Kochane dziewczeta,
Od kilku tygodni uwaznie sledze wiekszosc postow pojawiajacych sie na tym
forum i zaczynam miec powazne obiekcje, czy w ogole nadaje sie na panne mloda.
Przez 28 lat zycia wydawalo mi sie, ze dzien slubu to faktycznie dzien
wyjatkowy: chwila, kiedy slubuje sie drugiej polowce milosc i wiernosc do
konca swoich dni. Sadzilam, ze przysiega, ktora sklada sie w kosciele (czy tez
w USC), jej tresc i przezywanie tego, co sie w tym momencie mowi, jest
najwazniejsze w ciagu calego tego dnia.
Niestety, w tej chwili, po przejrzeniu wpisow na tym forum, odnosze wrazenie,
ze powinnam pamietac o wszystkim innym, pozostawiajac tzw. "kwestie duchowe"
na drugim planie. Bo to powinnam w tej chwili szalec w salonie z sukniami
slubnymi, przebierajac w kieckach bardziej lub mniej odslaniajacych biust i
ramiona (a przeciez w tradycji zapisane jest, ze pannie mlodej nie wypada
wkroczyc do kosciola nazbyt "rozebranej"), spedzac wiecej czasu w solarium, u
fryzjera i wizazystki, niz w pracy... Powinnam przekopywac katalogi, mierzyc
setki par butow, biegac na probne pilowanie do manikiurzystki, czekac w
kolejce do zabiegow upiekszajacych itd.
Czy jest ze mna cos nie tak, ze nie przedkladam tych wszystkich spraw nad
refleksje, co zamierzam powiedziec mojemu narzeczonemu, gdy juz przyjdzie TA
chwila...? Ze moglabym wystapic w kosciele w prostej, jasnej, lnianej sukience
i sandalach - i wciaz blyszczec, tyle ze nie wyszukanym makijazem, a miloscia?
A moze po prostu nie doroslam do slubowania w XXI wieku...?

((