Dodaj do ulubionych

Precz z Babuniami!

30.11.04, 15:04
Na wstępie pragnę wyjaśnić, że nie mam nic przeciwko tym prawdziwym,
istniejącym w rzeczywistości babuniom. Aczkolwiek ja niestety mogę już swoje
babcie jedynie wspominać, to zawsze czynię to z sentymentem i sympatią –
chociaż akurat zdolnościami kulinarnymi nigdy żadna z nich się nie wyróżniała
(o czym najlepiej świadczą zresztą fakty: pierwszy z moich dziadków zmarł na
marskość wątroby, zaś drugi już w czasie okupacji musiał przemycać do domu
wędliny z rzeźni na Grzegórzkach, aż w końcu pokonał go nadmiar cholesterolu.
Mimo to babciny ród darzę generalnie niekłamanym szacunkiem i poważaniem, a
wątpiącym zalecam lekturę „Dytyrambu na cześć teściowej” Różewicza*.
Gwałtowny mój sprzeciw budzą natomiast babunie wirtualne, wykreowane przez
działy marketingu, które otaczają nas coraz gęściej ze wszystkich stron,
szczerząc protezy i potrząsając siwymi lokówkami z co drugiej etykiety w
sklepie czy telewizyjnej reklamy.
Nie od dziś wiadomo, że w dzisiejszych stechnicyzowanych czasach największym
popytem cieszą się te produkty spożywcze, których sprzedawcom uda się
przekonać klientów, że w istocie nie są one produkowane z plastiku i
konserwantów identycznych z naturalnymi, przez roboty zainstalowane w jakichś
laboratoriach, ale powstają w małych, regionalnych warsztatach, dzięki
ręcznemu wykonaniu i tysiącletnim, zdrowym recepturom. Stąd też w sklepach
mnóstwo jest wyrobów „tradycyjnych”, „domowych”, „wiejskich”
i „ekologicznych”. Epitety takie nader szybko przestają jednak działać na
nabywców, zwłaszcza w sytuacji gdy Salceson Chłopski okazuje się smakować
wcale nie inaczej i psuć równie szybko jak typowe produkty wędlinopodobne,
zaś Konfitury Tradycyjne powodują taką samą biegunkę jak te nowoczesne.
Pozostający w ciągłym wyścigu zbrojeń producenci, po krótkim okresie
eksploatowania polskości swoich wyrobów (szczególne wrażenie robił sok
pomarańczowy z adnotacją „produkt polski” – czyżby z naszych kolonialnych
plantacji na Madagaskarze?), sięgnęli zatem po nową wunderwaffę – Babunię.
O ile mnie pamięć nie myli, jako pierwszy postanowił wykorzystać nasze
babunie do swych niecnych celów amerykański koncern Hellmans, który kilka lat
temu usiłował wprowadzić na nasz rynek majonez o wyglądzie i smaku kremu na
nagniotki. Jako jednak, że nie cieszył się on uznaniem Polaków, został czymś
doprawiony do smaku i koloru, po czym wszedł ponownie do sprzedaży, opatrzony
nazwą Majonez Babuni. Marka ta, w zamyśle producenta, miała nawiązywać do
dawnych czasów, kiedy to babcie kręciły majonez ręcznie i z jajek, a nie w
piętrowych centryfugach, z zagęstników importowanych z chińskich obozów
koncentracyjnych. Sukces rynkowy okazał się tak wielki i niespodziewany, że
zaskoczony producent nie zdążył nawet opatentować nazwy; wkrótce zatem od
babuń wszędzie aż się zaroiło. Babunie zajęły się między innymi wyrobem
szynki, ogórków kiszonych, makaronu, soków, pierogów i kiełbas, a nawet
margaryny oraz kisielu. Na każdej półce sklepowej czyhała przynajmniej jedna
babunia; mało tego – wkrótce babunie zaczęły zachwalać swe produkty w radiu i
telewizji, a następnie szturmem zdobywać restauracyjne i barowe szyldy.
Oczywiście, zgodnie z zasadami rynku, wkrótce i babunie zaczęły się nieco
przejadać, co skłoniło marketingowców do poszukiwania rozlicznych dróg
modyfikacji obranej strategii. Jedni zaczęli łączyć przymiotniki, jak choćby
autor niezbyt fortunnej Domowej Mąki Babuni (aż dziw, że bez
dopisku „naturalna, bez cholesterolu”), który jakoś nie pomyślał, że babcie
potencjalnych klientów raczej rzadko parały się młynarstwem w domowym
zaciszu. Inni znów zaprzęgli do pracy dalszą rodzinę – i tak stopniowo
pojawiały się Baleron Dziadunia, Szynka Teściowej, a nawet Szynka Dionizego
(tu rodzinna aluzja trafia tylko do wielbicieli prozy Niziurskiego); na
własne oczy oglądałem ongiś w krakowskiej „Almie” promocję na Kark Wujaszka,
za jedyne 18,90 zł/kg. Ciekawe, że twórcy tych marek zdają się nie
dostrzegać, że nazwy tego rodzaju coraz częściej odstręczają od zakupu
zamiast do niego zachęcać, bo wszak gdy klient widzi na jednej półce obok
siebie Pasztet Drobiowy i Pasztet Rodzinny, makabryczne skojarzenia nasuwają
mu się same.
Jakkolwiek apogeum marketingowego babunizmu wydaje się być już za nami, to
jednak nadal odbywa się na naszych oczach bezlitosna marketingowa
eksploatacja tradycyjnego wizerunku babuni, który skomercjalizował się niemal
tak doszczętnie i ostatecznie jak Boże Narodzenie czy w coraz większym
stopniu zamieniające się w „halołin” Święto Zmarłych. Pastelowa, reklamowa
babcia stopniowo wypiera z powszechnej świadomości babcie prawdziwe, ze
wszystkimi ich drobnymi zaletami i wadami; podobnie jak swojski Święty
Mikołaj przegrywa z kretesem walkę o byt z importowanym z USA, bulimicznym
Santaklausem. Marzy mi się by – wzorem miłośników ekologii czy inicjatorów
ruchu Slow Food – ktoś w końcu zaczął promować linię markową
sygnowaną „produkt bez udziału babuni”, z wizerunkiem starszej pani w
przekreślonym kółku. Na rynku europejskim mogłoby w tej sytuacji funkcjonować
oznaczenie GF (Grandmother Free), zachęcające tych konsumentów, którzy mogą
mieć uzasadnione obawy, czy w Bigosie Babuni nie odnajdą uronionej przez
nieuwagę sztucznej szczęki, a do Pasztetu Z Babcinej Półki jego twórczyni z
powodu zaawansowanego wieku nie zapomniała dodać mięsa.
Tylko czy już nie jest za późno?

