irritanss
13.07.06, 16:55
Milion razy klocilam sie z mezem o to, jak czesto dzwonia jego rodzice. O to,
ze zbyt czesto sie z nim kontaktuja, ze robia awantury, kiedy maz nie odbiera
komorki... Codziennie albo dzwonia, albo pisza smsy. Teraz sa wakacje, oboje
maja wolne, wiec to sie nasililo... Slub wzielismy kilkanascie dni temu,
wiedzialam, w co sie pakuje, ale bylam pewna, ze troche wyluzuja z tym
kontrolowaniem, z pytaniem "czy masz co jesc". Niedlugo jedziemy nad morze, w
ramach podrozy poslubnej, nie chcemy brac komorek (ja nie mam roamingu),
chcemy miec spokoj. tak ustalilismy. Ale juz widze, jaka karczemna awanture
zrobia nam, gdy sie o tym dowiedza.
Jestem smutna i zla, ja rozumiem, ze trzeba dzwonic do rodzicow. Ale to juz
mnie przerasta. On wiedzac, ze mnie wkurza, ze do nich dzwoni, albo ze oni
dzwonia, zaczal sie z nimi kontaktowac bedac w pracy (szukalam ostatnio
jakiegos numeru i przypadkiem zobaczylam wykaz polaczen...). Dzwonia, albo
pisza i pytaja "co slychac". Przeciez kiedy sie cos waznego dzieje w naszym
zyciu, to dzwonimy... a chcialabym z nim spedzic wieczor sam-na-sam, bez
poddenerwowania, czy zadzwonia, czy nie...
Sytuacje pogarsza jeszcze kredyt, ktory wzielismy wspolnie z jego i moimi
rodzicami. Bo jak sie z nimi pokloci, albo cos im powie, to wyjdzie, ze
jestesmy niwdziecznikami...
Wykancza mnie to, a doszlo do tego, ze zostalam nazwana szantazystka przez
meza. Owszem, powiedzialam, ze jesli wezmie komorke nad morze, bo tak mu kaza
rodzice, to ja nie pojade. Bo ja mam dosc po prostu, a on nic z tym nie umie i
chyba nie chce zrobic...