy pan Soczewka wyruszył w drogę,
      Trzyosobową zabrał załogę.
      Był więc kapitan, rzecz oczywista,
      Prócz tego radiotelegrafista
      Oraz mechanik. Zdziwi to kogo,
      Że z tak nieliczną płynął załogą.
      Rzecz polegała zaś właśnie na tym,
      Że nie załoga, lecz automaty
      W ruch mechanizmny wszystkie wprawiały
      I niosły statek z szybkością strzały.

      Na statku również mknął przez Atlantyk
      Oprócz załogi - pies Kalasanty,
      Który tak mądrą przeszedł tresurę,
      Że wykonywał prace niektóre:
      Na noc opuszczał flagę na maszcie,
      A gdy mówiono: "Kawę zaparzcie",
      Naciskał guzik i już niebawem
      Załoga mogła pić czarną kawę.

      Tutaj nadmienić sobie pozwolę,
      Że wewnątrz statku, na samym dole,
      Mieścił się pocisk, co od tej strony
      Miał być w głębiny wód wystrzelony.
      Pocisk ten zwał się atomosonda.
      Zaraz wam powiem, jak on wyglądał.
      Mierzył sześć metrów. Górna połowa,
      Czyli rakieta pięciostopniowa,
      Nieść miała pocisk w morską głębinę
      Z szybkością trzystu mil na godzinę.
      W dolnej połowie atomosondy
      Była kabina, a w niej przyrządy
      I urządzenia elektronowe,
      Aparatury kompletnie nowe:
      Więc mechaniczny wzrok, a co więcej
      Trzy wysuwane dowolnie ręce,
      W nich zaś kamery trzy samodzielne,
      Automatyczne i wodoszczelne.
      Kabina miała zrobione ściany
      Z masy przejrzystej, dotąd nieznanej.
      Wewnątrz kabiny, prócz otomany,
      Stał stół, był prysznic, leżanka miękka
      Dla psa, apteczka oraz kuchenka.
      W razie potrzeby pocisk z podłogi
      Wypuszczał sztuczne stalowe nogi,
      By na podwodne kroczyć połowy.
      Napęd, rzecz prosta, miał atomowy,
      Gdyż pan Soczewka tego zażądał.
      Tak wyglądała atomosonda.

      W chwili gdy statek opuszczał Szczecin,
      Wiwatowały tysiące dzieci,
      W porcie zagrała orkiestra dęta
      I z dział strzelano jak podczas święta.
      Sam pan Soczewka guzik nacisnął,
      Statek się zerwał, świsnął i prysnął,
      Śmignął jak strzała przez obszar siny,
      Przeskoczył Bałtyk, minął cieśniny,
      Pędził, wirował niepowstrzymanie,
      Aż się zatrzymał na oceanie.

      Tu zarzucono wreszcie kotwicę,
      Tu pan Soczewka zjadł jajecznicę,
      Inni dostali mięsną potrawę,
      A Kalasanty zaparzył kawę.
      Gdy automaty zmyły naczynia,
      Gdy komunikat podała Gdynia,
      Rzekł pan Soczewka: "Czas już zejść na dno.
      Zapowiedziano pogodę ładną,
      Więc, jak przypuszczam, podwodne prądy
      Nie zniosą zbytnio atomosondy."

      Następnie dodał, prężąc się butnie:
      "Proszę za kwadrans włączyć wyrzutnię!"
      I psa trzymając krótko przy pysku,
      Przez wąski otwór wszedł do pocisku.

      Wnet ze straszliwą siłą wypchnięty
      Pocisk jak piorun runął w odmęty,
      Po czym rakiety kolejne człony
      Niosły go w głębin żywioł skłębiony,
      W mrok niezmierzony, w otchłań topieli,
      Gdzie fosforyczne światło się bieli,
      Gdzie po raz pierwszy śmiałek szczęśliwy
      Dojrzy nieznane dotychczas dziwy.

      Panu Soczewce wzrok mechaniczny
      Przekazał obraz panoramiczny.
      I oto świat ten oceaniczny,
      Świat niezbadany ujrzał jak w lustrze:
      W krąg koralowe pięły się puszcze,
      W gęstwie korali ślepia łypały,
      Łby wyrastały wielkie jak skały,
      Sączył się z pysków odwar spieniony,
      Próchnem odwiecznym lśniły ogony,
      Wiły się cielska w łusce kosmatej,
      Pluły fosforem perłowe kwiaty,
      A ryby-miecze i ryby-piły
      Zaciętą walkę z sobą toczyły.
      Pies Kalasanty spoglądał z trwogą
      I cicho skomląc, podwinął ogon.
      Rzekł pan Soczewka: "Co za skowyty?
      Ja tu nakręcam film znakomity,
      Nieustraszenie zgłębiam Atlantyk,
      A ty mi skomlesz?... Wstyd, Kalasanty!
      Pies nie śmie bać się, bo to nieładnie.
      Proszę hamulce włączyć przykładnie!...
      Ulwaga!... Zaraz będziemy na dnie."

      Rozległ się łoskot i zgrzyt złowrogi,
      Pocisk wypuścił stalowe nogi,
      Zatrząsł się, chwiał się przez moment spory,
      Lecz samoczynne regulatory
      Atomosondę wyprostowały
      I alarmowe zgasły sygnały.

      Tu pan Sorzewka do działań skory
      Włączył od razu trzy reflektory
      I atomowe spięcie uranu
      Zalało światłem dno oceanu.

      Stało tam miasto nieogarnione
      Przed tysiącami lat zatopione.
      Rzekł pan Soczewka: "O zakład idę,
      Żeśmy trafili na Atlantydę!
      Jakiż w tych czasach bywał budulec,
      Że mógł działaniu wieków nie ulec!"

      Pocisk powoli przed siebie ruszył.
      Pies Kalasanty nastawił uszy,
      A pan Soczewka w bezmiar czeluści
      Trzy mechaniczne ręce wypuścił
      I uruchomił trzy obiektywy,
      Żeby sfilmować te wszystkie dziwy,
      Ten świat niezwykły, ale prawdziwy.

      Po bokach ulic gmachy wysokie,
      Całe z metalu, stały bez okien.
      Miały kształt stożków, jak piramidy.
      Taki był widać styl Atlantydy.
      Gmach każdy tego dziwnego miasta
      Zwierzokrzewami gęsto porastał:
      Jedne z nich miały gąbczaste pyski,
      A w każdym pysku tkwił jęzor śliski.
      Inne trzygłowe, pokryte grzywą,
      Wielkie, pękate hydrę straszliwą
      Przypominały swoim wyglądem.
      Te chciały przyssać atomosondę,
      Lecz je odepchnął prąd elektryczny.
      Inne znów miały wygląd kosmiczny,
      Bo liść zwijały w dziobek niewielki
      I wypuszczały z niego bąbelki
      W różnych kolorach, jak baloniki.
      Inne wzrok miały mętny i dziki
      O takiej sile, że po godzinie
      Jeszcze migotał i drgał w kabinie.

      Wąskie ulice stały nietknięte,
      Oblane wodą, jak atramentem,
      I reflektorów potężne błyski
      Z trudem drążyły ten mrok pobliski.
      W mieście podwodnym, po tylu wiekach,
      Nie było widać śladu człowieka,
      Ni czaszek ludzkich, ni ludzkich kości.
      Wszystko zapadło w otchłań nicości.

      Sto metrów dalej na placu miasta
      Pięła się w górę wieża spiczasta,
      A przed nią posąg na piedestale
      Stał zachowany tak doskonale,
      Że można było prócz głowy łysej
      Rozpoznać także twarz i jej rysy.
      Korona tkwiła na czubku głowy,
      A z twarzy sterczał nos półmetrowy.
      Warga zwisała aż do podbródka,
      Na którym rosła bródka króciutka.
      Król ten - bo był to król niezawodnie -
      Miał podwinięte do kolan spodnie,
      A w nich, jak balon, brzuch okazały,
      Z łydek zaś skrzydła mu wyrastały.

      Pod spodem była ogromna płyta
      I pan Soczewka napis odczytał:
      "Karabalobum Atlantalobum
      Parabalibum sobum e wobum."
      Rzekł pan Soczewka: "Spójrz, Kalasanty
      Oto jest pomnik króla Atlanty,
      Więc go na filmie szybko utrwalmy,
      By znowu zdobyć trzy Złote Palmy
      A teraz, piesku, ruszamy dalej."
      I kazał kroczyć nogom ze stali
      Poprzez spętane gąszcze korali.