* www.poema.art.pl/site/itm_31232.html
Obserwuj wątek
    • to.ya Re: Precz z Babuniami! 30.11.04, 15:52
      A co, zacny Kapitanie, powiesz na wędlinkę o cudnej nazwie: "jabłko"?

      :)
      • kapitan.kirk Re: Precz z Babuniami! 30.11.04, 15:57
        Byle nie było to Jabłko Babuni ani Adama ;-)
        Pzdr
        • to.ya Re: Precz z Babuniami! 30.11.04, 16:00
          Jabłko, po prostu jabłko. :)

          Ale swoją drogą, to masz rację.
          A przecież na dobrą sprawę czym taka (przepraszam za wyrażenia) "szynka Babuni"
          różni się od "tradycyjnej" (poza cenę, ofkrost).
          I skąd ta mania w nazewnictwie, drażniąca niepotrzebnie?

          Pozdrav!
          • kapitan.kirk Re: Precz z Babuniami! 30.11.04, 16:09
            Juz Kurt Vonnegut jr. cytował pewne zasady postępowania w życiu, z których
            najbardziej utkwiły mi w pamięci dwie: nie grać w karty z facetami, do których
            wszyscy w knajpie mówią "szefie" i nie jadać nigdy w lokalach nazywających
            się "U mamy" lub podobnie (u naz byłyby to z pewnością "Babcine specjały" albo
            coś w tym stylu...).
            Pozdrówka

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka