jagoda2
25.08.05, 15:08
Byłam dzisiaj z córką w poradni gastro. Wyszło na to, że to, że Ola (2,8) ma
pyłkowicę to moja wina. Zostałam zmieszana z błotem. Ja już naprawdę nie
wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Jestem zdołowana. Zacznę od początku.
Ola miała podobno skazę białkową. Piszę podobno, bo nigdy nie zostało to
potwierdzone testami. Przez niemal dwa lata była na całkowitej diecie
bezmlecznej. Około 22 miesiąca życia pediatra poleciła wprowadzać nabiał i
obserwować. Podawałam bardzo ostrożnie serki Danio, ser żółty, czasami masło.
Pogorszyło się to fakt, pojawiły się uporczywe biegunki, ale pediatra nie
była przekonana, że to od białka mleka. Sugerowała raczej gluten. Nabiał
całkowicie odstawiłam, testy w kierunku alergii na gluten wyszły ujemne, ale
poprawy nie było. Skóra była brzydka przez wiele miesięcy. Ustąpiły natomiast
uporczywe biegunki. Ponieważ skóra nie chciała się goić udałam się do
dermatologa-alergologa. Ten wykluczył uczulenie na białko (na oko) i zapisał
maść, która wreszcie wyleczyła skórę oraz doraźnie Zyrtec. Nakazał wręcz
wprowadzać nabiał, z wyjątkiem mleka. Wprowadzałam powoli i ostrożnie i
wszystko było ok. Ucieszyłam się, że może skazę mleczną mamy już za sobą. W
maju Ola zachorowała - niby zwykła infekcja wirusowa. Ponieważ ciągnęła się
prawie 6 tygodni udałam się z Olą do innego pediatry alergologa-pulmonologa.
Ten na podstawie objawów stwierdził pyłkowicę, zapisał Flixonase do nosa i
Zyrtec. Także ten lekarz wykluczył (na oko) skazę buałkową i "nakazał"
podawanie nabiału. W tym czasie wyjechaliśmy na wakacje i Ola zaczęła mieć
fatalne problemy ze skórą - jak nigdy dotąd. Pojawił się również kaszel.
Faktem jest, że Ola zaczęła jadać więcej nabiału, głównie Acimel, Danio,
masło i ser topiony, czasami żółty. Skóra wyglądała bardzo źle, pomógł
dopiero Elocom (dwa dni i skóra była czysta). Pojawiły się zaparcia. Po
powrocie udaliśmy się do kolejnego alergologa-pulmonologa, który podtrzymał
wszystko to, co powiedział poprzedni lekarz i zapisał dodatkowo Singulair
(kaszel). Obecnie Ola ma znowu brzydką skórę, ale nie ma kaszlu, sterdy
udrożniły nos. Skórę smaruję teraz Cutibazą i jest poprawa. Jakoś tak się
złożyło, że od pewnego czasu Ola jada mniej nabiału i problem zaparć prawie
zniknął.
Ze względu na to, że pediatra wymaga zaświadczenia od alergologa o skazie
białkowej, poszłam z Olą do poradni gastro po takie zaświadczenie. I tam
zostałam zmieszana z błotem. Okazało się, że jestem złą matką, bo wiedząc, że
dziecko ma skazę białkową, świadomie narażałam ją na choroby podając jej
produkty mleczne. To, że Ola ma teraz pyłkowicę to moja wina, bo to ja do
tego doprowadziłam podając jej nabiał. Z tego wynika, że gdybym ściśle
przestrzegała diety bezmlecznej, to Ola nie miałaby alergii wziewnej.
Nie muszę wspominać, że kobieta zdołowała mnie zupełnie swoją opinią. Z
drugiej strony, nie do końca czuję się winna skoro tylu innych specjalistów
wręcz kazało mi zacząć wprowadzać produkty mleczne. Twierdzili zgodnie, że
dieta eliminacyjna dla dziecka w tym wieku może wyrządzić więcej szkody niż
pożytku. Skoro 3 specjalistów zgodnym chórem tak mówiło, to dlaczego miałam
im nie wierzyć?
Niby nie czuję się winna, ale jednak trochę tak. Może rzeczywiście to ja
zaszkodziłam Oli? Słyszałam, że nabiał może powodować objawy takie jak przy
alergii wziewnej. Jestem zdołowana i chciałam się wyżalić. Mam nadzieję, że
nikomu to nie przeszkadza i że mnie zrozumiecie.
Jagoda