      Ryby nie żyją na tej głębinie,
      Mogą tu istnieć płazy jedynie,
      Ale te płazy są to okazy
      Twardsze od naszych tysiące razy,
      Opancerzone tak, że bez szkody
      Znoszą straszliwe ciśnienie wody.
      Atlantozaury zwartą ławicą
      Krągłe, bezgłowe, tuż nad ulicą
      Zawirowały swoim zwyczajem
      I gniotąc sobie boki nawzajem,
      Ssały ż
      • knovak z Brzechwą na morzu cd. 29.09.03, 20:24
        ...
        Ssały żarłocznie morskie liszaje.
        Dwie salamandry opancerzone
        Niepostrzeżenie pełzły w ich stronę,
        Pożarły wszystkie jeden po drugim,
        Pozostawiając złociste smugi.

        Zza węgła wyszedł jaszczur kolczasty
        I koralowe mijając chwasty,
        Na salamandrę napadł znienacka,
        Zgniótł łeb jej twardy w kolczastych mackach,
        Lecz zanim jeszcze żer swój przetrawił,
        Smok siedmiogłowy nagle się zjawił.
        Pełzał dokoła ze dwie minuty,
        Podniósł swój ogon w łuskę zakuty
        I tym ogonem niby maczugą
        Jaszczura po łbie walił tak długo,
        Aż go ogłuszył, kolce obkruszył,
        Pożarł i dalej przed siebie ruszył.
        Wtem ujrzał pocisk pana Soczewki.
        Rzekł pan Soczewka: "To nie przelewki,
        Smok mnie przeraża swoim wyglądem,
        Potwór ten zniszczy atomosondę!
        Musimy zmykać i zejść mu z drogi."

        Pocisk wyciągał stalowe nogi,
        Biegł ulicami pustego miasta,
        Lecz smok co chwila przed nim wyrastał.
        Porisk wyciągał ręce stalowe
        I zdołał urwać mu jedną głowę,
        Potem dwie jeszcze. Zostały cztery.
        Rzekł pan Soczewka: "Moje kamery
        Pracują sprawnie. Życie poświęcę,
        Ale z tej walki film dziś nakręcę."

        Potwór krwią broczyt. Już się zdawało,
        Że pocisk wyjdzie z opresji cało,
        Gdy nagle ruchem niepostrzeżonym
        Smok z całej siły machnął ogonem
        I podciął nogi atomosondzie.
        Rzekł pan Soczewka: "Mucha nie siądzie"...
        Ale, niestety, w tej samej chwili
        Pocisk się zachwiał, na bok przechylił
        I upadł ciężko na smoczy ogon.

        Pies Kalasanty przejęty trwogą
        Zawył żałośnie, a pan Soczewka
        Rzekł niewesoło: "Skończona śpiewka,
        Naszej ofiary nikt nie oceni.
        Klapa! Jesteśmy, piesku, zgubieni."
        Pogasły lampy i reflektory,
        Przestały działać regulatory
        I automaty, a w chwilę potem
        Stacja nadawcza pękła z łoskotem.
        W mrok pan Soczewka spojrzał i zoczył,
        Że inny potwór z głębin wytoczył
        Cielsko olbrzymie jak kamienica.
        Był to straszliwy płaz: ośmiornica -
        Oceaniczna, ośmioramienna,
        Cała kamienna. I rzecz znamienna:
        Smok w koralowe schronił się krzaki
        Schyliwszy łby swe dla niepoznaki.
        A ośmiornica ośmiorgiem ramion,
        Które bez trudu górę przełamią,
        Atomosondę trącać zaczęła,
        Po czym się wolno wzięła do dzieła.

        Ramieniem pocisk więc podważyła -
        Taka potężna była w niej siła.
        Drugim ramieniem go opasała,
        Z piachu dźwignęła, wyprostowała,
        Trzecim ramieniem pchnęła od dołu,
        Po czym pięciorgiem ramion pospołu
        Wiosłując wolno, w górę ruszyła -
        Taka potężna była w niej siła.
        Gdy pocisk znowu stanął pionowo,
        Pies o kuchenkę uderzył głową,
        A pan Soczewka fiknął koziołka
        Z łóżka na stołek, potem ze stołka
        Wleciał na biurko, następnie z biurka
        Spadł i pod łóżko dał jeszcze nurka.
        Tu się dopiero zerwał gwałtownie.
        - "Muszę naprawić wpierw elektrownię -
        Rzekł pan Soczewka do działań skory -
        Gdy tylko wprawię w ruch reaktory,
        Zapalę światła i reflektory,
        Morskie potwory porażę prądem
        I uruchomię atomosondę."

