Dodaj do ulubionych

______________________KaFeLkom i Redakcji- PREZENT

IP: *.pai.net.pl 14.02.02, 23:23
Droga Redakcjo, Mili Koledzy,
Za pół godziny rozpoczniemy swietować pierwszą rocznicę założenia FORUM.
Postanowiłam- jako jeden z młodszych stażem forumowiczów- sprawić Wam Wszystkim
prezent.
A zainspirowały mnie świeżo znalezione w Gazecie dywagacje pod nazwą „Anatomia
dowcipów polskich i angielskich” wyborcza.gazeta.pl/info/artykul.jsp?
dzial=010600&xx=698230

Otóż –my jako naród –śmiać się z siebie nie potrafimy. Z innych – chętnie ,
głośno , rubasznie.
Forum –jako wycinek rzeczywistości – jest tego częstym potwierdzeniem.
Przychodzi to tym łatwiej , ze skrywamy się za parawanem nicka. Ujawniają się
wówczas i inne nasze paskudności-jak choćby ksenofobie, szowinizmy, których na
naszym Forum, na szczęście mało, ale też się trafiają i nie czas o nich mówić
przy święcie.
Otóż chciałabym z tej świątecznej okazji okazji podarować Wam trochę lekarstwa
na nasze powyższe słabości - dobrego humoru pokazującego , jak można śmiać się
z samych siebie , robić to przez całe życie i to życie nie zagrożone ścięciem,
jak to kiedyś było z błaznami.
Wybrałam do tego celu zbiór humoresek EPHRAIMA KISHONA , izraelskiego , choć
urodzonego i wychowanego na Węgrzech a zamieszkałego w Szwajcarii, pisarza,
który przez całe swe życie wyszydza swą „nabytą” ojczyznę –Izrael i wszyscy Go
za to wielbią, i nikt się nie oburza. Kishon zrobił również ogromną karierę w
całej Europie – sama w Niemczech widziałam Kishonowy „festiwal”- wszystkie
(ogromne !) witryny księgarni tylko w Jego tłumaczeniach.
W Polsce wyszło bodaj 6 Jego książek i jeśli decyduję się na „W tył zwrot, Pani
Lot”, to dlatego, że wychowana na Kubusiu Puchatku już wiem dzięki IRENIE
TUWIM , co to znaczy tłumaczenie kongenialne. Takim też tłumaczem okazał się
STANISŁAW LEWAŃSKI.
Tak więc zaczynamy- bawcie się dobrze !- Kasia
Obserwuj wątek
    • Gość: Kasia E.Kishon- ACHIMAAZ i BUTY IP: *.pai.net.pl 14.02.02, 23:31
      Ephraim Kishon (tłum. Stanislaw Lewanski)
      „ACHIMAAZ I BUTY”
      "Rodzice żydowscy czynią wszystko, aby dzieci przerosły ich pod każdym
      wzglądem. Rozpieszczają je też ponad wszelką miarę. Gdy do pękającego w szwach
      autobusu wsiada krzepki mężczyzna z pięciokilogramowym dzieckiem na ręku,
      miejsce na fotelu znajduje się natychmiast. Niech się jednak wciśnie ktoś z
      pięćdziesięciokilogramowym workiem na plecach -będzie stał do końca.
      Nie wszystkie dzieci żydowskie są genialne; co najwyżej osiemdziesiąt pięć do
      dziewięćdziesięciu procent. Wśród pozostałych dziesięciu-piętnastu znajduje się
      też pewna liczba umysłowo upośledzonych. Nie żadnych niedokształconych -bo
      szkolnictwo w Izraelu nie jest upaństwowione -po prostu tępych z natury.
      Jednym z takich był Achimaaz, o którym będzie właśnie mowa. Całe nieszczęście
      zaczęło się od tego, że upodobałem sobie pewien rodzaj butów amerykańskich,
      zwanych ze względu na miękkie spody "rubber soles". W dosłownym tłumaczeniu -
      gumowe podeszwy .Postanowiłem więc koniecznie kupić taką parę i w tym celu
      udałem się do sklepu obuwniczego pana Leichta przy Mograbi Square(1).
      -Panie Leicht -powiedziałem. -Chciałbym kupić parę prawdziwych rubber soles,
      zamszowych z amerykańskimi noskami.
      -Momencik -powiedział pan Leicht i zaczął. przetrząsać regały. Okazało się, że
      buty rubber soles, zamsz, amerykańskie noski na składzie wprawdzie są, ale ani
      jedna para nie spełnia wszystkich wymagań naraz. Ze względu na moje wyraźnie
      okazane rozczarowanie pan Leicht natychmiast zadeklarował wysłanie gońca do
      swojej filii, która mieściła. się naprzeciwko Poczty Głównej. -W ciągu kilku
      minut będzie pan miał swoje buty -powiedział i skinął na gońca,
      czternastoletniego jemeńskiego Żydka, którego zdumiewająco niski stopień
      inteligencji wkrótce się dowodnie okaże.
      -Słuchaj uważnie, Achimaaz -powiedział pan Leicht powoli i wyraźnie. -Pójdziesz
      teraz do naszej filii naprzeciwko Poczty Głównej i poprosisz o parę butów
      rubber soles, zamsz, amerykański nosek, nr 7. Przyniesiesz to tutaj.
      Zrozumiałeś?
      -Że niby co? -zapytał Achimaaz. "
      -No tak -pan Leicht zwrócił się usprawiedliwiająco do mnie. -Myślę, że będzie
      lepiej, jeżeli ten tuman zabierze ze sobą pańskie buty -inaczej przyniesie nie
      ten numer .
      Zdjąłem buty, pan Leicht włożył je do pudełka i wręczył gońcowi.
      -A więc Achimaaz: rubber soles, zamsz, amerykańskie, nr .7 .Zapamiętasz to? No,
      to jazda.
      -Panie Leicht -wyjąkał Achimaaz -ja nie wiem dokąd ja mam iść, panie Leicht.
      -Wiesz przecież, gdzie jest Poczta Główna?
      -Tak, wiem.
      -No więc? Na co jeszcze czekasz? Pospiesz się!
      Po dwóch godzinach i dwudziestu minutach, które spędziłem w sklepie boso, nie
      wiedzieliśmy już, ani pan Leicht, ani ja, o czym rozmawiać, aby ukryć
      zdenerwowanie. Wszystkie potoczne tematy konwersacyjne od rozbudowy Tel Awiwu
      po przyjście Chin do ONZ zostały wkrótce wyczerpane. W końcu drzwi otworzyły
      się, a na progu stanął Achimaaz -bez tchu i z pustymi rękoma.
      -Nu?! -pan Leicht skoczył do niego. -Gdzie są buty? -Odeszły pocztą lotniczą -
      powiedział Achimaaz i głęboko odsapnął.
      Natychmiast wdrożone dochodzenie dało następujący wynik: Przeklęty chłopak
      wykonał ściśle ostatnią instrukcję szefa - udał się wprost na Pocztę Główną i
      stanął w kolejce do okienka numer 4, ponieważ to była najdłuższa kolejka.
      Posuwał się bardzo wolno, bowiem okienko numer 4 załatwiało listy polecone, a
      woźny z jakiegoś ministerstwa przyniósł był właśnie 1200 takich listów.
      W końcu jednak przyszła kolej na Achimaaza. Podsunął urzędnikowi pod sam nos
      pudełko z moimi butami i dzielnie wyrecytował wyuczoną formułkę:
      -Rubber soles. Zamsz. Ameryka. Numer 7.
      -Okienko ósme -powiedział urzędnik. -Proszę przechodzić.
      Achimaaz dotarł w nowym ogonku do okienka ósmego, gdzie przyjmowano listy z
      nadwagą. Tu także powtórzył swoją formułkę:
      -Rubber soles. Zamsz. Ameryka. Numer 7.
      -To nie jest list -powiedział urzędnik. -To jest paczka. -Nie szkodzi -wyjaśnił
      Achimaaz. -Pan Leicht tak sobie życzy.
      -W porządku -urzędnik wzruszył ramionami i położył pudełko na wadze. -To cię
      będzie kosztowało majątek. Dokąd to ma iść?
      -Rubber soles. Zamsz. Ameryka. Numer 7.
      Urzędnik zajrzał do taryfy "Ameryka" i odszukał opłatę pocztową za przesyłkę
      lotniczą odpowiedniej wagi.
      -Trzy funty i dziesięć piastrów. Z dostawą ekspresową ?
      -Co znaczy ekspresową?
      -Pytam, czy to jest pilne.
      -Bardzo pilne.
      -To jeszcze dochodzi 58 piastrów. Masz tyle forsy przy sobie, chłopcze?
      -Czemu mam nie mieć?
      Dopiero teraz urzędnik spostrzegł, że na pudełku nie ma żadnego adresu.
      -Co to ma być? Czemu tu nic nie napisałeś?
      -Ja nie potrafię dobrze pisać -Achimaaz usprawiedliwił się i zaczerwieni. -U
      nas było ośmioro dzieci. Mój najstarszy brat jest w kibucu...
      -No, już dobrze -przerwał mu urzędnik, w którym wzięło górę miękkie żydowskie
      serce -chwycił pióro, żeby samemu zaadresować paczkę.
      -Do kogo to ma iść?
      -Rubber soles. Zamsz. Ameryka. Numer 7 -wyszeptało onieśmielone pacholę.
      -Rabbi Sol Zamsz, USA- napisał urzędnik, zżymając się trochę na tego
      amerykańskiego Żyda, który pozwolił sobie skrócić biblijne imię Salomon na Sol.
      Wpisawszy nazwisko Zamsz przerwał znowu:
      -Jakie miasto, u diabła? Jaka ulica?
      -Pan Leicht powiedzia³: naprzeciwko Poczty Głównej.
      -To nie wystarcza.
      -Rubber soles. Zamsz. Ameryka. Numer 7 -powtórzył dzielny Achimaaz. -Nic więcej
      pan Leicht nie mówił .
      -Faktycznie, lepszy numer! -urzędnik pokręcił głową i fachowo uzupełnił adres:
      skrytka pocztowa numer 7, Brooklyn, NY, USA (2). A kto jest nadawcą?
      -Pan Leicht.
      -Gdzie mieszka pan Leicht?
      -Ja nie wiem. Ale ma sklep na Mograbi Square.
      Taki był przebieg zdarzeń, o ile udało nam się go zrekonstruować.
      Gdy przed kilkoma dniami znowu przechodziłem koło pechowego sklepu, pan Leicht
      wciągnął mnie do środka i z dumą pokazał mi list od rabbiego Zamsza, Hartford,
      Connecticut (błędny adres brooklyński został przez bystrych urzędników
      amerykańskich trafnie skorygowany). Rabbi Zamsz serdecznie dziękował za piękny
      prezent, pozwalał sobie jednak zauważyć, że preferuje obuwie raczej nowe, gdyż
      dłużej się nosi. Niemniej ten drobny dowód pamięci, nawet o kimś, kto jak on od
      dawna żywo interesuje się ruchem syjonistycznym, nieco go zaskoczył.
      ______________________________________________________________________
      (1)Są dwa pępki świata: Times Square w Nowym Jorku i Mograbi Square w Tel
      Awiwie. Istotnie -w tych dwóch punktach koncentruje się 43 procent wszystkich
      kinoteatrów świata. Gdy ktoś na przykład zapyta mieszkańca Izraela, gdzie leży
      Abisynia, ten mu niechybnie wyjaśni: -Wie pan przecież gdzie jest Mograbi
      Square? Otóż Abisynia leży 3000 mil na południowy wschód od Mograbi.

      2)W Izraelu panuje przekonanie, że prawie wszyscy Żydzi amerykańscy mieszkają w
      Brooklynie. A jak jest naprawdę? Naprawdę jest tak, że prawie wszyscy
      amerykańscy Żydzi mieszkają w Brooklynie.


