wertercom
10.08.07, 06:44
Izraelski armator Rami Ungar w końcu się wkurzył. Wcześniej zgłosił chęć
kupienia polskich stoczni, ale poczęstowano go czarną polewką. Szczególnie
niechętny był mu – jak sugeruje „Puls Biznesu” – prezes Agencji Rozwoju
Przemysłu Paweł Brzezicki. Izraelczyk szybko zmienił plany, bo w biznesie czas
to pieniądz, i kupił stocznię w Turcji. Koniunktura na statki jest bowiem
wyjątkowa i dobrze można na tym zarobić. Szansy tej nie umieją wykorzystać
tylko polskie stocznie, które toną w długach i chylą się do bankructwa.
Spławienie izraelskiego inwestora nie przeszkodziło jednak zarządowi Stoczni
Gdynia sięgać do jego kieszeni. By podreperować beznadziejną sytuację
finansową, poproszono Izraelczyka, który w dalszym ciągu zamawia w Polsce
statki, żeby płacił za nie zaliczkowo. To pozwoliło wypłacać załodze pensje.
Ostatnio jednak 6 tys. stoczniowców z Gdyni dostało tylko 20 proc. należnych
im pieniędzy. Ungar odmówił bowiem dalszych przedpłat. Jako człowiek, który
lokuje w tym biznesie swoje, a nie publiczne pieniądze, uważnie obserwował
sytuację w stoczni. Doszedł w końcu do wniosku, że ludzie zasiadający w
zarządzie z politycznego nadania, nie dają szans na rozwiązanie poważnych
problemów firmy. Czarę goryczy przelało oddelegowanie do zarządu Henryka
Ogryczaka, który jest związany z Pawłem Brzezickim. O tym m.in. Ungar miał
rozmawiać wczoraj z zarządem.