        Włożył w to wszystko trudu niemało,
        Lecz jak powiedział, tak się też stało.
        Bo pan Soczewka miał umysł ścisły,
        A oprócz wiedzy - mądre pomysły.
        Wnet reflektory tedy zabłysły
        I ośmiornicy cielsko potężne,
        Każde jej ramię grube i prężne,
        Można zobaczyć było przez szyby,
        Lecz widać było także i ryby.

        Rzekł pan Soczewka: "Płyniemy w górę,
        Wskazują na to ryby niektóre,
        A jakbym sądzić mógł z manometrów,
        Od dna nas dzieli pięć kilometrów.
        Już poza nami jest Atlantyda.
        Tak! Ośmiornica czasem się przyda!"

        Wypowiedziawszy swoje poglądy,
        Prąd elektryczny z atomosondy
        Skierował prosto na ośmiornicę.
        Iskry błysnęły jak błyskawice,
        Rażąc potwora w głowę i w oczy.
        Cios go na chwilę, widać, zamroczył,
        Gdyż jedno ramię z wolna opadło,
        A pan Soczewka walkę zajadłą
        Prowadził dalej, zwiększył napięcie,
        I atakował bestię zawzięcie.

        - "Spójrz, Kalasanty! Chyba nie kłamię,
        Potwór rozluźnił już drugie ramię.
        O, teraz trzecie. A teraz czwarte.
        Już piąte ramię też jest rozwarte!
        Ugodzę jeszcze po raz ostatni!
        Ha! Uwolnieni jesteśmy z matni!
        Skończyłem wreszcie z podwodnym zbójem.
        Mam go w całości? Mam go! Filmuję!

        Z wolna szło na dno cielsko potwora,
        Obok płynęła trytonów sfora,
        A ryby-miecze i ryby-piły
        Za tym niezwykłym żerem goniły.
        Rzekł pan Soczewka: "Wszystko to pierzchnie,
        Bo wypływamy już na powierzchnię."
        Pociągnął dźwignię, sprawdził przyrządy,
        Nastawił stery atomosondy,
        Pies Kalasanty zaparzył kawę,
        I tak kończyli swoją wyprawę.

        W panoramicznych szybach niebawem
        Ujrzeli statek, który w oddali
        Po niespokojnej żeglował fali.
        Na maszcie flaga zatrzepotała.
        A na pokładzie załoga cała
        Panu Soczewce salutowała.
        Jak z pokładowej księgi wynika,
        Kapitan kazał upiec indyka,
        A gdy na deser podano ciasto,
        Końca nie było różnym toastom.

        Nazajutrz statek "K.I. Gałczyński"
        Zjawił się znowu w porcie szczecińskim.
        Orkiestra grała, strzelały działa,
        Ludność Szczecina wiwatowała,
        Fotografowie i reporterzy
        Pstrykali zdjęcia tak, jak należy,
        A pan Soczewka w tym samym czasie
        Udzielał mnóstwa wywiadów prasie;
        Mówił o wszystkim, o tym, o tamtym,
        Zapomniał tytko o Kalasantym.

        Więc Kalasanty, nie bez urazy,
        Do mikrofonu szczeknął trzy razy.
    • knovak z akcentem historycznym i politycznym... 19.11.03, 06:55
      Jan Krzysztof Kelus
      1974


      "Zamiast płynąć przeciwwietrznie
      trzeba wietrzyć wiatr historii"
      - mówił Wuj - co będąc dzieckiem
      był na kilku polowaniach
      oraz raz na statku szkolnym
      pływał "Lwów"
      wczoraj pionkiem - dzisiaj członkiem
      z samochodem, własnym domkiem
      - "Pij Jaś, koniak stawia Wuj"

      "Młodość musi się nie zgadzać,
      sam wierzyłem w różne mrzonki"
      - mówił Wuj - co dawno temu
      czytał różne dziwne książki
      w przedwrześniowy własną głową
      pukał mur
      były WICI - potem nici
      byli ranni i zabici
      był TUR - potem wino tur

      "W swoim czasie trzeba walczyć,
      w swoim czasie się urządzić"
      - mówiłł Wuj - co z okupacji
      wyniósł trochę dobrych wspomnień
      nawet kiedyś sam był w akcji
      miał swój czas
      były zrzuty i przerzuty
      Vis, bryczesy, długie buty
      był Las - dziś spółdzielnia "Las"

      potem wuj, już na serio pijany
      opowiada ostatnią przygodę
      kiedy w krętej ciśnienie przesłuchań
      uratował go biały żaglowiec