    • Gość: Kasia E.Kishon-KANAŁ BLAUMILCHA IP: *.pai.net.pl 14.02.02, 23:54
      EPHRAIM KISHON KANAŁ BLAUMILCHA
      (tłum. Stanisław Lewanski)
      Mieszkańcom Izraela wspó1na jest maniacka skłonność do zabudowywania kraju.
      Jeśli ktoś z Czytelników tej książki zdecyduje się na podjęcie podróży do
      Państwa Izrael, wkrótce nabierze przekonania, ze cierpimy tu na powszechną,
      chroniczną i nieuleczalną gorączkę budowlaną. Nikogo na przykład nie dziwi, gdy
      jakiś szaleniec wyskoczy z projektem wybudowania miasta pośrodku gołej pustyni.
      Mamy całkiem pokaźną grupę takich wariatów. I w rezultacie całkiem pokaźną
      liczbę miast postawionych w szczerym piachu.
      Zanim przejdziemy do omawiania Kanalu Blaumilcha -inwestycji nazwanej tak od
      jej twórcy, Kazimierza Blaumilcha, byłego mieszkańca celi numer 7 w Bat Yam -
      pozwolę sobie przekazać Czytelnikowi kilka niezbędnych informacji.
      W Bat Yam znajduje się dom wariatów. Nie należy jednak sądzić, ze dostanie się
      tam jest sprawą prostą. Gdy w jakimś innym kraju człowiek zaczyna nagle
      bredzić, wiadomo od razu, ze stracił rozum. W Izraelu natomiast przeważa w
      takim wypadku pogląd, ze spotkaliśmy imigranta żydowskiego z południowej
      Mandżurii, który usiłuje porozumieć się z nami w swoim ojczystym języku. A gdy
      ktoś na przykład wysmaruje sobie twarz szpinakiem, nie wykluczamy możliwości,
      ze mamy tu do czynienia ze starym zwyczajem ludowym z Boliwii. Wariat, żeby
      zyskać w Izraelu uznanie, musi zrobić cos naprawdę wystrzałowego.
      Nic nie przeczuwając siedziałem pewnego razu na zalanej słońcem plaży i
      rozkoszowałem się powiewami chłodnawej bryzy, gdy nagle wytracił mnie z marzeń
      widok zezowatego i nieogolonego, lecz niezbyt odrażającego osobnika. Indywiduum
      poprosiło mnie najpierw o zgodę na zajęcie miejsca obok mnie, po czym odezwało
      się tymi słowy:
      -Niezmiernie mi przykro, ze indaguję pana, łaskawy panie, potrzebuję jednak
      pilnie dziesięciu funtów.
      Nie bez pewnej irytacji zapragnąłem wiedzieć, na jakim paragrafie i na jakiej
      ustawie opiera się sformułowane wyżej żądanie. Mój znajomy skinął ze
      zrozumieniem głową i chętnie udzielił mi stosownych wyjaśnień:
      -Jestem umysłowo chory , łaskawy panie -rzekł spokojnym, budzącym zaufanie
      głosem. -Pan, jako człowiek inteligentny, z pewnością wie, co to znaczy. Według
      ustaw tego kraju mogę panu teraz bez żadnych ceremonii poderznąć gardło albo
      udusić pana, albo -gdyby moje chorobliwe instynkty mi to podsunęły -zrobić z
      pana kotlet siekany. I co by mi za to zrobiono? Nic by mi za to nie zrobiono. W
      najgorszym wypadku wsadzono by mnie z powrotem do domu wariatów, skąd -dzięki
      opieszałości mojego nadzorcy - udało mi się przedwczoraj uciec. Życzyłby pan
      sobie obejrzeć notarialnie uwierzytelnione fotokopie moich papierów wariackich?
      Proszę, oto one.
      Papiery mojego nowego przyjaciela nie budziły najmniejszych zastrzeżeń. On sam
      także robił jak najlepsze wrażenie: miało się przed sobą poważnego, trzeźwego
      człowieka interesu, nie rzucającego słów na wiatr, wręcz przeciwnie -ważącego
      każde zdanie starannie.
      -Nu, co jest? Na co pan czekasz? -zapytał, przy czym w jego oczach pojawiły
      jakieś gorączkowe błyski. -Miałeś pan może w życiu jeszcze za mało kłopotów i
      chciałbyś pan trochę nowych? Dla marnych dziesięciu funtów? Niech mi pan
      wierzy , łaskawy panie, to się nie opłaca! Ja sam tez bym chciał załatwić
      sprawę bez jakichś tam ekscesów -pan to powinieneś rozumieć. Ale, jeżeli pan
      mnie zmuszasz... Ja będę liczył do trzech. Przy "trzy" -mówię to panu z
      doświadczenia -mnie się pojawi na pysku piana, ja stracę nad sobą panowanie. A
      potem -pan sobie nawet nie wyobrażasz. Niech pana Bóg ma w swojej opiece.
      Uwaga, ja zaczynam: raz -dwa -Chwileczkę -przerwałem. -Czuję się zobowiązany
      zainteresować pana pewnymi okolicznościami, które jak sądzę, uszły pańskiej
      uwagi. Otóż ja sam tez nie jestem całkiem normalny. Mówiąc między nami -na
      szczęście nie ma tu nikogo obcego -jestem urzędowo atestowanym wariatem i
      posiadam na tę okoliczność dyplomy dwóch czołowych instytutów europejskich. Z
      upodobaniem uprawiam amok, zwłaszcza na długich dystansach. Ale specjalnością
      moją jest wiwisekcja ofiar. To już jest w naszej rodzinie dziedziczne. Dlatego,
      łaskawy panie, stale noszę przy sobie nóż kuchenny. Trochę zardzewiały. Noszę
      go pod koszulą, o tutaj -tak na wszelki wypadek. Cieszę się, ze molem pana
      poznać.
      Mój gość zbladł. Przemowa zrobiła na nim silne wrażenie. Gdy mimochodem
      sięgnąłem dłonią pod koszulę, zerwał się z przeraźliwym krzykiem i skacząc
      wielkimi susami zniknął w oddali.
      Powstałem i ja, po czym spokojnym krokiem udałem się na przystanek autobusowy ,
      gdzie rozpędziłem oczekujących ostrym: "Rozejść się, miejsce dla wariata!", a
      następnie wsiadłem do wozu nie odczekawszy w kolejce ani minuty.
      Jeśli chodzi o wspomnianego na wstępie Kazimierza Blaumilcha, to był on
      czterdziestopięcioletnim, nigdzie nie pracującym saksofonistą i bawił, jak już
      podano, w Bat Yam, gdzie zajmował izolatkę nr 7. Uległ niedawno napadowi
      ostrego szalu w związku z tym, ze pielęgniarz skonfiskował mu łyżkę do butów,
      którym to narzędziem pan Kazimierz spodziewał się wykopać tunel umożliwiający
      ucieczkę ze szpitala.
      Przypadek Blaumilcha uchodził za beznadziejny. Choroba psychiczna została
      wykryta przed rokiem, gdy pan Kazimierz starał się o paszport(1). Od chwili,
      gdy mu odmówiono paszportu, nieszczęśnik rozpoczął uporczywe drążenie kanałów
      do morza.
      Po napadzie szalu Blaumilch powoli przyszedł jednak do siebie, poczekał do
      zmroku, otworzył drzwi celi i uciekł. Od razu trafił na autobus do Tel Awiwu,
      gdzie prosto jak po sznurku udał się do domu towarowego Solel Boneh i tam
      niepostrzeżenie przepadł.
      Działo się to w środę.
      W czwartek o świcie cały ruch na skrzyżowaniu Allenby Road i bulwaru
      Rotschilda (2) zamarł. Jeszcze przed wschodem słońca pojawił się na środku
      namiot. Cztery zardzewiale beczki po benzynie ustawione w kwadrat
      sygnalizowały, ze tu właśnie rozpoczynają się większe roboty drogowe. O
      godzinie szóstej pojawił się robotnik drogowy ciągnąc za sobą nowiutki świder
      pneumatyczny. O szóstej trzydzieści wydrążył nim dwa na stopę głębokie kanały
      przecinające się jak litera "X" i łączące wszystkie cztery rogi skrzyżowania.
      Około siódmej udał się na śniadanie.
      O godzinie dziesiątej rozpętało się piekło. Kolumny dziko trąbiących aut
      kończyły się dopiero na przedmieściach Tel Awiwu. Policja konna kłusowała na
      wszystkie strony usiłując zaprowadzić jakiś lad, ale i ona wkrótce zatonęła w
      tym kotle czarownic.
      Około południa pojawił się na placu minister spraw wewnętrznych i poleciwszy
      towarzyszącym mu dwudziestu dwum wyższym oficerom policji za wszelką cenę
      przywrócić porządek, udał się pomrukując gniewnie do ratusza -oczywiście
      pieszo, bo żadna komunikacja nie funkcjonowała, ani publiczna, ani prywatna.
      Przy pomocy wszystkich będących do dyspozycji ambulansów i wozów bojowych
      straży pożarnej usiłowano przebić korytarz przez miasto -próba się nie powiodła.
      Jeden tylko mieszkaniec Tel Awiwu zachował w tym obłędnym zamieszaniu zimną
      krew: człowiek wykonujący roboty drogowe. -Tatatata! -klekotał świder
      pneumatyczny w silnych rękach Kazimierza Blaumilcha, który powoli, ale
      nieubłaganie drążył Allenby Road w kierunku morza.
      Minister spraw wewnętrznych nie zastał kierownika wydziału robot drogowych -
      doktor Kwibiszew wyjechał do Jerozolimy, a jego zastępca słabo się orientował w
      sprawach remontów. Przyrzekł jednak ministrowi zatrzymać roboty natychmiast po
      uzgodnieniu tego z doktorem Kwibiszewem i nadal zaraz telegram do Jerozolimy.
      Także do burmistrza doszły już wiadomości o nieszczęsnych robotach
      komunikacyjnych, natychmiast więc delegował swego sekretarza, by przeprowadził
      rozpoznanie na miejscu. Sekretarzowi udało się bez większych trudności
      przebrnąć przez potrójny kordon policji. Wykorzystawszy krotką chwilę przerwy w
      rozrywającym uszy "tatatata" zwrócił się do robotnika z zapytaniem, kiedy mniej
      więcej można oczekiwać zakończenia
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon-KANAŁ BLAUMILCHA- dokończenie IP: *.pai.net.pl 14.02.02, 23:59
        EPHRAIM KISHON KANAŁ BLAUMILCHA -dokończenie
        (tłum. Stanisław Lewanski)
        Wykorzystawszy krotką chwilę przerwy w rozrywającym uszy "tatatata" zwrócił się
        do robotnika z zapytaniem, kiedy mniej więcej można oczekiwać zakończenia robot.
        Kazimierz Blaumilch początkowo milczał. Gdy jednak spostrzegł, ze w ten sposób
        nie pozbędzie się natręta, odwarknął jedynym znanym sobie hebrajskim słowem:
        -Chammer!(3)
        Pod wieczór w wyniku nadludzkich wysiłków i dzięki zastosowaniu gazów
        łzawiących udało się policji wprowadzić w tym chaosie względny porządek,
        wydobyć z matni swoich kolegów i ich konie - jednych i drugich w stanie
        krańcowego wyczerpania -oraz zablokować ruch w promieniu dwóch kilometrów, o
        czym powiadomiono za- równo magistrat, jak i dyrekcję koncernu SoleI Boneh.
        Dwa dni później, natychmiast po otrzymaniu telegramu, powrócił z Jerozolimy
        doktor Kwibiszew i znalazł swój urząd przewrócony do góry nogami: urzędnicy
        szukający w archiwum planu remontu skrzyżowania Al1enby-Rotschild znaleźli dwa
        całkiem z sobą sprzeczne projekty i nikt nie wiedział, który jest właściwy.
        Doktor Kwibiszew kazał sobie pokazać plany, w obu znalazł poważne usterki do-
        tyczące kanalizacji, skierował więc całą dokumentację do miejskiego wydziału
        wodno-kanalizacyjnego. Naczelnik tego wydziału udał się jednak właśnie w ważnej
        sprawie do Hajfy, w ślad za nim posłano więc plany specjalnym kurierem. Wróciły
        bezzwłocznie, wszelako z uwagę, ze chodzi chyba o jakieś nieporozumienie,
        ponieważ Tel-Awiw nie ma w ogó1e żadnej godnej uwagi sieci kanalizacyjnej.
        Po karnym przeniesieniu doktora Kwibiszewa do Ministerstwa Handlu mianowano
        naczelnikiem wydziału Chaima Pfeiffensteina. Ten, przestudiowawszy gruntownie
        cale dossier, opatrzył teczki ogromnymi czerwonymi znakami zapytania i odesłał
        je do Ministerstwa Robót Publicznych z prośbą o wyjaśnienie, odkąd to panuje
        zasada, ze ministerstwo rozpatruje państwowe projekty budowlane bez uprzedniego
        skonsultowania się z władzami komunalnymi.
        Tymczasem Kazimierz Blaumilch przy akompaniamencie ustawicznego "tatatata" i w
        nieodłącznym towarzystwie czterech zardzewiałych beczek dotarł już do ulicy
        Rambam. Bezradnie przyglądali się mieszkańcy Allenby Road, jak ta niegdyś
        reprezentacyjna arteria komunikacyjna zmienia się w wyboisty trakt przez
        pustynię z asfaltowego gruzu, który nawet piesi przebywają z największym trudem.
        Ale daleko było jeszcze do końca kłopotów! Na skutek wyłączenia z ruchu Allenby
        Road i bulwaru Rotschilda boczne ulice zaczęły pękać w szwach i wymagały
        niezwłocznego poszerzenia. Rząd postanowił rozpisać przymusową pożyczkę
        narodową, by zdobyć odpowiednie środki finansowe. Zważywszy zaś, ze
        przesunięcie zajezdni autobusowej na północ okazało się ze względów
        technicznych niemożliwe, postanowiono spiesznie wyburzyć dzielnicę mieszkaniową
        Rabbi Schmuck.
        Chaim Pfeiffenstein, którego arogancką interpelację Ministerstwo Robot
        Publicznych zwróciło z dość cierpkimi uwagami, złożył burmistrzowi odpowiedni
        raport, po czym zażądał od koncernu Solei Boneh natychmiastowych i dokładnych
        informacji o postępach robot.
        Odpowiedź Piotra Amala, dyrektora Solel Boneh do spraw projektowania i
        przebudowy ulic, nie nasuwała żadnych wątpliwości, ze będąca przedmiotem
        interpelacji sprawa zostanie rozpatrzona z całą wnikliwością. Odpisy
        korespondencji przesłano do centrali przesiedleńczej Agencji Żydowskiej .
        Zgłoszona jednocześnie przez Piotra Amala oferta pośredniczenia między
        magistratem a ministerstwem zyskała wprawdzie poparcie egzekutywy Histadruthu
        (4), została jednak odrzucona przez bur- mistrza Tel Awiwu działającego w
        porozumieniu z dyrekcją komunikacji miejskiej, ponieważ -ich zdaniem -warunkiem
        wstępnym jakichkolwiek rozmów winno być wstrzymanie wszelkich robot.
        Allenby Road tymczasem zmieniła się nie do poznania: między wałami gruzu
        betonowego i makadamowego ciągnął się głęboki rów pokryty grubą warstwą pyłu. Z
        podziurawionych rur wodociągowych tryskały wysoko efektowne fontanny. Domy
        mieszkalne opustoszały.
        Teraz dopiero, w szczytowym punkcie kryzysu, ujawniła się cala polityczna
        dalekowzroczność Piotra Amala co do wiary w skuteczność negocjacji. Zaprosił on
        Chaima Pfeiffensteina do siebie na konferencję i po wielogodzinnych, gorących
        debatach uzgodniono pogląd, ze roboty drogowe należy jednak zawiesić,
        przynajmniej do czasu, az wypowie się w całej sprawie specjalnie powołana
        komisja parlamentarna. Protokół porozumienia przesłano w formie memorandum do
        Gabinetu Ministrów i do Kancelarii Prezydenta.
        Wszystkie te genialne pociągnięcia stały się jednak nagle nieaktualne.
        Kazimierz Blaumilch, dzięki znakomitemu pomysłowi skręcenia w lewo, jeszcze
        tego samego wieczoru dotarł do morza.
        To, co potem nastąpiło, nie jest już niczym osobliwym- po pro.- stu woda morska
        wdarła się do kanału, który był niegdyś jezdni,! Allenby Road, i uderzyła
        spienionymi falami w brzeg na bulwarze Rotschilda.
        Nie upłynęło wiele czasu, nim miasto spostrzegło interesujące możliwości, które
        stworzyła nowa sytuacja. Wkrótce pojawiły się taksówki wodne, a w ślad za nimi
        pierwsze prywatne motorówki. Życie odrodziło się na nowo.
        Oficjalne przejęcie dróg wodnych do eksploatacji miało przebieg nader
        uroczysty. Burmistrz w serdecznych słowach wyraził koncernowi SoleI Boneh
        podziękowanie za planowe i terminowe zrealizowanie tak gigantycznego zadania
        inwestycyjnego oraz poinformował obywateli, ze Tel Awiw będzie odtąd używał
        tytułu " Wenecji Bliskiego Wschodu".
        ___________________________________________________________________________
        (1)Izrael jest jedynym państwem, do którego każdy wariat może bez najmniejszych
        przeszkód przyjechać, żadnemu natomiast nie wolno wyjechać -podobno dla- tego,
        żeby nie zrobił nam wstydu.

        (2)Największe i najbardziej ruchliwe skrzyżowanie wielkiego, ruchliwego miasta
        w rozwijającym się kraju; odpowiada mniej więcej skrzyżowaniu Times Square w
        Nowym Jorku w godzinach szczytu.

        (3)Dosłownie "osioł". W mowie potocznej: "Takiego durnia jak pan jeszcze nie
        spotkałem".

        (4)Centrala związków zawodowych (przyp. tłumacza).


    • Gość: Kasia E.Kishon PAŃSKI NUMER POKOJU, SIR? IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 07:35
      Ephraim Kishon
      PAŃSKI NUMER POKOJU, SIR?
      (tłum Stanisław Lewański)

      O konkurowaniu z Wenecją nikt z nas poważnie, rzecz prosta, myśleć nie może, z
      tego chociażby powodu, ze po naszych ulicach można stosunkowo łatwo poruszać
      się pieszo. Pod tym względem nie jesteśmy atrakcyjni. Tym, co nas mimo wszystko
      czyni przedmiotem zainteresowania ze strony międzynarodowego ruchu
      turystycznego, jest fakt, ze zamieszkujemy okolice, które dla wiernych wielu
      wyznań uchodzą za Ziemią Świętą: dla Żydów jest to kraina ich przodków, dla
      chrześcijan -kraj, w którym żył Nazarejczyk, dla muzułmanów -kraj, w którym
      działał Legion Arabski, dla Amerykanów -kraj ropy naftowej.
      Najpiękniejszy, najatrakcyjniejszy kraj nie znaczy wszakże nic, jeśli nie
      dysponuje luksusowymi hotelami. Skoro więc jakiś bogaty Żyd chce pomóc krajowi
      swych przodków, to buduje tam tego rodzaju hotel. Jest to poza tym bardzo
      korzystna inwestycja. Cudzoziemiec w podróży o niczym innym nie marzy, jak
      tylko żeby być naciąganym przez tubylców. Od tej reguły nie ma wyjątków także w
      Państwie Izrael. Biada miejscowemu Żydowi, jeśli odważy się stanąć w takim
      hotelu.
      Ja sam popełniłem kiedyś ten grożący bankructwem błąd. Udało mi się mianowicie
      w sposób zgoła nieoczekiwany wyrwać z pazurów urzędu skarbowego trochę funtów,
      postanowiłem więc urządzić sobie za to wczasy -takie z rozmachem, luksusowe.
      Mój wybór padł na "Super-de-Luxe-Hotel" posiadający własną plażę, własny plac
      golfowy, własne tereny krykietowe i, jak zobaczymy, wiele jeszcze innych
      własnych rzeczy.
      Paź w onieśmielająco wykwintnej liberii otworzył drzwi mojej taksówki i
      zapytał :
      -Pański numer pokoju, sir?
      -Tego jeszcze nie wiem -brzmiała moja odpowiedz. -Dopiero co przyjechałem.
      Paź skierował mnie do wyłożonej marmurami recepcji, gdzie jakiś wyższy agent
      służb tajnych podał mi do wiadomości mój numer pokoju: 157. Numer został
      niezwłocznie wniesiony przez pazia do notesu. Tajny agent wręczył mi wysadzany
      diamentami klucz z dwudziestoczterokaratowego złota.
      Wkroczyłem do pokoju numer 157 i począłem się rozpakowywać. Gdy zapragnąłem
      umyć ręce, zauważyłem, ze brak mydła. Zadzwoniłem po niewolnicę. Przyniosła mi
      zawinięte w celofan, importowane z Hollywood mydełko, i zapytała:
      -Pański numer pokoju, sir?
      -157 -odpowiedziałem. Służebnica wyciągnęła notes i starannie wpisała na nowej
      kartce: „157”.
      Po umyciu rąk udałem się do sali konsumpcyjnej hotelu, gdzie - nie
      naprzykrzając się zbędnymi pytaniami -postawiono przede mną filiżankę herbaty i
      dwie grzanki. Ponieważ bardzo lubię grzanki, poprosiłem o jeszcze jedną.
      -Numer pokoju? -zapytał kelner z wyniosłością właściwą dyplomatom tuz przed
      odejściem na emeryturę. Moje ,,157" zostało starannie zanotowane.
      W drodze powrotnej do pokoju ośmieliłem się zapytać generała brygady,
      pełniącego tu służbę portiera, o dokładny czas:
      -Mój numer pokoju 157 -powiedziałem. -Która godzina? -Piąta trzydzieści dwie -
      odpowiedział brygadier i wniós1 numer 157 do grubej księgi.
      Przebierając się do kolacji zażądałem szczotki do ubrania (157),a później
      poprosiłem o DDT przeciwko moskitom (157). Ponieważ ciągle księgowanie mojego
      numeru zaczęło mnie zwolna denerwować, udałem się do sali audiencjonalnej
      dyrektora hotelu i poprosiłem o przyjęcie.
      -Czemuż, o Panie -zapytałem -przy każdej okazji muszę podawać numer pokoju?
      Jego Lordowska Mość zmierzyła mnie wyniosłym spojrzeniem i odrzekła w chłodnej
      oksfordzkiej angielszczyźnie:
      -Wszelkie świadczenia nie objęte ryczałtem wstawiane są do rachunku końcowego,
      sir. W związku z tym nasz personel musi być bieżąco informowany o numerach
      pokojów naszych gości. Jaki jest pański numer, sir?
      -157.
      -Dziękuję, sir -odrzekła Jego Lordowska Mość i zanotowała: "Inf. dla nr 157".
      157 stało się jakby motywem przewodnim moich dni. Nie śmiałem wręcz odezwać się
      do kogokolwiek, zanim nie podałem swego numeru. Gdy zamówiłem raz szklankę soku
      grejpfrutowego i nie dostałem, pozwoliłem sobie zwrócić kelnerowi uwagę, by
      rozważył, czy nie powinien wpisać do notesu uwagi: "Nie pod. grejpfr. dla 157".
      Także ceremonie przedstawiania się przebiegały według innych manier. Rzec by
      można -więziennych. Gdy przedstawiałem się komuś, nie wymieniałem nazwiska,
      lecz mówiłem:
      -157. Bardzo mi przyjemnie.
      -Mnie również -odpowiedział książę Weingartner, szef recepcji, wpisując
      niezwłocznie w notesie: "Przedst. nr 157".
      Nagle jednak sytuacja całkiem się zmieniła. Siedziałem właśnie na Tarasie
      Ametystowym i głęboko wdychałem pełne ozonu powietrze wieczorne, gdy zbliżył
      się do mnie jeden z nadzorców trzymając w ręku notes.
      -157 -powiedziałem.
      -Wspaniale powietrze. -57- zanotował nadzorca. -Dziękuję, sir.
      Już chciałem sprostować pomyłkę, gdy nagle jakaś tajemnicza siła mnie od tego
      powstrzymała. Dziwaczne myśli zaczęły krążyć w mej głowie i koncentrować się
      wokół całkiem nowych, wielce obiecujących możliwości. ..
      Wieczorem w restauracji zamówiłem ekstra dużą, ekstra wysmażoną porcję wątróbki
      cielęcej.
      -Numer pokoju? -zapytał kelner, były pułkownik kró1ewskiej gwardii przybocznej .
      -75 -odpowiedziałem.
      -75 -zanotował pułkownik. -Dziękuję, sir .
      Tak to się rozpoczęło i dzięki temu prostemu odkryciu mogłem realizować w ciągu
      następnych dni takie życzenia, o jakich przedtem zdarzało mi się marzyć we śnie.
      Dwa razy popłynąłem sobie specjalnie dla mnie wynajętym luksusowym jachtem
      (75), trzy razy zachciało mi się oglądać indyjskie tancerki brzucha (75), raz
      występ trupy liliputów (75). Nie było dla mnie rzeczy zbyt luksusowej. Jeśli
      już się jest na wczasach, nie wolno być małostkowym. Kto jest małostkowy, niech
      siedzi w domu albo hoduje cytryny.
      Po dwóch wspaniałych tygodniach opuściłem hotel. Książę Weingartner wręczył mi
      rachunek kontrasygnowany przez Jego Lordowską Wysokość Dyrektora Hotelu.
      Opiewał wszystkiego na 390 funtów. W tej kwocie mieściły się już wszelkie
      świadczenia nie objęte ryczałtem: mydło (5,- ), informacja (3,10), wdychanie
      powietrza wieczorem {4,90) i kilka innych drobiazgów.
      Męskim uściskiem dłoni pożegnałem personel. Generałowi brygady wręczyłem 100
      funtów, jego adiutantowi -50 funtów * .
      Gdy wsiadałem do taksówki, w recepcji rozegrała się przykra scena. Pewien
      gruby, łysy pan dostał napadu szalu. Rwał na strzępy różnego rodzaju rachunki,
      a z jego nieskoordynowanych okrzyków wynikało, ze ani mu się śni płacić 2ó00
      funtów za 29 porcji smażonej wątróbki, której ani nie zamawiał, ani nie
      spożywał. Było w tym cos zawstydzającego.
      Czy naprawdę nie można takich drobiazgów załatwiać inaczej, jak tylko
      nieopanowanym krzykiem?
      ______________________________________________________________________
      (1)Personel w izraelskich hotelach luksusowych używa wyłącznie Oxford English,
      dlatego amerykańscy Żydzi muszę posługiwać się tłumaczami. W ostateczności
      jednak obie strony mogą się porozumieć w jidysz.
      (2)W Izraelu nie ma zwyczaju dawania napiwków, ponieważ według poglądów gości
      uchybiałoby to godności osobistej personelu, pojętej w sensie takim, jak to
      jasno formułuje definicja ONZ. Poglądy kelnerów nie są tak dogmatyczne.

    • Gość: Kasia E.Kishon JESTEŚMY Z ZARZĄDU MIEJSKIEGO IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 07:41
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      Przez dwa tysiące lat diaspory cierpieli Żydzi ucisk od obcych władców, obcych
      urzędników, obcych urzędów. Nic dziwnego, że teraz, gdy mają własne państwo,
      zbudziła się w nich potrzeba odgrywania roli władzy samemu. Oto mały przykład
      takiej prywatnej inicjatywy:

      JESTEŚMY Z ZARZĄDU MIEJSKIEGO

      Znów ja i mój przyjaciel Jossele -jeśli chodzi o sztukę wałkonienia czempion
      klasy światowej -szwendaliśmy się od kawiarni do kawiarni, zgoła nie mając
      pojęcia, co robić z resztą tak pięknie rozpoczętego popołudnia. Już mieliśmy
      się rozstać z powodu braku perspektyw na jakąkolwiek godziwą rozrywkę, gdy
      nagle Jossele wpadł na pomyśl:
      -Wiesz co? Zabawmy się w grę "My jesteśmy z magistratu". Po czym wciągnął mnie
      do najbliższej bramy i zadzwonił do pierwszych z brzegu drzwi. Gdy nam otwarto,
      wepchnął mnie do środka i sam wszedł także.
      -Szalom -powitał gospodarzy. -Jesteśmy z zarządu miejskiego.
      Gospodarz zbladł, objął ramieniem żonę i zapytał o powód naszych odwiedzin.
      -Pan zaniedbał podać nam liczbę siedzisk w pańskim mieszkaniu -rzekł Jossele i
      wyciągnął z zewnętrznej kieszeni marynarki kilka papierów, listów,
      niezapłaconych rachunków itp. -Pańskie deklaracje od dłuższego już czasu były
      podejrzane, łaskawy panie.
      -Jakie deklaracje?
      -Pańskie deklaracje podatkowe odnośnie do stanu zasiedziskowania lokalu. Każda
      jednostka siedziskowa winna być zapodana - nie czyta pan gazet?
      -Ja... ja... -jąkał się obwiniony. -Ja przyznam się, gdzieś...cos takiego
      czytałem. ..A1e myślałem, ze to dotyczy tylko lokali biurowych.
      -Czy moglibyśmy przeprowadzić wizją lokalną? -zapytał Jossele z wyszukaną
      grzecznością.
      Zlustrowaliśmy mieszkanie i zanotowaliśmy cztery fotele w gabinecie, po dwa
      krzesła w obu sypialniach i jeden taboret ukryty pod stołem kuchennym.
      Towarzyszyli nam przerażeni gospodarze.
      -Czy macie państwo w domu wiadro? -zapytał z kolei Jossele.
      -Tak. Jedno.
      -Odwrócone dnem do góry uważa się za siedzisko rezerwowe. Jossele odnotował
      wiadro jako nadwyżkę.
      Gospodarz wpadł w szal :
      -Tego już za wiele! Jakbym nie dość płacił wam podatków!
      -Czego pan chce ode mnie? -replikował Jossele z niewinną miną. -Ja jestem tylko
      takim małym, malutkim urzędnikiem, który musi wykonywać obowiązujące instrukcje.
      Po czym, spojrzawszy współczująco w oczy obiektowi swych instrukcji,
      poinformował:
      -Cały kram będzie pana kosztował cos tak około 270 funtów.
      Pani domu, wyraźnie ta bardziej trwożliwa polowa małżeństwa, chciała uiścić
      należność natychmiast. Jossele odmówił przyjęcia pieniędzy .Nie był w stanie na
      miejscu ob1iczyć odsetek i kar za zwloką.
      Potem pożegnaliśmy się.
      W następnym mieszkaniu zarejestrowaliśmy wszystkie dziurki od klucza i
      obłożyliśmy gospodarzy podatkiem 390 funtów w skali rocznej .
      W ciągu godziny obsłużyliśmy w ten sposób cały dom. Cokolwiek by się przeciwko
      naszemu magistratowi rzekło, trzeba jednak przyznać, ze dzięki niemu można
      niekiedy spędzić całkiem interesujące popołudnie.
    • Gość: Kasia E.Kishon REAKCJA ŁAŃCUCHOWA IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 07:54
      EPHRAIM KISHON „REAKCJA ŁAŃCUCHOWA”
      (tłum. Stanisław Lewanski)

      Nikt nie zmusza imigrantów, aby dla idei wstępowali do kibuców. Nasz nieduży
      kraik oferuje szerokie i lukratywne perspektywy także inicjatywie prywatnej .
      Gdy na przykład rozejdzie się pogłoska, ze jakiś nowo przybyły Żyd otrzymał
      zezwolenie na przywóz pudelka igieł, cały iglany rynek izraelski popada w dziką
      panikę. Pudełko igieł zaspokaja potrzeby tego kraju na pięć lat. W takich
      wypadkach nasi geniusze finansowi (a mamy takich, nie tylko wojskowych!)
      znajdując natychmiast równie genialne rozwiązanie. Zazwyczaj wykupując ze
      bezcen cały zapas igieł na spanikowanym rynku, a pudełko imigranta
      ostentacyjnie zatapiając w morzu. Po czym śrubując marzę zysku i zarabiając
      krocie. Należy zauważyć, ze przy tej operacji wcale nie jest konieczne, aby w
      pudelku imigranta faktycznie znajdowały się igły. Chodzi o to, zęby jakieś
      pudełko albo w ogó1e jakiś przedmiot podobny do pudelka został wrzucony do
      morza.
      Przeważnie kupcy i rzemieślnicy nie ciesząc się w tym kraju takim szacunkiem
      jak choćby w Stanach Zjednoczonych. Prawdopodobnie dlatego, ze w stosunkach z
      klientami nie zawsze bywając równie poprawni jak Amerykanie. Nigdy nie zapomnę
      tego szewca z Bronxu, który wywiesił w swoim oknie ogromny plakat z
      napisem: "Naprawiam buty, podczas gdy klient czeka". Zreperował mi obuwie w
      ciągu trzech miesięcy i nie da się zaprzeczyć, ze w ciągu tych trzech miesięcy
      istotnie czekałem na swoje buty. Amerykańscy rzemieślnicy Są bardzo słowni.
      W Anglii każdy ojciec wie mniej więcej, kim będzie jego syn: piekarzem,
      przemysłowcem czy urzędnikiem państwowym, lordem czy socjalistą (albo jednym i
      drugim). Nie u nas takie rzeczy! U nas nawet dorośli nie mając często pojęcia,
      jak będąc zarabiali na życie następnego dnia. Zdarzało się, ze ktoś zagadnięty
      na ulicy o jakiś adres zaczynał od tej chwili zarobkować jako przewodnik
      turystyczny.
      Ja (żeby poruszyć wreszcie interesujący nas temat), ja produkuję ostatnio
      maszyny pralnicze. Pierwotnie uprawiałem zawód rzeźbiarza, co nie wykluczało
      tez funkcji stróża nocnego, zanim zostałem pisarzem. I byłbym chyba nadal
      elektromechanikiem, gdyby Spieglowie nie zaprosili nas wtedy do siebie.
      Był chłodny wieczór niedzielny, gdy poszliśmy z wizytą do Spieglów. W ciągu
      dwóch godzin wynudziliśmy się tak śmiertelnie, jak nigdy w życiu. Wyznaję to
      niechętnie, bo Spieglowie, szczególnie on -Aurel, są sympatycznymi ludźmi i
      przemiłymi gospodarzami. Ale rozmowa się jakoś nie kleiła i około dziesiątej
      musieliśmy już niemal podpierać powieki zapałkami. O wpó1 do jedenastej
      zrozumiałem, ze jeśli się natychmiast nie poderwę, to zabraknie mi sil nawet na
      obudzenie żony. Mobilizując resztki energii podniosłem się i oświadczyłem
      gospodarzom, ze musimy już ich pożegnać.
      -Nie! Tego nam nie możecie zrobić! -z krzykiem wyrwała się ze swej drzemki pani
      Spiegel. -Po co ten pośpiech?
      -Przykro mi -bąkałem. -Jednakże... koniecznie musimy... Mam bardzo ważne
      spotkanie... interesy... Naprawdę bardzo mi przykro...
      -Nie bądź taki zasadniczy -powiedział Aurel Spiegel. -Tam przecież mogę na
      ciebie trochę poczekać.
      Udało mi się nadać głosowi wiarygodny ton smutku:
      -Sam bym wolał pozostać. Ale cóż robić...Jeżeli się nie pospieszymy, ucieknie
      nam ostatni autobus.
      -A dokąd to się wybieracie tak późno?
      -Do Petach Tikwa(1).Tam się właśnie umówiłem. Niestety...
      -Trudno! -Aurel poddał się. -W takim razie podrzucę was do przystanku.
      -Nie, nie -zaprotestowałem. -Nie fatyguj się! W ogóle proszę sobie nie robić
      żadnych kłopotów!
      -Drobiazg -powiedział Aurel i zaczę1 wkładać płaszcz.
      N a przystanku wysiedliśmy z auta i podziękowaliśmy gorąco Aurelowi za
      przysługę. Odczekawszy kilkanaście sekund ruszyliśmy
      pieszo w stronę domu. Nie doceniliśmy złotego serca Aurela. Już za chwilę
      hamował obok nas.
      -Dokąd? Dokąd, kretyni? Przecież autobus do Petach Tikwa to nie w tę stronę!
      Po czym wcisnął nas, poczciwiec, z powrotem do auta i zawióz1 na właściwy
      przystanek, gdzie nie było ani żywej duszy. Aurel, nie poddając się zmęczeniu,
      starannie zaczął studiować rozkład jazdy. Po chwili ciężkie westchnienie
      wyrwało się z jego piesi:
      -Aj, aj, aj! Ostatni autobus odjechał przed pięcioma minuta- mi. To straszne!
      Spóźnicie się na to ważne spotkanie.
      -Nie szkodzi -starałem się go uspokoić. -Takie ważne to ono znów nie było.
      -No, no! Nie upierałbyś się tak z wyjściem, gdyby nie było ważne...Ale wiecie
      co? Po prostu podrzucę was swoim wozem.
      -O, na to nie pozwolę! -krzyknąłem. -Gościnność tez ma swoje granice!
      -Ani słowa więcej -rozstrzygnął sprawę Aurel. -Oka bym dziś w nocy nie zmrużył,
      gdybym was natychmiast nie odwióz1 do Petach Tikwa.
      I pojechaliśmy. W czasie calej drogi klęczeliśmy z żoną na tylnym siedzeniu,
      tępo patrzeć na oddalające się światła Tel Awiwu, pełni najczarniejszych myśli.
      Petach Tikwa pławiło się w łagodnym świetle księżyca.
      -Jaki adres? -zapytał Aurel i stłumił ziewnięcie.
      Mój umysł zaczął gorączkowo pracować. Jedynym adresem, jaki w Petach Tikwa
      znalem, był hotel Grynszpana (2), i to tylko dlatego, ze kiedyś mieszkał tam
      jeden z moich wierzycieli. Zwróciłem się więc do Aurela:
      -Wysadź nas, proszę, przed Grynszpanem.
      Wreszcie auto przystanęło. Jeszcze raz podziękowaliśmy Aurelowi za jego
      zniewalającą uczynność i wkroczyliśmy do hotelu. Przyjął nas portier nocny -
      jakoś nie najlepiej usposobiony.
      -My tylko na chwileczkę -powiedziałem mrugnąwszy do nie- go. -Zaraz sobie
      pójdziemy.
      Gdy tak staliśmy czekając na definitywny odjazd auta Aurela; nagle moja żona aż
      się zachwiała:
      -On wraca -wyszeptała.
      Drzwi obrotowe zawirowały i wyłonił się z nich Aurel. Wyjaśnił, ze trochę
      przemarzł, i zażądał szklanki herbaty.
      Niezadowolenie portiera podskoczyło o jeszcze jeden stopień.
      -Co się tu dzieje? Kogo pan właściwie szuka?
      -Kto? Ja?
      -Tak, pan.
      -Jeśli m n i e pan ma na myśli, to... umówiłem się tu na spotkanie... No więc
      krótko i węzłowato... muszę z nim zaraz rozmawiać.
      -Jak się nazywa ten gość?
      -Co to znaczy: "jak się nazywa"? Aha, rozumiem... oczywiście... Pan pyta o jego
      nazwisko. Herszkowicz, jeśli się nie mylę. Tak, oczywiście, Herszkowicz. Czy
      pan Herszkowicz już przyjechał?
      -Owszem- odpowiedział portier. -Jest już tutaj.
      -Proszę, niech pan sprawdzi jeszcze raz. On mus i tutaj być. Umówiłem się z nim.
      -Przecież mówię panu, ze jest. Pokój 23.
      -To jest prawdziwy Herszkowicz! Przysiągłbym, ze nie przyjedzie.
      -Ale przyjechał -wycedził portier. Ile razy mam panu , powtarzać, ze on tu jest.
      -Kto jest?
      -Herszkowicz! W pokoju numer 23. Zaraz do niego zadzwonię. -I zanim zdążyłem
      temu zapobiec, chwycił za słuchawkę. -Pan Herszkowicz? Przepraszam, ze
      przeszkadzam. Niestety, muszę pana obudzić... Tutaj jest ktoś, kto pilnie chce
      z panem rozmawiać -zatkał mikrofon dłonią i zwrócił się do mnie: -Herszkowicz
      pyta, o co chodzi.
      -Sprawa osobista -odpowiedziałem. -Ściśle poufna.
      Gdy Herszkowicz zjawił się w piżamie, z na wpół zamkniętymi jeszcze oczami,
      miałem wrażenie, ze kołnierzyk zrobił mi się o dwa numery za ciasny. Na czoło
      mojej żony wystąpiły kropelki potu. Tylko Aurel siedział spokojnie i ze smakiem
      siorbał swoją herbatę.
      Herszkowicz przystąpił do mnie z miną nie rokującą nic dobrego.
      Nagle, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, oblicze mu się rozjaśniło:
      -Halo, stary draniu! -krzyknął rozpromieniony. -Co ty tu robisz? Co za mila
      niespodzianka!
      Przez następną minutę obaj przyjaciele, Herszkowicz i Aurel, zajęci byli
      wzajemnym poklepywaniem się po plecach. W końcu Herszkowicz dowiedział się od
      Aurela, ze to nie on, lecz my jesteśmy tymi, którzy chcę z nim pilnie rozmawiać.
      -Czego pan sobie życzy ode mnie? -zapytał grzecznie Herszkowicz.
      -Hm, to nie jest takie proste. Pali pan?
      -Nie.
      -Ja tez nie. Dawniej to paliłem fajkę, ale mój lekarz...
      -Ja pana bardzo przepraszam, a1e czego pan sobie ode mnie życzy?
      -A więc, panie Herszkowicz.
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon REAKCJA ŁAŃCUCHOWA-dokończenie IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:02
        EPHRAIM KISHON „REAKCJA ŁAŃCUCHOWA”- dokończenie
        (tłum. Stanisław Lewanski)

