Od razu zaznaczę, że nie czepiam się tych którzy mają potrzebę dziękowania w
tym momencie. Ani też nie uważam że nie mam za co dziękować swoim...
Tak się tylko zastanawiam... mieszkam już poza rodzinnym domem ładnych parę
lat, więc moment ślubu nie jest jednocześnie wyjściem spod skrzydeł rodziców.
Dziękowałam im przez te lata w różny, może mniej otwarty, oczywisty sposób,
ale myślę że wiedzą że jestem im wdzięczna za różne rzeczy.
Poza tym nie lubię takich "szopek", oficjalnych podziękowań, oficjalnych
zaręczyn, takie sceny nie dla mnie po prostu

Krępuja mnie takie oficjalne
sytuacje.
Po kolejne: Mój tata zmarł niedawno, nie ma juz relacji ja--rodzice, jest
tylko ja--mama. A z mamą mogę sobie od serca pogadać, nie muszę robić "scen"
przy innych ludziach.
No właśnie ale mam wątpliwości, bo jest jeszcze mama mojego N. (Nota bene też
bez męża, który jest nie wiadomo gdzie i o ślubie nawet nie wie). Bo ja wiem,
może ona akurat oczekiwałaby szopki i tego że ja ktoś doceni, symbolicznie
podziękuje za trud wychowawczy... Narzeczony mi nie podpowie bo on jest z
tych co "nie znaja się na takich rzeczach" i "ty bedziesz wiedziała najlepiej
jak się zachować"
No więc pytam Was - czy podziękowania na okoliczność ślubu są niezbędne. Czy
popełnimy gafę jesli nie podziękujemy w tym momencie? Czy to nie jest tylko
pamiątka po dawnych czasach kiedy ludzie biorąc ślub dopiero co wychodzili
spod rodzicielskiej opieki? Podpowiedzcie jak pogodzić niechęć do szopek i
ślepego podążania za tradycją - z "dobrym wychowaniem"