      W pięćdziesiątym już był dyrektorem
      ktoś donosem chciał kłodę pod nogi
      przyjechali wsadzili w Citroen
      do Urzędu tak nagle w pół drogi
      krzyczał major bezpieki w powiecie
      "Coście w knajpie mówili o Lwowie?"
      Wuj tłumaczył, sprawdzili w ankiecie
      uratował człowieka żaglowiec

      Taka jest opowieść Wuja
      o jednostce i historii
      Wuj - jednostka; traf - przypadek
      donos w czasach stalinowskich
      kiedyś ktoś na jakimś statku
      pływał "Lwów"
      "Nie pieprz Pietrze wieprza pieprzem
      dziś nie jeden przez to wieprzem"
      sam do siebie zasypiając
      mruczy wuj
      • windyga Re: z akcentem historycznym i politycznym... 19.11.03, 13:32
        knovak napisał:

        >> "Zamiast płynąć przeciwwietrznie
        > trzeba wietrzyć wiatr historii"
        > - mówił Wuj - co będąc dzieckiem
        > był na kilku polowaniach
        > oraz raz na statku szkolnym
        > pływał "Lwów"
        >
        A więc, po pierwsze, Jestes nadzwyczajny, skoro przed godz. 7.00 rano juz
        myslisz o poezji:)))
        Po drugie, wierszyk fantastiko - dla glebiej zorientowanych, ze
        zaglowiec "Lwów", szkolny statek Szkoły Morskiej,jeszcze w Tczewie -
        poprzednik "Daru Pomorza" - miał swój port macierzysty w Gdyni. Zatem mieści
        sie ten wierszyk podwojnie w konwencji - morskiej i gdyńskiej.C.b.d.o.
    • knovak wieszcz o morzu 29.01.04, 07:10
      Adam Mickiewicz
      Cisza morska
      (z sonetów krymskich)


      Już wstążkę pawilonu wiatr zaledwie muśnie,
      Cichymi gra piersiami rozjaśniona woda;
      Jak marząca o szczęściu narzeczona młoda
      Zbudzi się, aby westchnąć, i wnet znowu uśnie.

      Żagle, na kształt chorągwi gdy wojnę skończono,
      Drzemią na masztach nagich; okręt lekkim ruchem
      Kołysa się, jak gdyby przykuty łańcuchem;
      Majtek wytchnął, podróżne rozśmiało się grono.

      O morze! pośród twoich wesołych żyjątek
      Jest polip, co śpi na dnie, gdy się niebo chmurzy,
      A na ciszę długimi wywija ramiony.

      O myśli! w twojej głębi jest hydra pamiątek,
      Co śpi wpośród złych losów i namiętnej burzy;
      A gdy serce spokojne, zatapia w nim szpony.
    • 18kwie2004 i jeszcze dwa 16.05.04, 13:36
      pozwolę sobie dodać dwa passusy ze skarbnicy narodowej literatury:

      "jedną noc spędziła w Gdyni
      u znajomej gospodyni"

      oraz:

      "i powiedział: - do Gdyni!
      po godzinie już byli"

      jak sądzę, nie muszę lokalizować cytatów. Potrafi to nawet mój pięciolatek,
      który zresztą nieodmiennie kwituje je komentarzem "o, to tam gdzie mieszka
      babcia!"
    • 18kwie2004 Challenge of Honour? 16.05.04, 13:50
      a gdyńska symfonia autorstwa holenderskiego Challenge of Honour też się
      kwalifikuje? W recenzjach określają ją jako "utterly powerful", "symphonic
      delight", "interesting, indeed superb, recording" etc.
    • narysuj.mi.baranka Feliks Nowowiejski 'Hymn do Baltyku' 1919 16.05.04, 14:04
      Wolności słońce pieści lazur, łódź nasza płynie w świata dal. Z okrętu dumnie
      polska flaga uśmiecha się do złotych fal. I póki kropla jest w Bałtyku, polskim
      morzem będziesz ty, bo o twe wody szmaragdowe płynęła krew i nasze łzy! |

      Strażnico naszych polskich granic, już nie z dala brzmi zwycięski śpiew. I nie
      oddamy cię, Bałtyku, zamienisz pierwej ty się w krew. I póki kropla ...

      Płyn polska floto, płyń na krańce, powita cię uchodziec brat, twa flaga dumnie
      niech powiewa, wolność i sławę niosąc w świat. I póki kropla ...

      4. Nad morzem krążył orzeł biały i ochrzcił fale własną krią, pomorskie straże
      rozbrzmiwały nad brzegiem morza piosnką tą: I póki kropla ...

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka