mglisty_poranek 24.02.06, 15:05 Napiszcie prosze jak wygladaja te spotkania. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
agnrek Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 24.02.06, 15:07 Wszędzie inaczej - albo pogadanka albo zwykłe przekazanie materiałów do poczytania albo... mierzenie temperatury i przynoszenie wykresów. Odpowiedz Link Zgłoś
magdunia_86 Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 25.02.06, 12:22 ja z moim narzeczonym już byliśmy na naukach przedmałżeńskich i to była pogadanka , o życiu o aborcji i takie tam Odpowiedz Link Zgłoś
elkam80 Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 25.02.06, 12:26 Nauki przedmałżeńskie obejmują 12 tematów. U nas odbywały się 2 razy w tygodniu po 1.5 godziny i było 6 spotkań (czyli 3 tyg.). Spotkania miały charakter wykładów, nie trzeba było odpowiadać na pytania ani nic. Trochę inaczej jest z poradnią. Pozdrawiam. _______ mój suwaczek Odpowiedz Link Zgłoś
agata.wegier Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 25.02.06, 12:33 heeej!! własbie takich nauk 1,5 godzinnych szukamy.. powiedz jestes z warszawy, gdzie na tkie mozna sie zapisa, bede baaardzo wdzieczna za odpowiedz, pozdrawiam agaa Odpowiedz Link Zgłoś
elkam80 Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 25.02.06, 12:35 niestety nie mogę Ci pomóc... jestem z Poznania Pozdrawiam mój suwaczek Odpowiedz Link Zgłoś
malfa Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 25.02.06, 12:47 Może 10 spotkań godzinnych? Polecam parafię św Zygmunta w Warszawie. Kurs się zaczyna koło 20 marca. Ja kończę ten poprzedni i było do tej pory całkiem ok. Odpowiedz Link Zgłoś
agata.wegier Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 25.02.06, 13:53 ooo to juz lepiej, masz jakis namiar na te parafię albo na osobe kontaktową...?? jutro planujemy pojezdzic po kosciołach i może podjedziemy i tam... Odpowiedz Link Zgłoś
malfa Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 25.02.06, 20:07 Jest to parafia św Zygmunta na placu Konfederacji na Bielanach, przed kościołem jest duuuża tablica informacyjna i tam są wszelkie informacje dotyczące kursu. Po prostu idziesz do kancelarii (godzina otwarcia też będzie na tej tablicy) i prosisz o kartki z rozpiską tematów konferencji nauk przedślubnych (na niej zbiera się podpisy) i z tymi kartkami idziecie na pierwsze spotkanie chyba 20 marca (spotkania są co wtorek o 20)i już. Żadnych zapisów nie ma. Powodzenia! Odpowiedz Link Zgłoś
czambalamba Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 25.02.06, 12:31 hmm, no my w tę niedzielę na szczęscie juz kończymy te nauczki... w sumie powiem Ci szczerze, że nic nowego się nie nauczyłam co do wykresów itp... tego u nas nie było, może z racji tego że wspólnie z nami było około 150 osób (!!!) plaga chyba jakaś czy co ponoć takie rzeczy mają być na wizycie w poradni przykościelnej która też jest obowiązkowa (nas tylko złapią na 2 spotkania w poradni, bo narnormalniej w świecie zabrakło im terminów - na taką ilość osób a tak, to w ogóle u nas prowadzi zajęcia para z 22 letnim stażem, i pani opowiada o panach, a pan o paniach, na jednych zajęciach był ksiądz który pogadał trochę na temat tego, że w ogóle dzieci prawie się nie rodzą no i jeszcze na ostatnich będzie rozprawiał o podobnych rzeczach... ale powiem szczerze, że tematyka takich zajęć zależy od parafii - ansi znajomi chodzą do innej parafiiw tym samym czasie zaczeli, i u nich jak nie o homoseksualiźmie to o aborcji, czystości itp.. więc co parafia to inna tematyka poza tym jest zimno, mało miejsca i tłok u nas jest lista która krąży i trzeba się wpisywać, u innych wyczytują pozdrawiam, zyczę powodzenia )) Odpowiedz Link Zgłoś
minerwamcg Re: jak wygladaja nauki przedmalzenskie? 25.02.06, 18:52 Wiesz co, ja kiedyś udzielałam w tej sprawie wywiadu do jednego ze ślubnych pism. Jak chcesz, to przeczytaj, co im napisałam: Cztery podwójne spotkania, które składają się na cały kurs zaliczałam w 4 różnych kościołach Krakowa, bo tak mi pasowały terminy. Zaczęłam nauki przedmałżeńskie w lutym 2005 r. Zaskoczeniem było, że za całą tę operację się płaci (na kościelnych stronach o kursach nie ma nic, a świeckie są nieaktualizowane od 2001. Kosztuje to 60 zł. od pary - ja płaciłam tylko 30, bo mój narzeczony jako ewangelik nie miał obowiązku tych kursów odbywać. Pierwsze spotkanie (parafia Matki Boskiej Zwycięskiej w Borku Fałęckim) było z księdzem. Przed spotkaniem, kiedy księdza jeszcze nie było, odbył się formalny nalot rozdawaczy ulotek - co chwilę wpadał jakiś facecik z chytrą miną i wciskał każdemu do garści reklamę: a to fotograf, a to limuzyna, a to kamerzysta, a to salon z sukniami... Towarzystwo zbite w stadko i przyczajone pokornie brało wszystko - ja wzięłam ze dwa świstki i na wszystkie następne mówiłam "dziękuję, już mam". W końcu przyszła siostra, która prowadziła zapisy i... też rozdała ulotki. Pierwszą godzinę zajęła katecheza na poziomie ósmej klasy: co to jest sakrament, co sprawia, to jest łaska i do czego jest potrzebna, słowem nic nowego - choć nie neguję, że niektórym to by się przydało. Jako dość świadoma chrześcijanka (sporo lat spędzonych w Oazie i duszpasterstwach akademickich) nie dowiedziałam się nic nowego i tej pierwszej nauki wysłuchałam grzecznie acz bez entuzjazmu. Była wygłoszona na tyle składnie i z temperamentem, że tym, którzy mogli coś z tego skorzystać, przydała się na pewno. Następną godzinę ten sam ksiądz mówił o problemach komunikacji w małżeństwie, o rozmawianiu ze sobą i z dziećmi - a propos tego ostatniego podejście miał sensowne, mówił, że Kościół nie wymaga, abym urodziła troje dzieci - wspomniał tylko o prostej zastępowalności pokoleń, co akurat jest logiczne. I o tym, że ludzie mają prawo w pewnym momencie poczuć się spełnieni jako rodzice i powiedzieć stop. I że liczba dzieci zależy od tego, ile jest się w stanie wychować, w czym się zgadzam w całej rozciągłości. Dorzucił parę anegdot z życia małżeńskiego, nawet niebrodatych, w których, za co go lubię, dokładał za różne małżeńskie grzeszki po równo mężczyznom i kobietom. Na drugim spotkaniu, które w całości miało być poświęcone płodności i naturalnym metodom planowania rodziny, nie byłam, bo mnie zmogła grypa. Miałam zamiar odbyć je później, ale zaczęliśmy załatwiać formalności w Warszawie i wobec problemów z różnicą wyznania i katolicko-protestancką ceremonią ślubną takie drobiazgi jak brak jednego podpisu na karcie z pieczątkami przeszły niezauważone. Poniekąd żal - miałabym niepowtarzalną okazję sprawdzić na własnej skórze, dlaczego po tym spotkaniu jedne dziewczyny załamują się, a inne kwiczą ze śmiechu. Metody NPR znam, znalazłam parę sensownych stron w internecie, nawet przez kilka dni sama z ciekawości robiłam wykres, coś tam wyszło, coś nie wyszło, potem się rozchorowałam i wszystkie obliczenia poszły w diabły. No, ale ja jestem w tej uprzywilejowanej sytuacji, że chcę mieć dzieci I to jak najprędzej. (Dygresja - z jednej strony wszyscy odradzają późne macierzyństwo, z drugiej, jeżeli kobieta trzydziestodwuletnia miesiączkuje od dwudziestu lat, to zna rytm swojego organizmu dużo lepiej, niż osiemnastolatka, miesiączkująca od sześciu i łatwiej jej czuć, kiedy ma dzień płodny, kiedy nie). Trzecie spotkanie, poświęcone psychologii zycia rodzinnego, odbyłam w parafii Bożego Ciała. Prowadziła je młoda dziewczyna, wyraźnie zażenowana faktem, że musi mówić do dużej grupy osób, aż miałam ochotę wstać