abandonner
07.06.06, 04:21
Ci, którzy twierdzą, że to film antyreligijny – kłamią. Tacy co mówią, że obraz Howarda jest szmirą – zapewne go nie oglądali.
Entuzjastom powieści Browna trzeba powiedzieć wprost: książka znowu przebiła film.
Ja niczego podobnego nie odnotowałem, a „Kod” obejrzałem z przyjemnością i zainteresowaniem, choć przyznaję: na kolana mnie nie rzucił. Ale po kolei...
Akcja filmu, podobnie jak książki, rozpoczyna się w Luwrze, gdzie główni bohaterowie: Sophie Neveu i Robert Langdon, zostają uwikłani w labirynt wielkiej tajemnicy. Tajemnicy, którą układem własnego ciała i krwawymi inskrypcjami chce im przekazać zamordowany kustosz jednego z największych muzeów świata. To taki swoisty, zakodowany list z zaświatów. Z minuty na minutę liczba zagadek rośnie wykładniczo, a piękna pani kryptolog i jej partner – specjalista od symboli religijnych – muszą stawić czoła nie tylko rozszyfrowaniu łamigłówki... Na ich życie dybie bowiem szalony mnich i fanatyczny komisarz policji (obaj z Opus Dei).
Osią intrygi jest słynny obraz Leonarda da Vinci „Ostatnia wieczerza”, a dokładniej – podtekst, który wielki mistrz starał się w swoim dziele przekazać potomnym. Rzeczywiście, po bliższym przyjrzeniu się freskowi (upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/08/Leonardo_da_Vinci_(1452-1519)_-_The_Last_Supper_(1495-1498).jpg,) konstatujemy, że przy stole obok Chrystusa wcale nie siedzi święty Jan, tylko urodziwa, rudowłosa kobieta. To Maria Magdalena – jak utrzymywały sekty gnostyckie pierwszych wieków chrześcijaństwa – żona Mesjasza i zarazem... Święty Graal. Ale nie kielich z wieczerzy, tylko matka dziecka Jezusa. Potomkowie tego związku żyją ponoć do dziś. To tych potomków (potomka?) oraz grobu Magdaleny szukają Sophie i Robert.
Streszczanie filmu dla czytelników książki Browna jest zbyteczne, zaś widzom, którzy z „Kodem” pierwszy raz spotkają się w kinie, odebrałoby dobrą zabawę.
Teraz o samym dziele i o języku, jakim do nas przemawia.
Pomiędzy bajki należy włożyć liczne, pełne furii doniesienia przykościelnych znawców kina, że film Howarda (oraz pierwowzór Browna) jest z założenia antychrześcijański. Wprost przeciwnie. Człowiek wątpiący, poszukujący, agnostyk i wolnomyśliciel, jeśli tylko uwierzy w przesłanie „Kodu”, może się nawet nawrócić, zaś osoby religijne tylko umocnią się w wierze. Mamy tu bowiem liczne odniesienia do Chrystusa, który dla głównych bohaterów jest bezdyskusyjnie wielką postacią w całej historii – jednostką, która swoje piętno odciska do dziś na każdym człowieku.
Langdon, choć sceptyk, opowiada Sophie o swoim traumatycznym przeżyciu z dzieciństwa. Gdy wpadł do studni i stracił wszelką nadzieję, poczuł, że na dnie tej śmiertelnej pułapki jest z nim ktoś jeszcze, że ktoś go wspiera i nie da mu umrzeć. Łatwo zgadnąć, o kogo panu Robertowi chodzi – nieprawdaż? Podobnych religijnych odniesień i ingerencji jest w obrazie Howarda co niemiara. W angielskiej świątyni przed niechybną śmiercią od kuli szaleńca ratuje Sophie stado gołębi, które, podrywając się nagle, łoskotem skrzydeł wypełniają nawę, co zupełnie dezorientuje mordercę.
W końcowej scenie Langdon odnajduje w końcu grób Marii Magdaleny (notabene – w Luwrze), klęka i modli się. Trzeba czegoś więcej?
Może w takim razie filmowy „Kod” jest antywatykański, antypapieski? Jeśli nawet trochę, to też nie do końca. Odnajdujemy bowiem scenę, w której tajna rada Opus Dei zastanawia się, co by było, gdyby Watykan dowiedział się o jej knowaniach. Mnisi dochodzą do jednej konkluzji: czekałaby ich natychmiastowa ekskomunika. Bujdy opowiadają ci, co twierdzą, że film zionie nienawiścią do religii. Wprost przeciwnie, chwilami dzieło jest nawet mistyczne i alegoryczne w swej wymowie.
Próżno by szukać też w filmie dowodów, które tak licznie w pierwowzorze literackim przytacza Brown. Dowodów na niesłychane kłamstwa i oszustwa, jakimi posługiwał się Kościół katolicki na przestrzeni wieków, żeby umocnić swoją władzę i stan posiadania. Ostrze obrazu Howarda jest wyraźnie stępione w porównaniu z książką. Czy zatem może się podobać, czy robi wrażenie? I tak, i nie. Dla widzów, którzy nie znają książki Browna, będzie zapewne odkrywcze, zaś dla jej czytelników i entuzjastów – mocno okrojone i powierzchowne, a nawet ciut wstrzemięźliwe.