i poprosić, żebym mogła ją zastąpić, bo mi żal było. Nie wiem, czy dlatego, czy z innego powodu mówiła raczej ogólnikami, na dokładkę przedstawiając problemy i ich możliwe rozwiązania wyłacznie z punktu widzenia żony. Faceci albo chrapali, albo oglądali sufit i ściany. W sumie nie powiedziała nic wartego zapamiętania, a to co powiedziała, ja też bym potrafiła, w dodatku "sprzedając" tę prościutką psychologię w sposób mam nadzieję bardziej atrakcyjny dla słuchacza. Potem mówił ksiądz. O potrzebie spowiedzi, o rachunku sumienia, o tym, jak się spowiadać (łacznie z formułkami). Najwyraźniej czuł, że dla wielu będzie to pierwsza spowiedź od bardzo dawna i jedyna na bardzo długo. Rzeczowo i sensownie, nie zahaczając jednak ani słowem o tzw. trudne tematy, które przy spowiedzi budzą największe kontrowersje. Rozdał książeczki "Rachunek sumienia narzeczonych", będące streszczeniem tego, co powiedział. Do tego jeszcze wrócę. Takie mi się to wszystko wydało trochę "dla nikogo". Dla tych, którzy prowadzą życie sakramentalne i wiedzą, jak i po co trzeba się spowiadać, było to zbyt ogólne - powtarzanie paru powszechnie znanych prawd. Dla tych, kórych trzeba do spowiedzi przekonać - zbyt jałowe, zbyt mało atrakcyjne. Wracając do rachunku sumienia narzeczonych - przy czwartym przykazaniu zaskoczyło mnie pytanie "czy nie odmawiamy rodzicom prawa do współdecydowania o naszych sprawach". Ożeż do licha! Oczywiście, że odmawiamy. Jesteśmy dorośli, odpowiedzialni, bierzemy ślub ze sobą, a nie z rodzicami. Dopuszczanie rodziców "do współdecydowania" oznacza dla mnie mamę zaglądającą dorosłej córce pod kołdrę i tatę, który dyktuje, kogo zaprosić na wesele. O obojgu narzeczonych zaś świadczy, że dojrzeli może do wszystkiego, ale na pewno nie do małżeństwa. I że dla dobra swojej przyszłej rodziny powinni sie rozstać i wrócić do siebie, kiedy będą dorośli - bo ślub bierze się we dwójkę, a nie w szóstkę. Pierwszy wykład z trzeciego spotkania zaliczyłam po raz drugi (bo mi się pomyliły dni) u OO. Franciszkanów. Miałam porównanie - prowadziła go dziewczyna o wiele lepiej przygotowana, mówiła ciekawiej i nawet z polotem (choć też z babskiego punktu widzenia, może przydałby się psycholog-facet) - zawaliła natomiast kompletnie tzw. język ciała - była ubrana od stóp do głów w obszerny granatowy płaszcz i miała mały, śmieszny czarny kapelusik naciśnięty na oczy. Prawie jej nie było widać, chociaż starała się gestykulować, uśmiechać etc. Była czarną górą z cienkim głosem Na czwarte spotkanie wybrałam się do Dominikanów. Zajęcia z apostolstwa rodziny w świecie prowadziło małżeństwo, niestare i sympatyczne, a do tego najwyraźniej starające się, by uczynić wykład mozliwie atrakcyjnym. Było więc odpalanie od siebie świec, by zobrazować rozprzestrzenianie się wiary, była prezentacja w power poincie o tym, jak człowiek świadczy o swojej wierze wobec innych ludzi, było znowu parę anegdot, tym razem o dzieciach uczących się pacierza - a to któreś pytało, co to są "jakoimy", inne znowu mówiło na mszy "narodził się z zmarłej dziewicy"... Ogólnie rzeczy sensowne i nawet dość konkretne, które co prawda nam, trzydziesto-z okładem-letnim koniom nie objawiły żadnych nowości (o tym, że i w jaki sposób mamy ze sobą i z dziećmi rozmawiać o Bogu, mamy przegadane i obdyskutowane na wszystkie strony), mogły się jednak przydać młodszym. Następny wykład prowadził dominikanin, o uczestnictwie we Mszy świętej. Znowu - nic nowego, ale dało się tego słuchać bez zgrzytania zębów. Zapamiętałam jedno, że warto mieć "swój" kościół i "swoją" mszę - ale znowu, my pomimo różnicy wyznania już takowy i takową mamy. Podsumowując, gdybym dzisiaj miała jeszcze raz odbyć kurs przedmałżeński poszłabym do Dominikanów. Zdaję sobie sprawę, że byłam dość specyficzną "klientką" - raz, że faktycznie pół życia spędziłam w młodzieżowych i studenckich duszpasterstwach, więc problemu z tym, czym jest łaska Boża a czym jest i powinna być spowiedź nie miałam, a dwa, że mając swoje lata i dość serio traktując swoje chrześcijaństwo umiałam być krytyczna i wymagająca. Niepokoi mnie, że te kursy w większości wypadków trafiają w próżnię. Dla takich "koneserów" jak ja nie są niczym nowym i nicz Odpowiedz Link Zgłoś
minerwamcg Cd, bo mi ciachnęło 25.02.06, 18:54 Niepokoi mnie, że te kursy w większości wypadków trafiają w próżnię. Dla takich "koneserów" jak ja nie są niczym nowym i niczego nie uczą, a dla młodych ludzi, którzy szkolne katechezy już dawno zapomnieli a u spowiedzi byli przed bierzmowaniem są zbyt suche, zbyt powierzchowne. Mają w sobie coś z posyłania lekarza do zdrowych, zamiast do "tych, co się źle mają". U Dominikanów zdecydowanie najlepiej przygotowani byli prelegenci. W pozostałych kościołach - cóż, sympatycznie słuchało się księdza u Matki Boskiej Zwycięskiej, jeszcze raz sprawdza się zasada, że dobry prelegent to 3/4 sukcesu. Dziewczyny natomiast, panie psycholog od Bożego Ciała i od Franciszkanów, minęły się z powołaniem. To, co mówiły miało sens - ale kompletnie nie umiały tego sprzedać. Co bym zmieniła? Przede wszystkim wszystkie te spotkania "katechetyczne", o sakramencie małżeństwa, o spowiedzi, o uczestnictwie we Mszy świętej - prowadziłabym w sposób o wiele bardziej żywy i życiowy, żeby pokazać ludziom zniechęconym do Kościoła, że Kościół się do nich nie zniechęcił. Żeby była nadzieja, że faktycznie na serio się wyspowiadają, przyjmą nieświętokradzko Komunię, a ich sakrament małżeństwa będzie zawarty ważnie. Pouczyłabym o wszystkich dylematach sumienia, jakie mają ludzie wierzący, ale np. mieszkający ze sobą bez ślubu czy wychowujący wspólnie dzieci. Jaka jest dla nich droga pojednania z Bogiem, co muszą, a czego nie. Wszystko to powiedziane serio, bez taryfy ulgowej, ale bardzo życzliwie. Podkreślając, że warto się starać. Pozostałe spotkania dałabym prowadzić ludziom, którzy autentycznie umieją i lubią mówić do innych. Bo co komu z nienagannej pod względem światopoglądowym pani psycholog, która jednak czuje się zawstydzona tym, że mówi o do czterdziestu osób, więc z tych nerwów mówi banałami, bezbarwnie i płasko? Mam czasem wrażenie, że organizatorzy tych kursów nie przyjmują do wiadomości, jaka jest sytuacja. Że młodzi ludzie są dzisiaj zupełnie inni, niż jeszcze kilkanaście lat temu, a ich problemy moralne o wiele poważniejsze i sytuacje życiowe o wiele bardziej skomplikowane. A jeśli przyjmują do wiadomości, to oczywiście ten stan rzeczy potępiają i... na tym kończą. Oczywiście są wyjątki - Dominikanie nie udają, że mówią do członków Bractwa Różańcowego. Kiedy małżeństwo mówiło o religijnym wychowaniu dzieci, padło m.in. sformułowanie "mówimy wam o tym teraz, bo albo jeszcze nie macie dzieci, albo są one bardzo małe, więc warto, żebyście wiedzieli..." Odpowiedz Link Zgłoś
askiem nauki 26.02.06, 09:08 Ja jestem świeżo po naukach. Trwały 6 dni (pół godziny po mszy). Wykłady na różne tematy: o rodzinie i jej planowaniu, o naturalnych metodach, o religii, Bogu, miłości, kobiecie, mężczyźnie... wszystko wszystko. Cztery wykłady prowadził ksiądz, jeden tato- mąż i mama-żona Szczerze powiem nic nowego się nie dowiedziałam, do niczego mnie nie przekonali, chociaż aż tak strasznie nie było (częściej śmiesznie). Na koniec dostaliśmy zaświadczenia o ukończeniu kursu przedmałżeńskiego. Ale czeka nas jeszcze poradnia... Odpowiedz Link Zgłoś
agata.wegier Re: nauki 01.03.06, 12:25 a gdzie miałas te nauki??? ja jestem z warszawy??? Odpowiedz Link Zgłoś