        -Hm, to nie jest takie proste. Pali pan?
        -Nie.
        -Ja tez nie. Dawniej to paliłem fajkę, ale mój lekarz...
        -Ja pana bardzo przepraszam, a1e czego pan sobie ode mnie życzy?
        -A więc, panie Herszkowicz. ..Mam interes do pana. .. -Jaki interes?
        -Pan przecież wie...
        -Maszyny pralnicze?
        -O, właśnie! -wykrzyknąłem. -Maszyny pralnicze!
        -No tak, teraz rozumiem pański pośpiech -powiedział Herszkowicz. -Natychmiast
        zatelefonuję do Neumanna w Hadera.
        -Proszę, nie teraz -powiedziałem skwapliwie. -Jest późno. Moglibyśmy
        porozmawiać z panem Neumannem rano.
        -Zwariował pan? Rano pan Neumann leci do Mediolanu!
        To mówiąc wykręcił numer i jął się usprawiedliwiać przed najwyraźniej wściekłym
        Neumannem, ze go o tej porze wyciąga z łózka, a1e tu jest człowiek z Tel Awiwu,
        który dopiero co przybył i chciałby od razu sfinalizować całą sprawę.
        W minutę później Herszkowicz wrócił do naszego stolika i zakomunikował nam, ze
        musimy natychmiast jechać do Hadera. Najlepiej będzie -Aurel chyba nie odmówi -
        jeśli pojedziemy tam jego samochodem.
        Aurel zawiózł nas na miejsce. Neumann, jegomość o typowo cholerycznym
        temperamencie, wszedł od razu in medias res i poinformował nas, ze do
        dyspozycji jest jeszcze 30 procent akcji:
        -Kupuje pan? Tak czy nie?
        -Ja... ja chciałbym się jeszcze trochę zastanowić.
        -Jak pan sobie życzy. Neumann powstał. -Ale żeby już mieć pewność, poszukamy
        teraz Weingartnera. Chodź pan.
        -Ja nie potrzebuję żadnego Weingartnera -wykrztusiłem ochryple. -Biorę te akcje.
        Stosy wszelkich możliwych papierk6w podpisywałem jak w malignie. Gdy wreszcie
        miałem to poza sobą, doprowadziłem żonę do przytomności, a o świcie byliśmy już
        w Tel Awiwie.
        W drodze do biura kupiłem gazetę. Tłuste czcionki na stronie tytułowej
        obwieszczały, ze Koncern Przemysłowy Neumanna-Kishona w Hadera założył
        największą w Izraelu fabrykę maszyn pralniczych: Solel Boneh(3) ma 42%
        udziałów, Neumann-28% , ja-30%. Fabryka, według gazety, "wkrótce rozpocznie
        produkcję i całkowicie pokryje zapotrzebowanie Środkowego Wschodu na maszyny
        pralnicze".
        ________________________________________________________________________
        (1)Petach Tikwa leży 12 mil od Tel Awiwu -bardzo daleko jak na Izrael, gdzie w
        pociągach umieszczone są tablice: "Nie wychylać się na Jordanię!".

        (2)Także w Izraelu wszystkie hotele są w żydowskich rękach! Jak to się skończy?

        (3)Solel Boneh jest kapitalistycznym przedsiębiorstwem socjalistycznych
        związk6w zawodowych. Aby jaśniej zdać sobie sprawę z wielkości tego
        przedsiębiorstwa, trzeba wiedzieć, ze Państwo Izrael jest integralnym
        składnikiem Solel Boneh.
    • Gość: Kasia E.Kishon- OLDTIMER IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:05
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      OLDTIMER

      Nowo przybyły do Izraela Żyd może robić co mu się żywnie podoba. W pierwszym
      roku na przykład może wcale nie płacić podatku dochodowego. Niektórzy
      przedsiębiorczy obywatele uczynili sobie z tego nawet całkiem zyskowny
      proceder: co pewien czas opuszczają kraj, by wkrótce powrócić jako nowi
      imigranci. Mimo tych przywilejów imigrant przywykł na wszystko się skarżyć.
      Ten, który się na nic nie skarży, uchodzi za idiotę albo za wielkiego
      kapitalistę. (Tu trzeba zauważyć, ze cały wielki kapitał izraelski dostał się w
      ręce żydowskie. Budzi to zrozumiałe niezadowolenie w szerokich kołach
      społeczeństwa).
      Takie sytuacja imigrantów pozbawionych środków do życia (liczba ich osiąga
      zdumiewająco wysoki poziom!) wcale nie jest najgorsza. Są ludzie, którzy przed
      dwudziestoma laty przybyli tu z jednym kuferkiem i nadal są właścicielami tego
      kuferka. Nazywa się ich "oldtimerami". Wszyscy, gdy byli jeszcze młodzi,
      wycierpieli dla swych ideałów rzeczy nieopisane. Słusznie więc przejawiają
      zdrową niechęć do tych Żydów, którzy przybyli później i -zdaniem oldtimerów -
      prowadzą jedwabny tryb życia.
      Gniew i wstręt wyrażało oblicze pewnego starszego pana, który zatrzymał mnie
      raz przed wejściem do kina:
      -A dokąd ci to tak pilno, Jossele?
      Oświadczyłem mu, ze mam bilet i wybieram się do kina.
      -Bilet do kina -powtórzył z przekąsem. -Ja w twoim wieku to bytem zadowolony,
      gdy mi się udało kupić ogórek na kolację. Ale bilet do kina?! Przed
      trzydziestoma laty nikomu do głowy nie przyszło, żeby się włóczyć po kinach. W
      tamtych czasach to tędy ciągnęły jeszcze karawany jucznych wielbłądów. A z
      bulwaru był widok na otwarte morze.
      -To ciekawe -przyznałem -ale ja muszę jeszcze do domu. -Do domu? -pokiwał
      gorzko głową. -My nie mieliśmy żadnych domów. Brało się parę skrzynek i puszek
      po konserwach, składało się to do kupy, owijało papierem pakunkowym -i takie
      były nasze domy. A meble masz?
      -Takie jakieś byle jakie -byłem już ostrożny. -Przeważnie to siedzimy na
      cegłach.
      -Na cegłach? O cegłach myśmy nawet marzyć nie śmieli! Bo i skąd mieliśmy brać
      pieniądze na zakup cegieł?
      -Nie wiem -wyznałem speszony. -Ale tak prawdą mówiąc, to ja tych cegieł nie
      kupiłem: ja je ukradłem z takiego nie strzeżonego placu budowy.
      -Ukradłem! -w glosie starszego pana dudniło oburzenie. - Ja osiemnaście lat tu
      przeżyłem, zanim się odważyłem ukraść swoją pierwszą cegłę. Pod głową to myśmy
      wtedy mieli tylko piasek. A wodę pijasz?
      -Czasami. Przeważnie tak raz na tydzień.
      -Raz na tydzień? -chwycił mnie za ramiona i potrząsał jak mikserem. -A czy ty
      wiesz, chłopcze, ze wtedy w Jerozolimie za wodą trzeba było płacić żywą
      gotówką?! Język przyklejał ci się do podniebienia, a ty nic! Nie miałeś nawet
      złamanego piastra, żeby kupić szklanką wody, Jossele !
      -Ja nie jestem żaden Jossele -ośmieliłem się zauważyć. - A poza tym, proszą
      pana, ja w ogóle pana nie znam.
      -Nie znasz mnie? -warknął mój rozmówca. -Gdybyśmy my, będąc w twoim wieku,
      pozwolili sobie bezczelnie kogoś nie znać, no, to dostalibyśmy za swoje! Ale
      wam, żółtodziobom, wolno dziś wszystko. Wszystko!
      Po czym odwrócił się i odszedł kipiąc gniewem.
      Czułem się nic nie wart. Ziemia chwiała się pod moimi stopami. Musiałem
      przysiąść na krawężniku. Jakaś taksówka przejechała mnie. Dawniej pionier, żeby
      go taksówka przejechała, musiał leżeć na jezdni osiemnaście do dwudziestu lat.
      Czasy się zmieniły.
    • Gość: Kasia E.Kishon- ŁAŃCUCH BOHATERÓW IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:10
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      Ludzie pytają nas często, jak to jest możliwe żyć w kraju, gdzie przy lada
      okazji można się potknąć o miną albo wpaść na terrorystą. No cóż- do
      wszystkiego można się przyzwyczaić -nawet do tego, że można się przyzwyczaić do
      wszystkiego. Inne narody mają swoje totolotki, my zaś mamy swoją cotygodniową
      nagrodą uznaniową za wykrywanie i rozbrajanie w porą bomb.

      ŁAŃCUCH BOHATERÓW

      Pewnego majowego przedpołudnia udali się państwo Geigerowie do jerozolimskiego
      muzeum na wystawę rzeźby nowoczesnej. Już przy wejściu uwagę pani Geiger
      przyciągnął interesujący obiekt. Była to niewielka, opakowana w czarny plastyk
      paczuszka, przyczepiona taśmą klejącą do ściany i zaopatrzona w długi, chyba
      dziesięciometrowy sznur, na którego końcu pełgał nikły płomyczek, dość żwawo
      zbliżający się do wspomnianej paczuszki.
      Pani Geiger odwróciła się do pana Geigera i rzekła:
      -Czegóż to cl nowocześni artyści dzisiaj nie wymyślą!
      Pan Geiger, bardziej w sprawach sztuki bywały, odpowiedział:
      -Wszystko jest lepsze niż kiczowaty zachód słońca.
      Po czym otworzył katalog wystawy i zaczął szukać tytułu rzeźby. Nie znalazł,
      więc postanowił wnieść reklamację do dyrekcji muzeum. Nie wydaje się przecież
      trzech funtów na zakup bezwartościowej broszury.
      W zasięgu wzroku nie było jednak nikogo, kto mógłby przyjąć reklamację. Pan
      Geiger zlecił zatem wszczęcie poszukiwań swemu siedmioletniemu synkowi Ariemu.
      Ten wszakże wzbraniał się wykonać ojcowski rozkaz, został więc pedagogicznie
      spoliczkowany.
      -Teraz będziesz wiedział, ze gdy ojciec cos każe, to trzeba go słuchać! -
      krzyknął pan Geiger .
      Arie oddalił się pociągając żałośnie nosem, a spotkawszy po drodze jakiegoś
      zwiedzającego zapytał go, gdzie mógłby znaleźć kogoś z personelu.
      -Na pewno piją herbatę w restauracji -brzmiała odpowiedz. Ciągle łkając Arie
      udał się w dalszą drogę. Dotarłszy do restauracji zapytał najpierw kelnera o
      miejsce, gdzie się robi siusi1i. Tam natknął się na policjanta, który widząc
      zapłakane dziecko wziął je za rączkę i odprowadził do rodziców. Przy okazji
      przeciął sznur w momencie, gdy płomyk był już oddalony od pudelka o niecałe
      dwadzieścia centymetrów.
      Krótko mówiąc Geigerowie z dnia na dzień stali się bohaterami narodowymi,
      zwłaszcza Arie, jako ten, który we właściwym czasie sprowadził właściwą pomoc.
      -Naprawdę nie zasługujemy na tyle podziękowań -bronił się pan Geiger na
      zorganizowanej następnego dnia konferencji prasowej. -Spełniliśmy po prostu
      swój obowiązek- nic ponad to. Każdy inny obywatel na naszym miejscu uczyniłby
      to samo.
      Fotografia zbiorowa przedstawiająca rodzinę Geigerów, policjanta i kelnera
      zdobiła strony tytułowe wszystkich dzienników.
      -Dziecko drżało i ledwie mogło mówić -opowiadał kelner . -Od razu zrozumiałem,
      że muszę działać błyskawicznie.
      Z kolei wypłynęła sprawa nieznajomego, który z taką bezbłędną precyzją
      skierował płaczącego chłopca do zbawczej restauracji. Zajęła się tym prasa i
      już następnego dnia były wyniki: stroiciel fortepianów :z Rechovoth -Samuel
      Kaganski, ujawnił się na posterunku policji jako poszukiwany.
      -Nie byłem całkiem pewien czy wskazując dziecku restaurację postępuję słusznie.
      Ale powiedziałem sobie: Kaganski, cos trzeba zrobić! No bo niby jak? Bez
      wahania skierowałem więc chłopca do restauracji.
      Matka Ariego była jeszcze ciągle pod wrażeniem dramatycznych wypadków:
      Mój Boże -westchnęła podczas uroczystego bankietu wydanego przez zarząd miasta
      na cześć rodziny Geigerów. -Jakie to szczęście, że mój brat wysłał nas do
      muzeum tego właśnie dnia.
      Brat pani Geiger, z zawodu elektryk, ogłosił ze swej strony, że sam nigdy w
      życiu w muzeum nie był.
      -Ale co mi szkodziło wysłać tam siostrę i szwagra? -oświadczył dziennikarzom. -
      To chyba ten mój jakiś taki instynkt. No i ten mój patriotyzm. A poza tym, to
      może też i dlatego ich wysłałem, że jeden znajomy reporter dal mi dwa bezpłatne
      bilety.
      Dziennikarz sportowy Jankiel Horowitz, fundator biletów, przyjął objawy
      publicznego hołdu w sposób nieco arogancki:
      -Drobiazgi nie są tu ważne. Ważne jest, że w końcu uratowałem to muzeum.
      Od chwili, gdy w dziennikach ukazało się jego zdjęcie w towarzystwie matki i
      burmistrza, popularność Jankiela Horowitza niepomiernie wzrosła.
      Starsza pani Horowitz otrzymała od burmistrza dyplom honorowy za to, że
      obdarzyła kraj takim synem. Ojciec Horowitza, który też w tym podarunku odegrał
      pewną rolę, błogosławił demonstrantów zebranych pod jego balkonem:
      -Już z tego choćby powodu -powiedział wzruszonym głosem -z tego tylko powodu,
      że urodził się mój syn, warto mi było ożenić się przed czterdziestoma laty.
      Brakującym ogniwem łańcucha jest rabin, który wtedy pobłogosławił małżeństwo
      Horowitzów. Poszukiwania są w toku.
    • Gość: Kasia E.Kishon- POD ZNAKIEM KRZYŻÓWEK IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:15
      Ephraim Kishon (tłum Stanisław Lewański)

      POD ZNAKIEM KRZYŻÓWEK
      Młode pokolenie, urodzone już w Izraelu, cierpi na pewną ciasnotę horyzontów,
      ponieważ z powodu dziwnego położenia geograficznego naszego kraju nie ma on
      żadnego kontaktu z szerokim światem. Sam Izrael wprawdzie znają nasi sabra(1)
      jak własną kieszeń. Ale tak z ręką na sercu -duża to kieszeń?
      Tam, gdzie chodzi o wiadomości i doświadczenie, przybysz z Europy ma wszelkie
      dane, aby wykazać swoją wyższość nad pół dzikimi Azjatami. Najlepsze okazje ku
      temu bywają, jak się zaraz okaże, na plaży. (Niedostatecznie zorientowanych
      Czytelników należy tu poinformować, ze Izrael leży nad Morzem Śródziemnym, i to
      w tak szczególny sposób, ze z każdego dowolnie wybranego punktu wewnątrz kraju
      można się w pół godziny dostać albo nad morze, albo do arabskiej niewoli).
      Nie znam niczego piękniejszego niż leżeć w promieniach słońca na złotym piasku,
      z twarzą zakrytą gazetą, i o niczym nie myśleć. Chyba tylko o tym, ze jutro
      rano muszę dostarczyć do redakcji manuskrypt; ze pan Leicht nie napisał jeszcze
      do rabbiego Zamsza w Hartfordzie, aby w końcu odesłał moje buty; ze płatność
      raty podatku dochodowego jest tuz, tuz; ze zapomniałem odebrać bieliznę z
      pralni, a żona tak na nią czeka, ze wkrótce zostanę powołany na ćwiczenia
      wojskowe, ze ktoś mi ukradł ulubiony długopis, ze od dwóch dni cierpię na jakiś
      szum w uszach, ze Naser dostał właśnie większe dostawy broni od Rosjan. Innymi
      słowy- oddaję się słodkiemu lenistwu, a wokół świat zapada w nicość. Jestem sam-
      tylko słonce i wiatr. No, może jeszcze piłka tenisowa, która od czasu do czasu
      przelatuje ze świstem koło mojej głowy. Poza tym piasek. I komary. I
      wrzeszcząca gromadka słodkich, zdrowych, obdarzonych dźwięcznymi głosami
      aniołków. Prawdę mówiąc -leżeć na plaży to straszna tortura.
      Leżałem więc na plaży przykryty gazetą -ale o tym już mówiłem. Tyle tylko, ze
      teraz to nie było już dokładnie tak. Bo oto jeden z tych pucołowatych
      kryminalistów przystąpił do mnie i ściągając mi z twarzy gazetę zapytał:-
      -Mutar?(2)
      -Proszę -odpowiedziałem.
      Ledwie jakoś udało mi się zmienić moją niewygodną pozycję dzięki temu, ze lewym
      przedramieniem osłoniłem oczy przed promieniami słońca, gdy z hordy szczeniaków
      dobiegł mnie wrzaskliwy okrzyk jakiegoś rudzielca:
      -Ej, proszę pana! Chcielibyśmy rozwiązać krzyżówkę!
      Tego było już za dużo. Nie dość, ze cała ta moralnie zaniedbana banda zrabowała
      moją osłonę, to w dodatku teraz chce mnie pozbawić tej ostatniej przyjemności,
      jaka mi jeszcze pozostała. Rozwiązywanie krzyżówek jest bowiem moim jedynym, a
      zarazem ulubionym hobby, i muszę wyznać, ze naprawdę nie rozumiem, dlaczego od
      dwudziestu lat nie rozwiązałem żadnej .
      -Nie -oświadczyłem twardo. -Krzyżówki nie dotkniecie. Zrozumiano?!
      I postanowiłem oddać się drzemce.
      Niestety -wkrótce przeraźliwy wrzask udaremnił moje zamiary: -Pięć liter,
      idioto! Pięć liter!
      Więc jednak rozwiązywali moją krzyżówkę! Mimo ze im wyraz- nie zabroniłem! Tym
      chuliganom, tym bezprizornym, tym sabra!
      -Czworonożny ssak na pięć liter, także zwierzę pociągowe - mozolił się na głos
      rudzielec, podczas gdy jego kumple trwali w głębokim zamyśleniu.
      -Na początku szło tak dobrze. Ale krzyżówki pod koniec zawsze stają się trudne -
      dał się słyszeć głos jakiegoś innego. -Pięć liter... zwierzę pociągowe... Może
      ty wiesz, co to takiego, Pink?
      Pink nie wiedział. Ale gdzieś ze środka bandy zajazgotało nagle triumfująco:
      -Bawół!!
      Słowo zostało wpisane, nastrój poprawił się znakomicie.
      Przy "trzy poziomo" wyłoniła się nowa przeszkoda:
      -Bohater powieści Dostojewskiego udramatyzowaną wystawia teraz Teatr Habimah.
      Jedenaście liter, pierwsza „a”.
      -Śmierć komiwojażera? -zapytał jakiś żeński członek bandy. Podniósł się krzyk,
      że to jest więcej niż jedenaście liter .
      -Król Lear?
      -Nie bądź śmieszny. Ma się przecież zaczynać na „a” .
      Nie mogłem znieść dłużej tej orgii ignorancji. Jako humanistycznie wykształcony
      Europejczyk od początku wiedziałem, ze nie może tu chodzić o nikogo innego, jak
      tylko o bohatera nieśmiertelnej "Zbrodni i kary". I z tą całą niedbałością
      cechującą duchy prawdziwie wyższe podrzuciłem hordzie właściwe nazwisko:
      -Raskolnikow.
      Milczenie, które nagle zapadło, nie trwało długo. Przerwał je drwiący śmiech:
      -Gdzie tu jest na początku „a”? Gdzie tu jest „a”?
      Honor Europy został wystawiony na próbę. Jeśli natychmiast nie uda mi się
      udowodnić tej azjatyckiej szumowinie całej mojej kulturalnej przewagi, Europa w
      tej części świata będzie już bezpowrotnie skompromitowana.
      -Pokażcie mi tę krzyżówkę -powiedziałem spuszczając nieco z tonu. Skąd tu
      właściwie macie to wasze „a”?
      No jasne! Pod pięć poziomo: stolica kraju południowo- amerykańskiego na cztery
      litery -wpisali "Air's" wstawiając wzorem hebrajskim apostrof zamiast niemego,
      jak sądzili, „e”, a resztę, cale "Buenos", uważając w ogóle za nieważne.
      -Ej, dzieci, dzieci- rozjaśniłem twarz łagodnym, pedagogicznym uśmiechem i
      poprawiłem "Air's" na "Rima", bo „r” potrzebne mi było do Raskolnikowa. -Rima,
      kochane dzieci, jest stolicą Peru. W Europie wie to każdy uczeń szkoły
      podstawowej .
      -Nie Lima? -zapytał bezwstydnie rudzielec. Został jednak natychmiast
      zakrzyczany przez pozostałych, co było czymś w rodzaju votum zaufania dla mojej
      osoby.
      Wsparty aplauzem mogłem teraz przystąpić do wprowadzenia dalszych poprawek,
      niezbędnych do wpisania "Rimy". Na początek poszło „osiem pionowo". Było „lud",
      zmieniłem na „ród".
      -Ród? -znowu ten przemądrzały rudzielec. -Czy jest pan pewien, ze to ma
      być "ród"?
      -Oczywiście, ze jest pewien -wyręczyła mnie jego przyjaciółka, żująca gumę,
      sympatyczna, doskonale wychowana panienka. -Nie przeszkadzaj panu. Życzyłabym
      ci, żebyś miał choćby połowę tych wiadomości co on.
      Skinąłem jej przyjaźnie głową i podjąłem przerwane prace korektorskie. Pięć
      pionowo -jednostka elektryczna -dzięki "Rimie" od razu rozwiązałem jako "molt",
      z czego wynikało, ze siedem pionowo: pojazd wodny -to nic innego, jak
      tylko "trom". Wyznaję, ze w tym momencie nie czułem się zbyt pewnie, ale będąc
      tak blisko końca nie mogłem się przecież poddać.
      -Meksykański ptak drapieżny na pięć liter -zza moich pleców Pink czytał jedno z
      ostatnich już nie rozwiązanych haseł. -Pierwsza litera „b”, ostatnia „t”.
      Wśród ogólnego zachwytu i oklasków zdecydowałem się na "bizot". Osiemnaście
      pionowo: czynności wykonywane przez adwokatów -podałem jako "fnuco", a
      łacińskie słowo oznaczające ołówek -jako "murs". Odtąd nie natrafiłem już na
      żadne trudności! Jugosłowiański port -"Stati". Główne mocarstwo na półkuli
      zachodniej (skrót) -"UTA". Wódz w wojnie trzydziestoletniej – „Wafranyofi”.
      Gdy skończyłem, cala izraelska młodzież leżała u moich stóp. Cóż to za mile,
      wspaniale stworzenia! Te żądne wiedzy dziewczęta, ci inteligentni chłopcy, z
      których słusznie jesteśmy tak dumni. Cala ta młodzież spijała słowa z mych
      warg, wprost modliła się do mnie.
      Dziś sława moja sięga od gór Galilei do Zatoki Akaba. Kto mnie szuka,
      wystarczy, ze zapyta o "chodzącą encyklopedię". Znajdzie mnie
      najprawdopodobniej na plaży, rozwiązującego krzyżówki. A naokoło mnie-sam kwiat
      izraelskiej młodzieży.
      ___________________________________________________________________________
      (1)Sabra- urodzony w Izraelu.
      (2)"Mutar?" znaczy dosłownie: "Czy wolno?". Kiedy jednak posługuje się tym
      słowem jakiś sabra, należy je rozumieć jako "wszelki opór jest bezcelowy".

    • Gość: Kasia E.Kishon -KWIZ IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:20
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      Żydzi znani są jako "Naród Księgi". Byli nim zresztą już wtedy, gdy świat
      dopiero co wyłonił się z chaosu (wydarzenie- trzeba podkreślić- które
      wiarygodnie da się opisać tylko po hebrajsku). Dlatego nasi pobożni mężowie
      przywiązują wielką wagę do znajomości Pisma: pragną, by dziatwa izraelska znała
      je na pamięć -werset po wersecie, zdanie po zdaniu, litera po literze. Każdego
      roku w Dniu Niepodległości urządza się specjalny kwiz biblijny, aby sprawdzić,
      kto w Izraelu zna Księgę Jeremiasza na pamięć najdokładniej. Obawiam się, że w
      tej konkurencji sam prorok nie doszedłby do finału.

      Kwiz
      Łączność pocztowa gra w dziejach Izraela doniosłą rolę już od niepamiętnych
      czasów. Albowiem lud żydowski od dawna żyje w diasporze -dla rozproszonych
      szczepów było zatem rzeczą niezwykłej wagi utrzymywanie stałych kontaktów. Nic
      więc dziwnego, że fala podniecenia ogarnęła całą społeczność izraelską gdy
      Ministerstwo Poczty przy współudziale Ministerstwa Kultury i Oświaty ogłosiło
      Narodowy Kwiz Telefoniczny.
      W całym kraju rozpoczęły się niezwłocznie zmagania eliminacyjne. Wkrótce
      wyłoniono czworo finalistów, którzy następnie stawili się do końcowego boju w
      nowo otwartej Wielkiej Hali Jerozolimskiej. Radio przysłało najlepszych
      sprawozdawców do relacjonowania przebiegu walk. Ci, dla których zabrakło
      miejsca w hali, zasiedli przed odbiornikami trzymając w ręku książki
      telefoniczne.
      Na scenie, wystawiając się na pełne podziwu spojrzenia publiczności, zasiadła
      cała czwórka finalistów. Nie było na sali nikogo, kto by nie zdawał sobie
      sprawy, jaka przeogromna masa wiedzy, jaka doskonała pamięć i jaka błyskotliwa
      inteligencja przywiodła tych czworo na takie wyżyny. Każdy też znał ich z
      nazwiska. Byli to: panna Towah, telefonistka z międzymiastowej, zarazem
      ulubienica publiczności, inżynier Glanz, specjalista-informatyk, profesor
      Birnbaum z Instytutu Elektroniki i Komputeryzacji, oraz poeta Tola'at Shani,
      potomek dynastii szachistów.
      Ja także znalazłem się w tłumie, powodowany chęcią choćby rzucenia okiem na
      bohaterów narodowych. Nastrój był równie uroczysty jak napięty -nawet dyplomaci
      z Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie potrafili ukryć podniecenia. Minister
      Poczty i Komunikacji otworzył uroczystość przemówieniem wprawdzie dość krótkim,
      ale nie pozbawionym górnych tonów:
      -Po raz pierwszy od dwóch tysięcy lat lud żydowski będzie świadkiem tak
      wielkiego kwizu w tak ogromnej hali -zaczął, po czym sięgnął w głąb historii do
      faktów związanych z dzisiejszym wydarzeniem. Odmalował początki instytucji
      pocztowej od gołębia patriarchy Noego, i abrahamowego anioła. Zakończył zaś
      wstrząsającymi rozważaniami na temat, co by się stało z perskimi Żydami, gdyby
      ten zbój Haman (Boże, chroń przed takimi!) dysponował nie siecią ślamazarnych
      gońców na koniach i wielbłądach, lecz telefonem...
      Podobny kwiz odbył się już w roku ubiegłym, niestety -miał charakter
      międzynarodowy. Przybyło wielu zawodników i korespondentów z zagranicy, w
      związku z czym jury poczuło się zmuszone obniżyć poziom i dopuścić także pewną
      ilość pytań całkiem łatwych i błahych: kto wynalazł telefon? jak funkcjonuje
      centralka telefoniczna? kiedy położono pierwszy kabel transatlantycki? i tym
      podobne drobiazgi. Natomiast dzisiejszy konkurs był imprezą ściśle regionalną,
      skoncentrowaną wokół istotnego zagadnienia miejscowych numerów telefonicznych.
      Rektor Uniwersytetu Jerozolimskiego, jako przewodniczący jury, rozpoczął
      zadawanie pytań z zestawu przygotowanego przez specjalną komisji uczonych w
      ciągu mozolnej, ponad półrocznej pracy. Pierwsze pytanie, które padło w
      śmiertelnej ciszy, brzmiało:
      -Jaki jest pierwszy numer na stronie 478 w Hajfie?
      Inżynier Glanz uśmiechnąwszy się lekceważąco udzielił niezwłocznej odpowiedzi:
      -Weinstock, Mosze, ulica Tel Chai 12, telefon 40-5- 72.
      Szum nerwowo kartkowanych książek telefonicznych i nagle burzliwy aplauz, gdy
      trafność odpowiedzi znalazła potwierdzenie.
      Prawdę mówiąc, pierwsze pytania służyły tylko do rozgrzania zawodników. Zostały
      tez przez całą czwórkę żywych książek telefonicznych załatwione z ostentacyjną
      łatwością. Jedynie gdy panna Towah na pytanie rektora: "Ilu Goldenblumów
      zawiera książka Tel Awiwu?" odpowiedziała "sześciu", wydawało się, że czeka nas
      jakaś sensacja:
      -Przykro mi -powiedział rektor -ale widzę tylko pięciu.
      -Szósty -pouczyła go panna Towah -umieszczony jest w dodatku "Abonenci przybyli
      w czasie druku": Goldenblum, Efraim, Levi Icchaka 22, 27-9-16.
      Rektor nerwowo przerzucił kilka stron dodatku, znalazł co trzeba i pełen
      uznania oznajmił: -Zgadza się!
      Moje zdumienie rosło z minuty na minutę. Jeszcze nigdy chyba nie zgromadziło
      się tyle tak głębokiej wiedzy na tak małej przestrzeni. I nic to, że profesor
      Birnbaum nie sprostał następnemu pytaniu, a poeta Tola'at Shani w ostatnim
      dopiero momencie znalazł właściwą odpowiedź na pytanie, które brzmiało:
      -Jaki numer na ulicy Gordona w Tel Awiwie zawiera trzy trójki?
      Żyły na czole poety nabrzmiały i wydawało się, że pękną:
      -Mam! -krzyknął wreszcie. -Mam! Wachsler, Viola, nauczycielka śpiewu, numer 23-
      7-33!
      Nie mógł wprawdzie nasz poeta udzielić informacji na temat numeru domu pani
      Violi, regulamin wszakże przewidywał, że podawanie adresów poszczególnych
      abonentów nie jest obowiązkowe. Tola'at Shani dostał dwa punkty i burzliwe
      brawa.
      Z kolei panna Towah zademonstrowała niezwykłą znajomość aforystyki książek
      telefonicznych:
      -Hasło na stronie 54, Jeruzalem?
      -"Staranne wykręcenie numeru ułatwia połączenie" -odpowiedziała Towah z
      niezrównaną nonszalancją.
      Natomiast inżynier Glanz, ku ogólnemu zaskoczeniu, nie potrafił wymienić firmy
      ogłaszającej się na stronie 356 w Tel Awiwie. Każdy średni, nawet amatorski
      znawca książki telefonicznej wymieniłby natychmiast sklep papierniczy
      Pfeffermana.
      W miarę upływu czasu zaczęły się pojawiać u wszystkich czworga zawodników
      objawy pewnego znużenia. Profesor Birnbaum na przykład przekroczył swój limit
      czasu, zanim przypomniał sobie, który numer ma w środku cyfrę odpowiadającą
      różnicy między cyfrą drugą a pierwszą i ostatnią a przedostatnią. Pytanie
      trzeba było przerzucić na inżyniera Glanza. Ten odpowiedział bez trudu:
      -Gardosz, Zuzanna, Tel Awiw, strona 180, druga szpalta, 29 numer od góry: 23-1-
      67,
      Publiczność zgotowała mu burzliwą owację. Klaskałem i ja, chociaż w tym właśnie
      momencie zaczęły mnie opanowywać pierwsze sceptyczne myśli:
      -Przepraszam -zwróciłem się do sąsiada -do czego właściwie może się komuś
      przydać znajomość każdego numeru na pamięć?
      Zapytany poczuł się dotknięty:
      -Co pan chce przez to powiedzieć mówiąc: "do czego to się może przydać"?
      -Proszę mnie źle nie zrozumieć. Książka telefoniczna jest istotnie czymś
      niezbędnym -z tym się całkowicie zgadzam. Bez książki telefonicznej trudno by
      było przeżyć nawet jeden dzień. Ale czemuż ja mam się tego wszystkiego uczyć na
      pamięć, gdy mogę, jeśli zajdzie potrzeba, po prostu zajrzeć do książki?
      -No, dobrze. Ale gdyby pan któregoś dnia znalazł się na pustyni i nie miał
      książki telefonicznej -co wtedy? !
      -Wtedy nie miałbym też prawdopodobnie telefonu.
      -Ale załóżmy, że pan go ma. I co wtedy?
      -Myślę, że zadzwoniłbym do informacji...
      -Pst! Cisza! -odezwano się karcąco ze wszystkich stron. Kilku sąsiadów
      wmieszało się do naszej rozmowy i określiło moją postawę jako z gruntu
      fałszywą, bezczelną i głupią. Powinienem sobie zdawać sprawę, że siedząca na
      estradzie czwórka gigantów ducha o głowę wyrasta ponad mnie i przeciętny tłum.
      I że każde z tych tam czworga już we wczesnym dzieciństwie oddawało się z
      zapałem staremu żydowskiemu zwyczajowi studiowania każdej litery , każdej
      cyferki, każdego błędu drukarskiego, aż doszło do tych wyżyn ducha, które teraz
      budzą słuszny podziw całego narodu.
      Tymczasem na estradzie rozpoczęła się runda finałowa. Inżynier Glanz stanął
      przed nadludzkim, jakby się w
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon -KWIZ - dokończenie IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:21
        Tymczasem na estradzie rozpoczęła się runda finałowa. Inżynier Glanz stanął
        przed nadludzkim, jakby się wydawało, zadaniem:
        -Jeśli przebijemy szpilką trzecią cyfrę czwartej linijki w drugiej szpalcie na
        stronie 421, to jakie cyfry przebije ona na stronach na- następnych?
        Inżynier Glanz doszedł do Petach Tikwa, strona 505. Tylko 505, bo dalej szpilka
        już nie sięgała. Publiczność patrzyła na Glanza z zapartym tchem. Gdy padła
        ostatnia trafna cyfra, wybuchła burza braw i okrzyków. Mój sąsiad szeptał: -
        Niech będzie chwała Najwyższemu! -Kilku widzów płakało...
        Rektor poprosił o ciszę. Zanim ogłosi nazwisko zwycięzcy, pragnie zadać jeszcze
        jedno pytanie, dodatkowo nadesłane przez premiera. Pytanie brzmi:
        -Co trzeba zrobić, żeby się z kimś połączyć telefonicznie?
        Cała czwórka czempionów popadła w grobowe milczenie. Jedynie panna Towah
        zaczęła mamrotać coś o jakichś wtyczkach i gniazdkach, ale było jasne, że nikt
        nie ma zielonego pojęcia, jak powinna brzmieć właściwa odpowiedź. Po chwili
        nerwowej szeptaniny w gronie zawodników, podniósł się wreszcie poeta Tola'at
        Shani i oświadczył w imieniu swoim i kolegów, że protestuje, ponieważ pytanie
        wykracza poza ramy regulaminowe, gdyż nie da się na nie odpowiedzieć cyframi.
        Zanosiło się na zamieszki wśród publiczności. Przewodniczący jury wybrnął
        jednak zręcznie z sytuacji ogłaszając, że mistrzem książki telefonicznej roku
        1974 został inżynier Glanz, a wicemistrzostwo przypadło pannie Towah. Wśród
        dzikich okrzyków entuzjazmu publiczność wdarła się na podium i na ramionach
        wyniosła swoich idoli z gmachu.
        Postanowiłem natychmiast zatelefonować do domu, żeby przekazać wyniki kwizu
        najlepszej z żon. Niestety -numer telefonu wyleciał mi całkiem z pamięci.

    • Gość: Kasia E.Kishon- OPIEKA SPOŁECZNA IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:28
      Epraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      OPIEKA SPOŁECZNA

      W ciągu dwunastu lat swego istnienia Państwo Izrael przyjęło dwa razy więcej
      imigrantów, niż miało mieszkańców na początku. Co, rzecz prosta, spowodowało
      niejakie trudności. Można sądzić, ze Stany Zjednoczone miałyby także kłopoty,
      gdyby im tak nagle przybyło 340 milionów obywateli. Choćby problem zaopatrzenia
      wszystkich w telewizory. W Izraelu głównym problemem jest oczywiście sprawa
      mieszkaniowa. Bo ileż wreszcie miast można wybudować w ciągu tygodnia? Najwyżej
      dziesięć, no, niech będzie nawet piętnaście. A to tez nie wystarcza.
      Imigranci, głównie Żydzi pochodzący z pustynnych okolic Bliskiego Wschodu,
      otrzymują początkowo tak zwane "Ma'abaroth", czyli prowizoryczne zakwaterowanie
      w blaszanych barakach obozów przejściowych, i pozostają tam później przez cale
      lata. Państwo nieustannie troszczy się o ich istotne potrzeby materialne. Prócz
      tego funkcjonuje cały szeroko rozbudowany aparat opieki duchowej , dbający o
      dobre samopoczucie osiedleńców.
      O tym, ze praca w takim aparacie nie jest czymś tak prostym, jak by się
      wydawało, przekonują poniższe sceny z życia obozowego:
      Osoby
      EWA -wykwalifikowana pracownica Urzędu Opieki Społecznej
      SA'ADJA SZABATAI
      KIEROWNIK OBOZU PRZEJŚCIOWEGO
      ZONA SA'ADJI SZABATAJA
      KIEROWNIK OBOZU (rozglądając się z Ewą po barakach) Musi mieszkać gdzieś tu
      niedaleko. Jaki numer, powiada pani?
      EWA (młoda dziewczyna, biała bluzka, słomkowy kapelusz, wyraźnie przepracowana
      i ile znosząca upal. Taszczy pękatą tekę wyładowaną do granic możliwości
      papierami wszelkich formatów i kolorów. Po długim, nerwowym przewracaniu kartek
      wyciąga wreszcie potrzebne akta) On się nazywa Szabatai. Sa'adja Szabatai.
      Barak 137. Jego żona była u nas ostatnio przed dwoma tygodniami.
      KIEROWNIK A na co się skarżyła?
      EWA (przeglądając papiery) Na... na... właściwie to na wszystko. Zna pan tych
      ludzi?
      KIEROWNIK (kiwa głową, jakby chciał powiedzieć "niestety") Tak, znam ich. To
      bardzo skomplikowana rodzina.
      EWA Jak to?
      KIEROWNIK Zaraz to pani wyjaśnię.
      EWA Momencik, proszę. (wyjmuje notes i długopis) Proszę, słucham.
      KIEROWNIK A więc: Sa'adja Szabatai to chory człowiek i ma liczną rodzinę.
      EWA (notuje) Chory... liczną rodzinę..
      KIEROWNIK ...trzy razy był w szpitalu, trzy razy uciekł i wrócił do nas...
      EWA (pisze) ...trzy razy uciekł...
      KIEROWNIK Te jego cechy sama pani zauważy.
      EWA (pisze) ...sama zauważy...
      KIEROWNIK (uśmiecha się) Czy pani skończyła kursy stenografii?
      EWA (lekko dotknięta) Jestem absolwentkę Szkoły Postępowej Opieki Społecznej .
      KIEROWNIK Gdzie?
      EWA W Ameryce. Byłam na stypendium. Poznaliśmy tam najnowocześniejsze teorie
      psychologiczne.
      KIEROWNIK A jak się to sprawdza w praktyce, u nas?
      EWA (niepewnie) Dziękuję... właściwie to... ja jeszcze nigdy... Pani Szabatai
      ukazuje się w drzwiach blaszaka, przygląda się obojgu nieufnie. Raczej nie robi
      wrażenia kobiety wypielęgnowanej.. Poza tym jest w odmiennym stanie.
      KIEROWNIK Zetknęła się już pani z pracą w obozie przejściowym?
      EWA Dopiero raz.
      KIEROWNIK Kiedy?
      EWA Dzisiaj .
      KIEROWNIK (tłumiąc śmiech) Życzę pani powodzenia. (Do pani Szabatai) Czy pani
      jest żoną Sa'adji Szabataja?
      Pani Szabatai gapi się na niego bez słowa.
      KIEROWNIK To chyba jednak ona... No, spotkamy się później. Życzę wszystkiego
      najlepszego. (odchodzi)
      EWA Miejmy nadzieję, ze mi wszystko pójdzie dobrze. (przygląda się pani
      Szabatai badawczo, pani Szabatai przygląda się badawczo Ewie. Dłuższe milczenie)
      PANI SZABATAI Panienko...
      EWA Mam na imię Ewa.
      PANI SZABATAI Ty jest nowa opieka?
      EWA Tak, to ja. Od tej chwili będę się zajmowała wszystkimi pani kłopotami.
      Pani jest przecież panią Szabatai?
      PANI SZABATAI Kto?
      EWA Pytam, czy pani jest żoną Sa'adji Szabataja.
      PANI SZABATAI Nie, ja jest żona Sa'adji Szabataja.
      EWA Czy można? (siada na kulawej ławce przed barakiem i znowu wyciąga notes)
      PANI SZABATAI Ja nie pisać, panienko...
      EWA Proszę mi mówić Ewa.
      PANI SZABATAI Nie ma chleb, panienko. Nie ma praca. Siedem dziecków, panienko.
      Be'hyat Allah, siedem dziecków, a jedno tu (wskazuje na brzuch). Ben Gurion! *
      EWA (szpera zakłopotana w teczce) Pani Szabatai, czy ktoś z Urzędu Opieki
      Społecznej spisywał już podstawowe dane personalne państwa? (przygotowuje
      formularz i długopis).
      PANI SZABATAI Mój mąż on już przychodzić.
      EWA Świetnie. Zaczekam na niego. (nie bardzo jednak wie, co począć. Zaczyna cos
      pisać, potem to zamazuje, mnie papiery)
      PANI SZABATAI Panienko...
      EWA Ewa. Proszę mi mówić Ewa.
      PANI SZABATAI To jest moja mąż, panienko -Sa'adja, to jest nowa opieka.
      Sa' adja Szabatai, brodaty , orientalny Żyd- okazała postać, skłania się z
      powściągliwą godnością.
      EWA Pan Szabatai?
      SZABATAI Słucham (skinieniem dłoni oddala żonę -ta posłusznie znika we wnętrzu
      blaszaka).
      EWA Czy nie zechciałby pan usiąść? (Szabatai ceremonialnie przysiada się na
      ławce) Pańska żona mówiła mi, ze pan nie ma pracy.
      SZABATAI Nie mam.
      EWA Zna pan jakieś rzemiosło?
      SZABATAI Ja jestem szewc. Nikt mnie nie chce dać roboty.
      EWA Od jak dawna jest pan szewcem?
      SZABATAI Ja jeszcze nigdy nie pracowałem.
      EWA Nigdy?
      SZABATAI Nigdy.
      EWA No tak. A jakiego rodzaju buty pan robi?
      SZABATAI Ja jestem szewc. Ale mnie nikt nie chce dać roboty.
      EWA Czy pan już próbował zatrudnić się; jako szewc?
      SZABATAI Jeszcze nigdy.
      EWA Dlaczego?
      SZABATAI Ja mam słabe serce, panienko. Mnie wolno wykonywać tylko lekką robotę;.
      EWA Czyżby praca szewca była tak wyczerpująca?
      SZABATAI Dla mnie tak. Bo ja nie mam żadnej praktyki.
      EWA (robi notatki) Musi pan w pośrednictwie poprosić o jakąś lżejszą pracę;.
      SZABATAI Nie dadzą mi. Nikt mi nie chce dać roboty. Może pani mi załatwi jakąś
      pracę;?
      EWA To nie należy do moich obowiązków.
      SZABATAI Nie musi należeć. Pani mi tylko da karteczkę;.
      EWA Chwileczkę, panie Szabatai! Żeby nie było nieporozumień: ja nie jestem z
      urzędu zatrudnienia!
      SZABATAI To niech mi pani tylko da karteczkę; **.
      EWA Ja nie mogę; panu dać żadnej karteczki, panie Szabatai. Ja nie mam żadnych
      znajomości w urzędzie zatrudnienia. A moim zadaniem jest ułatwić panu życie i
      pomagać w sprawach wewnątrzrodzinnych. A zatem -co mogłabym dla pana zrobić,
      panie Szabatai? ( wyciąga długopis )
      SZABATAI Pani może mnie dać karteczkę do urzędu zatrudnienia.
      EWA. (traci cierpliwość) Ode mnie pan żadnej karteczki nie dostanie, (opanowuje
      się) panie Szabatai. Ja bardzo proszę. Zbadamy teraz bardzo spokojnie sytuację
      państwa. (rozkłada formularz) Ile dzieci państwo macie?
      SZABATAI Sześć. Szalom, Mordechai, Abdallach, Macal, Chaduba, Szymsze i Uri.
      EWA (notuje imiona) Ale to jest siedem.
      SZABATAI Siedem? No dobra, niech będzie siedem. I dochodzi jeszcze G'ula.
      EWA Kto to jest G'ula?
      SZABATAI Taka jedna stara kobieta. Mieszka z nami. Ona nie może się już ruszać.
      Ona może jeszcze tylko jeść.
      EWA Czy to jakaś pańska krewna?
      SZABATAI Skąd ja mam wiedzieć, czy jest krewna? Ona przyjechała tu z nami. Ona
      musi być krewna, bo by nie mieszkała z nami. Ale ona nie może się w ogóle
      ruszać. Ona opiekuje się naszymi dziećmi.
      EWA Hm... tak... bardzo interesujące, panie Szabatai. Pan ma naprawdę bardzo...
      bardzo dużą rodzinę...
      SZABATAI Czy pani chce mi pomóc, panienko?
      EWA Oczywiście. Po to tu właśnie jestem.
      SZABATAI To niech mi pani da karteczkę.
      EWA (wybucha ) To już przekracza. ..(opanowuje się z trudem) Spokojnie, tylko
      spokojnie, panie Szabatai. Wypełnijmy wreszcie tę pańską kartę informacyjną, a
      potem zobaczymy, co się da zrobić. Kiedy się pan ożenił?
      SZABATAI Kto? Ja?
      EWA Tak, pan.
      SZABATAI Zanim tu przyjechałem.
      EWA Ile pan miał wtedy lat?
      SZABATAI Nie dużo.
      EWA Mianowicie?
      SZABATAI Tak, mianowicie. Tam, gdzie mieszkałem, żenią się bardzo młodo. A ja
      nic od pani nie chcę, niech mi pani tylko da tę karteczkę .To wszystko. Tylko
      taką małą karteczkę ...
      EWA (balansuje na granicy ataku histerycznego) Panie Szabatai! Panie Szabatai!
      Ja już panu mówiłam...
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon- OPIEKA SPOŁECZNA-dokończenie IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:32
        EWA (balansuje na granicy ataku histerycznego) Panie Szabatai! Panie Szabatai!
        Ja już panu mówiłam...Wypełnijmy najpierw pańską kartę, panie Szabatai. Ile
        dzieci było w pańskiej rodzinie?
        SZABATAI Sześć.
        EWA (notuje) Sześć.
        SZABATAI I jedno jeszcze nosi teraz moja żona.
        EWA Panie Szabatai! Ja pytam o rodzinę pańskich rodziców.
        SZABATAI Rodzinę moich rodziców? Ja nie znam nikogo.
        EWA A miał pan duże rodzeństwo?
        SZABATAI A czemu miałem nie mieć?
        EWA Ile tego było?
        SZABATAI To wcale nie takie proste, panienko. Mało kto z nich żyje.
        EWA Niech pan sobie jednak przypomni, panie Szabatai. To bardzo ważne.
        SZABATAI To jest ważne? Ja się pytam, czemu to ma być ważne! Ja pani powiem, co
        jest ważne: ważna jest karteczka!
        EWA (załamana) Panie Szabatai, bardzo pana proszę...
        PANI SZABATAI ( wynosi z baraku mały stolik, nakrywa go ręcznikiem i stawia na
        nim szklankę herbaty) Proszę, panienko.
        EWA (zamierającym głosem) Niech pani do mnie mówi Ewa...
        PANI SZABATAI ( odsuwa się o kilka kroków i zastyga w bezruchu)
        EWA (pociąga ze szklanki łyk herbaty i nabiera trochę siły) Panie Szabatai. Jak
        mam panu pomóc, kiedy pan mi jeszcze nie udostępnił najbardziej podstawowych
        danych personalnych?
        SZABATAI Jak proszę?
        EWA Moim zadaniem jest przestudiować pańską sytuację socjalną i pomóc panu w
        przezwyciężeniu trudności adaptacyjnych, na które się pan może natknąć jako
        imigrant.
        SZABATAI Jak to? (Pani Szabatai słucha słów Ewy z rosnącą paniką)
        EWA Po prostu. Pańskie dzisiejsze kłopoty tkwię korzeniami w okolicznościach,
        które kształtowały pańskie dzieciństwo. Załóżmy na przykład, ze w dzieciństwie
        ukąsił pana wąż. (Szabatai usiłuje zaprotestować) Oczywiście, wiem: pana żaden
        wąż nie ukąsił.
        Ale przyjmijmy, ze tak się zdarzyło. I co wtedy? Miał pan chwilkę strachu, a
        potem powoli, powoli zapomniał pan o całej tej historii. Tymczasem w pańskiej
        wrażliwej, dziecięcej psychice pozostał głęboki ślad. (pani Szabatai wydaje
        dziki krzyk i ucieka do baraku) SZABATAI Co to za dziecko, co pani o nim mówi?
        EWA To pan. Kiedy pan był jeszcze dzieckiem. Pan sam.
        SZABATAI Zgoda, niech i tak będzie.
        EWA Właśnie. I co się teraz dzieje? Dużo później, po wielu latach, widzi pan
        nagle węza, który się owija wokół nogi pańskiego łóżka...
        SZABATAI Niech pani wypluje to słowo. Tu nie ma na szczęście węzy. Ale nie ma
        tez tutaj pracy.
        EWA Nie mówimy teraz o pracy!
        SZABATAI Panienko! Panienka da mi tylko taką malutką karteczkę...
        EWA (robi się. purpurowa, zaczyna bełkotać, wreszcie z trudem odzyskuje
        równowagę.; od tej chwili mówi bardzo wolno i dobitnie) Panie Szabatai. Czy pan
        rozumie, co ja do pana mówię? Jeśli mam panu pomóc, musimy się wzajemnie
        poznać. Musimy się zaprzyjaźnić i zacząć współpracować z sobą. Niech pan
        zauważy, ze ja, kiedy tu przyszłam, to najpierw się panu przedstawiłam:
        powiedziałam, jak się nazywam i kim jestem. Zgadza się, panie Szabatai?
        SZABATAI Zgadza się, panienko, tak było. Więc jak się pani nazywa ?
        EWA Jak ja się nazywam? Nazywam się Ewa.
        SZABATAI Ma pani męża?
        EWA Nie... jeszcze nie...
        SZABATAI A jak z pracą? Ma pani dużo roboty? Ciężka to praca?
        EWA (trochę. zmieszana) Tak, owszem... Bardzo trudna praca. Ale daje mi wiele
        zadowolenia.
        SZABATAI Rozumiem, rozumiem. Jest więc pani starą panną, która dużo pracuje. A
        rodzinę pani ma?
        EWA Ojca i matkę.
        SZABATAI Niech im Pan Bóg błogosławi. Bogaci?
        EWA Nie. Mój ojciec jest już stary...
        SZABATAI ...i urząd zatrudnienia nie daje mu już pracy, rozumiem. Rodzeństwo?
        EWA Nie mam.
        SZABATAI Biedna, nieszczęsna dziewczyna. Daje pani swoim starym rodzicom jakieś
        pieniądze?
        EWA Oczywiście.
        SZABATAI A jak jest z pani posagiem?
        EWA To przecież nie takie ważne.
        SZABATAI Ale potrzebuje się pani ubrać. A jakieś meble kupić- to co?
        EWA No, tak.
        SZABATAI Widzi pani. A zaręczona pani jest?
        EWA Mam przyjaciela...
        SZABATAI ...i nie macie pieniędzy, żeby się pobrać?
        EWA Nie mamy mieszkania.
        SZABATAI To bardzo niedobrze. Uj, niedobrze. Młodzi, kiedy chcą się pobrać,
        powinni mieć mieszkanie. Zaraz, zaraz- niech pomyślę. ..Niedaleko stąd, we wsi,
        stoją nowe, puste domki. Niech rząd da wam jeden taki.
        EWA To nie dla nas. To są domki dla nowych imigrantów.
        SZABATAI Jak będą chcieli, to załatwią i dla was. Niech pani idzie do swojej
        kierowniczki wydziału, pani Wajsferger, i niech pani jej powie: "Pani
        Wajsferger! Jak ktoś jest młodą dziewczyną, to chce wyjść za mąż. A jak ktoś
        chce wyjść za. mąż, to musi mieć dom. Ja panią proszę, niech mi pani da domek,
        pani Wajsferger!" -i pani Wajsferger da pani karteczkę...
        EWA Ona mi nie da żadnej karteczki. Ona nie może mi dać żadnej karteczki.
        SZABATAI Ona może, panno Ewo. Ona tylko mówi, ze nie może. Synowi mojej siostry
        dala taką karteczkę. Pani potrzebuje mieć tylko cierpliwość ciągle do niej
        przychodzić i mówić: "Pani Wajsferger! Pani da mi karteczkę!" w końcu ona pani
        ją da albo będzie musiała zmienić posadę. Ale to tez nie szkodzi, bo jak
        przyjdzie nowy kierownik, to zacznie pani od początku. Głowa do góry! Pani ma
        prawo mieć dom. Pani ciężko pracuje. Pani robi dużo dobrego dla ludzi. Wszyscy
        opowiadają pannie Ewie kłopoty, a panna Ewa chciałaby wszystkim pomoc. Wszyscy
        chcieliby mieć dużo pieniędzy, ale dla wszystkich nie starcza...
        EWA Pan nawet nie wie, jak bardzo ma pan rację, panie Szabatai.
        SZABATAI Ja wiem. Ja wiem, ze pani może nam pomóc tylko pięknym słówkiem. I to
        jest bardzo ciężko tak nie móc nic więcej .
        EWA Bardzo ciężko, panie Szabatai.
        SZABA TAl Tak, tak. Panna Ewa powinna rozdawać ludziom pieniądze, a sama ich
        nie ma. Ile pani zarabia?
        EWA Niedużo.
        SZABATAI Ado tego ojciec, matka i wesele. Nowej sukni tez pani nie ma?
        EWA Nowej sukni? O tym to nawet nie ośmielam się myśleć. Za sam pokój płacę
        dwadzieścia pięć funtów miesięcznie. A stołować się muszę w restauracji.
        SZABATAI (przerażony) W restauracji?
        EWA (kiwa smutnie głową) A to kosztuje co najmniej dwa funty dziennie.
        SZABATAI (jeszcze bardziej przerażony) Dwa funty?!
        EWA Co najmniej. A poza tym...
        SZABATAI Momencik. (wyciąga z kieszeni notes, zabiera Ewie długopis) Proszę
        mówić dalej.
        EWA Poza tym wystarcza to na jeden posiłek dziennie.
        SZABATAI (oblicza) Dwa funty dziennie... to daje...
        EWA Sześćdziesiąt funtów miesięcznie.
        SZABATAI Sześćdziesiąt funtów! Za jeden jedyny posiłek dziennie!
        EWA Tak. A co zostaje na ubrania? Na kino? Na przejazdy? Panie Szabatai. ..
        SZABATAI Niech pani tylko nie traci nadziei, panno Ewo. Pani jest w trudnej
        sytuacji -to prawda. Ale Pan Bóg pani pomoże i wszystko się ułoży. Panno Ewo,
        ja panią teraz zapytam: czy jak pani była dzieckiem, to czy wtedy ukąsił panią
        jakiś wąż?
        EWA (kompletnie skołowana) Nie...
        SZABATAI Otóż to! Gdyby panią wąż ugryzł, wszystko by się ułożyło inaczej. Mimo
        to niech pani nie traci nadziei, panno Ewo. Nasze państwo jest jeszcze młode i
        jest w nim wielu takich ludzi, którym się równie źle powodzi jak pani.
        Cierpliwości, panno Ewo, tylko cierpliwości. Ludzie Są dobrzy. I w końcu ja tez
        tu jeszcze jestem! (z daleka dochodzi sygnał autobusu)
        EWA (spostrzega całą groteskowość sytuacji, w której się znalazła zawstydzona
        zrywa się z ławki) Pan wybaczy, panie Szabatai, ale muszę biec, bo mi
        ucieknie. ..(teczka jej się otwiera, papiery wypadają na ziemię).
        SZABATAI (pomaga zbierać) Wszystko głupstwo, Ewuniu. Tylko odwagi... Tu ma pani
        moje akta... nie zgubić, bardzo ważne... Pan Bóg pomoże, Ewuniu.
        EWA Dziękuję panu, panie Szabatai... Naprawdę nie wiem jak... Stokrotne dzięki,
        panie Szabatai! (oddala się biegiem)
        SZABATAI (wola za nią) Powodzenia, Ewuniu! I niech pani do mnie przychodzi,
        kiedy tylko będzie pani miała kłopoty! My, Żydzi, musimy się trzymać...
        (zawraca do swojego baraku) Taka dzielna dziewczyna i takie kłopoty. (kiwa
        długą brodą) Aj, aj, aj –biedna opieka socjalna...
        _____________________________________________________________________________
        * Orientalni Żydzi używają wykrzy
        • Gość: Kasia Re: E.Kishon- OPIEKA SPOŁECZNA-przypisy IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:34
          PRZYPISY
          _____________________________________________________________________________
          * Orientalni Żydzi używają wykrzyknika "Ben Gurion!" mniej więcej w takim
          sensie jak Anglicy "Good Lord!"
          ** W szerokich kołach izraelskich panuje przesąd jakoby karteczka, na której
          właściwy człowiek we właściwym momencie napisze właściwe słowo, ma moc
          czynienia cudów. Zdumiewające, ze tak rzeczywiście jest.
    • Gość: Kasia E.Kishon- KIEDY NADEJDZIE TEN DZIEŃ IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:48
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      Lekceważąc fakty życiowe i prawa psychologii dziecięcej ortodoksja żydowska
      dekretuje, że każde dziecko płci męskiej w dniu swoich trzynastych urodzin
      staje się nagle i nieodwołalnie dorosłym mężczyzną. Ten ciężki wypadek losowy -
      zwany Bar Micwa - czczą rodzice takiego cudusia wystawnymi uroczystościami,
      każąc przy tym nowokreowanemu mężczyźnie by poprowadził modły jak doświadczony
      rabin i wygłosił mowę pochwalną na cześć mamy i taty z wyliczeniem wszelkich
      dobrodziejstw, które mu wyświadczyli. W tym dniu dziecko nagle dorośleje, a
      rodzice równie nagle dziecinnieją.

      KIEDY NADEJDZIE TEN DZIEŃ
      O świcie zadzwonił telefon.
      - Halo - odezwał się stłumiony głos męski. - Chciałbym pilnie z panem
      porozmawiać.
      - W jakiej sprawie?
      - Nie przez telefon.
      Było to normalne wejście zwane przez szachistów gambitem żydowskim.
      Zastosowałem obronę sycylijską:
      - Przykro mi, ale dostaję codziennie tuzin takich telefonów, a przeważnie
      chodzi o to, że zbliża się święto Bar Micwa małego Jonasza i trzeba mu napisać
      okolicznościową mowę. Nie jestem w sta...
      - Drogi panie! - przerwał .mi oburzony rozmówca. - Sądzi pan, że budziłbym
      kogoś o tej porze dla takiego głupstwa? Proszę, niech pan przyjeżdża
      natychmiast!
      Podał nazwisko - nie było mi obce: człowiek na świeczniku, gdzieś tak między
      sferami rządowymi a wielkim przemysłem. No cóż - nigdy nic nie wiadomo.
      Wykonawszy tylko niezbędne zabiegi toaletowe, szybko udałem się pod wskazany
      adres.
      Dostojnik oczekiwał mnie przed furtką.
      - Nie mamy ani chwili do stracenia - poinformował mnie surowo, gdy wspinaliśmy
      się po schodach. - Mój syn Jonasz za kilka dni obchodzi swoje święto Bar Micwa
      i potrzebna mu jest mowa. Chciałem zrobić po prostu w tył zwrot, ale gospodarz
      przytrzymał mnie. Głos mu jakoś złagodniał:
      - Niech mnie pan nie zawiedzie, błagam. Jesteśmy bliscy załamania - liczymy
      tylko na pana. Chłopiec kocha nas i uwielbia. I o niczym innym nie marzy, jak
      tylko by nam podziękować za te wszystkie dobrodziejstwa, któreśmy mu
      wyświadczyli. Uważa, że powinien nam szczerze, z całego serca podziękować.
      - Zgadzam się: powinien.
      - Wygłaszając mowę.
      - Którą sam powinien sobie napisać.
      - Niestety - tego to on nie potrafi. Proszę, ja bardzo proszę! - niemal łkał. -
      Pan musi nam pomóc. Tylko taki geniusz jak pan może nas uratować. Oczywiście za
      honorarium, jakiego tylko pan zażąda. Suma nie gra żadnej roli. Ważny jest
      czas. A on nas goni. Każda godzina jest droga. Co ja mówię - każda minuta!
      Niech mnie pan zrozumie. Niech pan wniknie w głąb zatroskanego ojcowskiego
      serca! - i zabierał się do klęknięcia przede mną. Przeszkadzając mu w tym
      poczułem jak wewnętrznie mięknę. On też to zauważył:
      - Tylko taka mała, króciutka mówka. Pełna jednak uczucia i kipiąca synowską
      wdzięcznością. Jeśli można - rymowana. Bo ileż to razy w życiu ma się to swoje
      święto Bar Micwa? Jeden jedyny raz! Pan nie może nam odmówić.
      Rzeczywiście nie mogłem. Stroskane serce ojcowskie zwyciężyło mnie.
      - Na kiedy chciałby pan mieć rękopis?
      - Na wczoraj. Rozpaczliwie jesteśmy spóźnieni.
      - Potrzebuję co najmniej dwóch dni...
      - Wykluczone! - mój zleceniodawca drżał z przerażenia. Niechże pan pomyśli:
      dziecko musi się jeszcze nauczyć tekstu na pamięć! Dziś wieczór, zaklinam pana!
      Dziś wieczór!
      - No dobrze. Powiedzmy- o dziewiątej.
      - Wpół do dziewiątej! Podwajam stawkę, jeśli pan zdąży do ósmej trzydzieści.
      Na pożegnanie omal mnie w rękę nie pocałował. A gdy dochodziłem do bramy,
      jeszcze wołał za mną:
      - O ósmej! Niech pan tylko nie zapomni: najpóźniej o ósmej ! W domu najlepsza z
      możliwych żona powitała mnie wiadomością, że przed chwilą ktoś dzwonił i
      powiedział tylko trzy słowa: "za dziesięć ósma". Poprosiłem ją o zaparzenie
      szczególnie mocnej, szczególnie czarnej kawy i zabrałem się do dzieła.
      Najpierw postanowiłem wniknąć w istotę młodzieńczych wzruszeń i uniesień, które
      musiały niewątpliwie kłębić się w piersi Jonasza z okazji uroczystości. Jak
      mógłby te uczucia wyrazić? Może tak:
      Od pierwszego mego krzyku
      Macie ze mną trosk bez liku.
      Niechaj zatem dzięki moje
      Opromienią was oboje.
      Może trochę sucho, ale przecież nie bez tej wymaganej wdzięczności i szacunku.
      Jak na początek - obleci.
      Podczas gdy łamałem sobie głowę nad dalszym ciągiem, pojawił się goniec z
      bukietem róż i karteczką: " Wszystkiego najlepszego. Proszę na wpół do ósmej!
      Druga zwrotka brzmiała:
      Droga Mamo, drogi Tato!
      Syn Wam dzięki składa za to,
      Że tak bardzo się troszczycie,
      Abym miał jedwabne życie.
      Następnego zakłócenia pracy doznałem za pośrednictwem telefonu:
      - Jak idzie? - dowiadywał się stroskany ojciec. - Ma pan już może coś gotowego?
      Odczytałem wyniki swojej dotychczasowej pracy.
      - Niezłe - pochwalił. - Ale uważam, że imię chłopca powinno być w jakiś sposób
      zrymowane. On nas uwielbia wprost do szaleństwa. Siódma dwadzieścia?
      - Zrobię wszystko, co będę mógł - zapewniłem go.
      Wyłączyłem telefon i przystąpiłem do szukania słowa, które by się rymowało
      z "Jonasz". Głupie imię. Nie mogli by go jakoś inaczej nazwać? Tego ich całkiem
      niepotrzebnego potomka? Na przykład Gideon:
      Oto Wasz drogi, syn, Gideon.
      Uczucia do Was wyznać chce on.

      Albo, jeszcze lepiej, Efraim:
      Kocha Rodziców mały Efraim.
      On dziś na dłoni serce swe da im.

      W końcu jednak uporałem się z tym Jonaszem:

      Kiedy wspomnę Tatę, Mamę,
      Łzy wdzięczności płyną same.
      Wam więc z głębi swego łona
      Śle swe dzięki synek Jonasz.

      Tymczasem nadeszło popołudnie i telegram: "więcej uczucia tempo oczekuje
      dostawy o siódmej".
      Powoli zaczęły się pojawiać u mnie oznaki zmęczenia. Po szesnastej zwrotce
      wszedłem pod natrysk i przebywałem tam do dziewiętnastej strofy . Potem
      tworzyłem w wannie. Ale właściwy finał nie dawał się jakoś ułożyć nawet przy
      biurku. Nie było tej końcowej strofy jeszcze i wtedy, gdy o wpół do siódmej
      pojawił się goniec nieziemsko uwielbianych rodziców i stanąwszy mi za plecami
      oznajmił, że nie wyłącza silnika w aucie czekającym na ulicy.
      Pod taką presją udało mi się wreszcie rzucić na papier wersety finalne :
      Kończąc, drodzy rodziciele,
      Do stóp Waszych syn się ściele
      I swój własny wraz z podzięką
      Los powierza Waszym rękom.
      Goniec wyrwał mi papier z ręki i pognał do samochodu. Z przyjemnością
      stwierdziłem, że jeśli o mnie chodzi, to co do minuty dotrzymałem wyznaczonego
      mi terminu. Następnie zapadłem w głębokie, bezmyślne odrętwienie.
      Minęło kilka tygodni, a z banku nie nadeszła żadna informacja, z której by
      wynikało, że mój zleceniodawca przekazał jakieś honorarium. O nim samym też
      jakby słuch zaginął.
      Połączyłem się telefonicznie i zapytałem go, czy z tą sprawą wtedy wszystko
      było w porządku.
      - Z jaką sprawą? - zapytał. - Kiedy?
      Nie bez pewnej dumy przypomniałem się jako autor kunsztownie rymowanej mowy,
      którą młody Jonasz wygłosił na swoim Bar Micwa.
      - Ach, tak - usłyszałem. - Racja. Przypominam sobie. Niestety, nie miałem
      jeszcze czasu, żeby przeczytać pański manuskrypt. Niech pan jeszcze raz do mnie
      zadzwoni.
      - Świetnie. Zgłoszę się jutro. Ósma rano panu odpowiada?
      - Nie ma pośpiechu. Może tak około południa. Albo w przyszłym tygodniu.
    • Gość: Kasia E.Kishon- PREZENTY DLA OJCA I SYNA IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:52
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      Zdarzyło się w końcu, że i nasz syn Amir miał swoje święto Bar Micwa. Przy tej
      okazji udało mi się w ciągu kilku godzin przyjrzeć dokładnie naszemu
      społeczeństwu konsumpcyjnemu.
      PREZENTY DLA OJCA I SYNA
      Amir, mój drugi syn, oczywiście rudy, skończywszy bez większego trudu lat
      trzynaście osiągnął według praw żydowskich oficjalny status mężczyzny.
      Zewnętrznie wyraża się to między innymi w ten sposób, że nowo kreowany
      mężczyzna zostaje w pierwszą sobotę po Bar Micwa wezwany w bóżnicy do
      przeczytania przypadającego na ten dzień wyjątku z Tory. Ponadto też my,
      rodzice, według starego zwyczaju wieczorem tego dnia urządzamy huczne
      przyjęcie, na które zapraszamy licznych, zwłaszcza dobrze materialnie
      sytuowanych przyjaciół.
      Tuż przed uroczystością zwróciłem się do swego dopiero co pasowanego na
      mężczyznę syna, by wyjaśnić mu wagę tego momentu:
      - Pokolenia twych przodków z dumą patrzą na ciebie mój chłopcze. Z dniem
      dzisiejszym spoczęła na tobie obywatelska odpowiedzialność za ten kraj, który
      wreszcie po dwóch tysiącach lat...
      - A propos dwóch tysięcy - przerwał mi mój poczuwający się do odpowiedzialności
      potomek. - Sądzisz, że uzbieramy tyle?
      - Kto mówi o pieniądzach? - skarciłem go ostro. - Kto mówi o jakichś tam
      czekach czy prezentach?! Samo wydarzenie, jego wewnętrzna treść - oto co się
      tutaj liczy. Ta więc duchowa zawartość...
      - Będę więc chyba musiał założyć sobie własne konto bankowe- dokończył Amir
      swoją poprzednią myśl jasno i wyraźnie.
      - Mimo wszystko był jednak trochę niepewny i zakłopotany, gdy pojawili się
      pierwsi goście. Nie bardzo jeszcze panował nad sytuacją i co rusz, ogromnie
      zmieszany, pytał mnie, co ma robić, jak się ma zachować.
      Cierpliwie pouczałem chłopca: - Mów każdemu: "Cieszę się, że pan był tak
      uprzejmy i zechciał przybyć”.
      - A kiedy mi będą wręczali prezenty, to co?
      - Wtedy mów: "Serdecznie dziękuję, ale to naprawdę nie było konieczne”.
      Pouczony przeze mnie Amir stanął na posterunku w pobliżu drzwi. Już z daleka
      wołał do każdego wchodzącego: "Dziękuję, ale to naprawdę nie było konieczne" -
      i pożądliwie wyciągał doń rękę. Gdy otrzymał pierwszy czek opiewający na
      pięćdziesiąt funtów, musiałem chłopaka przytrzymać za łokieć, inaczej
      pocałowałby dobroczyńcę w rękę. Na widok pierwszego wiecznego pióra wpadł w
      ekstazę, a ujrzawszy ekspander niemal wybuchnął łzami radości.
      - Cóż to za wrażliwe dziecko! - zauważyła jego matka. - I jakie subtelne!
      Zbiornica darów została urządzona w pokoju małej Renany, a mój najstarszy syn,
      Raphael, wziął na siebie obowiązek sortownika zdobyczy.
      Atmosfera świątecznej pogody została nieco zmącona, gdy pewien żądny poklasku i
      próżnej chwały przemysłowiec wystąpił ekshibicjonistycznie z czekiem
      wystawionym na kwotę dwustu pięćdziesięciu funtów. Na tle takiej hojności
      zbladły wszelkie kompasy i encyklopedie. Coraz niedbalej mruczał młody
      benefisant swoje "dziękuję... nie było konieczne...", a wkrótce poskarżył mi
      się na dwóch nowo przybyłych, od których nie dostał nic poza uściskami dłoni,
      co istotnie wcale nie było konieczne. Przyjrzałem się dobrze obu bezwstydnikom
      i z bezsilnym oburzeniem stwierdziłem, że skwapliwie przysiedli się do bufetu.
      - Cierpliwości, cierpliwości- pocieszałem stojącego przy mnie i bladego z
      gniewu syna. - Jeszcze przyjdzie koza do woza, jeszcze ich kiedyś dorwiemy!
      Ruszaj na swój punkt kontrolny.
      Na ogół jednak mogliśmy być z prezentów zadowoleni, chociaż można było zarzucić
      ofiarodawcom pewien brak fantazji, co w rezultacie dało pokaźną liczbę
      dubletów. Roiło się od manierek turystycznych, lornetek, piór wiecznych itp., a
      już ekspandery mnożyły się jak króliki. Któż by przypuszczał, że te rzeczy są
      takie tanie.
      Odczuliśmy więc ulgę, gdy Seeligowie wystąpili z plastykowym mini modelem
      składanej motorówki. Amir aż się zapomniał - zamiast zwykłego "dziękuję, nie
      było konieczne" kiwnął z uznaniem głową i powiedział: "Całkiem niezłe!"
      Jeśli o mnie chodzi, to co pewien czas uchylałem się od pełnienia roli
      uprzejmego gospodarza i wpadałem do składnicy, by zrobić inwenturę. Książki
      zostały ułożone w stosy tematyczne: tanie wydania Biblii, podróże, albumy z
      kiepskimi reprodukcjami oraz - osobno - tomik pod zagadkowym tytułem "Za
      listkiem figowym". Był to, jak się później okazało, elementarz wiedzy
      erotycznej dla dorastającej dziatwy. A jeden idiota nie wstydził się podarować
      mojemu synowi "Leksykon humoru", gdzie nazwisko jego ojca nie było nawet
      wzmiankowane. Surowo poleciłem pilnować, żeby się facet nie dorwał do żadnych
      lepszych trunków.
      Podczas krótkiej przerwy w bojach zająłem się jednym z ekspanderów. Przyjemnie
      mi było stwierdzić, że potrafię rozciągnąć dwie sprężyny. Poza tym
      skonfiskowałem jeszcze wieczne pióro. I tak ich było za dużo. Amir wybierze
      sobie po uroczystości też jedno - prawdę mówiąc, to według mnie może sobie
      wziąć nawet dwa - resztę wyłączymy z użytku i oddamy pod moją opiekę.
      Charakter mego rudowłosego syna zmieniał się w sposób niepojęty: chłopiec
      doroślał na moich oczach. Od dawna zaniechał już pozdrawiania nadchodzących
      gości. Nieme oblicze, które ku nim zwracał, oznaczało niedwuznacznie "gdzie
      jest prezent?", a głos, którym dziękował, przybierał zależnie od sytuacji tony
      pomiędzy serdecznością a lodowatym chłodem. Także i tu zachowywał się jak
      prawdziwy dorosły.
      Podczas moich następnych odwiedzin w pomieszczeniu składowym natknąłem się na
      dwa flakony wody toaletowej, dla młodzieńca po prostu bezużytecznej. Ludzie
      mogliby się naprawdę zastanowić, co komu ofiarowują. Złoty długopis i organki
      także zatrzymałem dla siebie. W tym momencie moje czynności porządkowe zostały
      nagle zakłócone:
      - Na miłość boską! - zasyczała najlepsza z żon. - Zajmijże się naszymi gośćmi!
      Zająłem posterunek przy Amirze, który nadchodzących teraz rzadziej gości
      lustrował okiem przydrożnego rozbójnika. Taksował ich przy tym zdumiewająco
      trafnie:
      - Najwyżej osiemdziesiąt - szeptał mi do ucha; albo lekceważąco: - Scyzoryk.
      Około dziesiątej przepędził wszystkich domowników z pomieszczeń magazynowych i
      zamknął drzwi. - Zjeżdżajcie - zawołał. To jest moje.
      Gdy na łodzi od Seeligów odkrył nalepkę z ceną "Funtów izr. 7,25", nie
      omieszkał odszukać ofiarodawcy w tłumie i niemal splunął mu w twarz.
      W tajemniczy sposób pozostał nam na stanie majątkowym niezidentyfikowany co do
      ofiarodawcy tranzystorek ze słuchawkami pod wodę. Kto to mógł nam dać?
      Przelecieliśmy szybko listę obecnych sporządzoną przez Renanę - w rachubę
      wchodziły tylko dwie osoby: nasz dentysta i jakiś nieznajomy w bardzo pstrym
      krawacie. Ale który z tych dwóch? Nieświadomość była tym dokuczliwsza, że
      jednemu winniśmy podziękowanie, zaś drugiemu coś wręcz przeciwnego.
      Z pomocą przyszedł nam niezawodny instynkt Amira. Chłopiec zbliżył się do
      dentysty i kopnął go w piszczel, co nasz stomatolog przyjął pokorą. Nie było
      żadnych wątpliwości: szlachetnym ofiarodawcą był krawaciarz.
      Przykry niesmak wywołał u nas wszystkich prezent od frankfurckiego Żyda Jakoba
      Sinsheimera, mianowicie drzeworyt przedstawiający fragment jego rodzinnego
      miasta. Tym, co nas tak rozgoryczyło, nie była nawet nędzna wartość tego
      bohomazu, lecz dedykacja na jego odwrocie: "Mojemu kochanemu Kobi na Bar Micwa
      od jego wujka Samuela". Wylaliśmy trochę soku malinowego na garnitur pana
      Sinsheimera i poprosiliśmy o wybaczenie.
      Tymczasem Amir witał ostatnich już gości.
      - Hej! - wołał. - Ile?
      Chłopiec wyrósł na prawdziwego potwora. Jego nabiegłe krwią oczy tkwiły głęboko
      w oczodołach, jego szpony drżały z chciwości, a cały wyglądał tak odrażająco,
      że odwróciłem się od niego czym prędzej i uciekłem do magazynu, gdzie zastałem
      najlepszą z możliwych żonę zatopioną w pamiętnikach Goldy Meir .
      Gdy zostałem już sam, zacząłem liczyć czeki. Wielki Boże, cóż to za
      marnotrawstwo! Tyle pieniędzy w takim biednym kraiku jak nasz!
      Myśl,
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon- PREZENTY DLA OJCA I SYNA-dokończ IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 08:54
        Gdy zostałem już sam, zacząłem liczyć czeki. Wielki Boże, cóż to za
        marnotrawstwo! Tyle pieniędzy w takim biednym kraiku jak nasz!
        Myśl, że mój nieudany syn będzie mógł rozporządzać całą tą sumą, sama w sobie
        miała już coś niepokojącego. Odpaliłem mu kilka czeków opiewających na
        drobniejsze sumy, resztę zabezpieczyłem w portfelu na mej ojcowskiej piersi.
        Nie, nie mam wyrzutów sumienia. To, co uczyniłem, było słuszne I sprawiedliwe.
        Czyż nie zainwestowałem w wychowanie chłopca ogromnych sum? A to dzisiejsze
        wystawne przyjęcie to kto urządził - on czy ja? Ano właśnie. Chce mieć chłopak
        pieniądze niech idzie do pracy. W końcu jest już od dzisiaj mężczyzną.
    • Gość: Kasia E.Kishon- BYŁEM ŚWIADKIEM W RABINACIE IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:05
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      BYŁEM ŚWIADKIEM W RABINACIE
      Znakomitą większość Żydów cechuje ogromne przywiązanie do tradycji. Twierdzi
      się nawet, że przeżycie w diasporze zawdzięczają oni głównie swemu nieugiętemu
      trwaniu przy tradycyjnych obyczajach i surowych przepisach Zakonu. Co do mnie,
      wątpię raczej, czy w jakimś większym stopniu przyczyniłem się do tych
      dziejowych osiągnięć Izraela.
      W centralnej części opowieści, która ma tego dowieść, występuje człowiek
      imieniem Jankiel. Jak żyję, nigdy go przedtem nie widziałem, mimo to w ciągu
      niewielu minut udało mi się doprowadzić do ruiny całą jego przyszłość i całe
      jego szczęście rodzinne.
      Wszystko zaczęło się owego dnia, gdy pewna, równie jak Jankiel nieznana mi
      kobieta lat około czterdziestu, stanęła w progu mojego domu i zalała mnie
      potokiem słów, który zarówno co do zawartości logicznej, jak i wymogów
      gramatycznych mógł wzbudzić wiele zastrzeżeń, a przemowa prowadzona była w
      tempie zmierzającym nieuchronnie do ostrego ataku duszności:
      - Wybaczy pan, kochany panie, że tak pana tu napadam, nie znamy się przecież,
      ale Jankiel, on musi się ożenić, prawda, przecież pan nie wie, że ja jestem
      rozwiedziona, nieważne dlaczego, on był pijakiem i fundował obcym kobietom
      prezenty, a Jankiel nie pije i on zarabia dobrze, nie miesza się do polityki,
      mieszka w tym kraju od dawna, ma świetną posadę w branży tekstylnej i chciałby
      mieć dziecko, bardzo prędko, bo on nie może czekać, on nie jest w końcu
      pierwszej młodości, ale wygląda młodo, chociaż jest łysy, i ma nawet
      mieszkanie, sama nie wiem gdzie, pan musi nas odwiedzić, pan nie będzie teraz
      taki, żeby nam nie wyświadczyć tej przysługi - prawda?
      - Z całego serca życzę pani wszystkiego najlepszego, droga pani -
      odpowiedziałem. - Niech spłynie na państwa małżeństwo wszelki dostatek i pokój,
      to prawdziwe błogosławieństwo, do które- go ludzkość tak wzdycha. Szalom!
      Szalom! I niech pani da jeszcze kiedyś o sobie znać.
      - Dziękuję stokrotnie, dziękuję panu, ale całkiem zapomniałam panu powiedzieć,
      że Jankiel nie ma tu żadnych znajomych prócz paru starych osadników, ale oni
      nie mogą zaświadczyć przed rabinem, że Jankiel nie był za granicą żonaty, pan
      nie mieszka tu tak długo, pan jest dziennikarzem, to pan mógłby być naszym
      świadkiem (1).
      - Zgoda - powiedziałem. - Zaraz skreślę tych parę słów i dam pani.
      - O nie, to nie wystarcza, wie pan, jeden przyjaciel Jankiela, on dał nam już
      takie pisemne oświadczenie, to jest taki stary kawaler i nawet na papierze
      firmowym Metro-Goldwyn-Mayer z Ameryki, on tam mieszka, ale rabin powiedział,
      że ważne jest tylko osobiste świadectwo i on się musi stawić, ja z góry
      dziękuję panu za uprzejmość, ja jestem entuzjastką pańskich felietonów, ostatni
      był nie najlepszy (2), a więc do jutra, godzina dziewiąta rano przed "Cafe
      Passage" albo jeszcze lepiej wprost przed rabinatem, a teraz przepraszam, muszę
      już iść, nazywam się Szulamith Ploni, było mi bardzo przyjemnie.
      Nie przepadam za tego rodzaju przysługami, bo z nich tylko same kłopoty. Tym
      razem jednak miałem przeczucie, że los dwojga ludzi spoczywa w moich rękach.
      Prócz tego, muszę wyznać, bałem się trochę pani Szulamith Ploni. Następnego
      dnia rano, punktualnie o dziewiątej, znalazłem się więc przed wejściem do
      urzędu starszego rabina miasta, gdzie niecierpliwie oczekiwał mnie już
      atletyczny, łysy mężczyzna:
      - Pan jest świadkiem?
      - Zgadł pan.
      - To niech się pan pospieszy, bo już nas wywoływali. Szulamith też będzie za
      chwilę. Ona szuka teraz wśród przechodniów jakiegoś drugiego świadka. Cała
      parada będzie trwała kilka minut. Pan musisz tylko powiedzieć, że zna mnie pan
      jeszcze z Podwołoczysk, i że ja nigdy nie byłem żonaty. I to wszystko - czysta
      formalność. W porządku?
      - W porządku... Ale - tak całkiem między nami - niech mi pan powie: był pan
      kiedyś żonaty?
      - Nigdy w życiu. Miałem dość własnych kłopotów.
      - Tym lepiej... Ale to miasto... to, co pan je wymienił. Ja go w ogóle nie znam.
      - Chochem!(3) Jest pan dziennikarzem? Niech więc pan opowie cokolwiek - że na
      przykład robił pan reportaż z Podwołoczysk, a ja panu w tym całymi latami
      pomagałem.
      - Ależ panie, przecież nikt w to nie uwierzy.
      - Co to znaczy: nie uwierzy? Pan myślisz, że w rabinacie ktoś ma pojęcie, co to
      takiego jest reportaż?
      - No, dobra... Ale teraz znowu całkiem zapomniałem, jak się nazywa to miasto na
      P.
      - Aj, aj, aj. No, ale jak pan nie może zapamiętać, to powiedz pan, że się znamy
      z Brodów. Brody to też w Polsce.
      To istotnie było łatwiejsze - wystarczyło tylko mnemotechnicznie przypomnieć
      sobie Benjamina Brody, zmarłego prezydenta Światowej Organizacji Syjonistycznej.
      Jankiel przesłuchał mnie jeszcze raz i robił wrażenie zadowolonego. Na wszelki
      wypadek podał mi jeszcze, że nazywa się Kuchman. Nie zdawał sobie sprawy, iż w
      tym momencie los jego był już przesądzony.
      Po chwili Szulamith Płoni przywlokła drugiego świadka. Gdy tylko owinąłem sobie
      starannie głowę pstrym szalikiem(4), wkroczyliśmy do kancelarii rabina i
      stanęliśmy przed obliczem brodatego, dostojnego patriarchy, spoglądającego
      przez grube okulary i mówiącego twardym, aszkenazyjskim akcentem.
      Rabbi powitał mnie serdecznie - najwyraźniej wziął mnie, krótkowidz, za
      oblubienicę. Sprostowałem pomyłkę, a rabbi, wpisawszy do ogromnej księgi
      personalia narzeczonych i świadków, zwrócił się znowu do mnie, jakby tu właśnie
      upatrywał najsłabszego ogniwa łańcucha.
      - Od jak dawna znasz narzeczonego, synu?
      - Od trzydziestu sześciu lat, rabbi.
      - Czy zdarzyło się kiedyś, że choćby przez krótki czas nie żyliście ze sobą w
      zgodzie?
      - Nigdy, rabbi, ani przez minutę.
      Wszystko szło planowo. Rabin przełknął Brody gładko, istotnie pojęcia nie miał,
      co to jest reportaż, wniósł moje odpowiedzi do księgi, po czym zapytał mnie
      jeszcze raz:
      - Możesz zatem, mój synu, poświadczyć, że narzeczony nigdy nie był żonaty?
      - Nigdy w życiu nie był żonaty.
      - Czy znasz go dobrze?
      - Rabbi, skłamałbym, gdybym ośmielił się twierdzić, że można go znać lepiej .
      - Wiadomo ci zatem, synu, zapewne, czy on pochodzi z rodu kohenickiego ?
      - Oczywiście! On pochodzi z rodu kohenickiego. I to jeszcze jak!
      -Dziękuję ci, synu. Zapobiegłeś wielkiemu nieszczęściu rzekł rabin i zamknął
      leżącą przed nim księgę. - Ten człowiek nie może poślubić tej kobiety. Jeszcze
      żaden kohen(5) nie wstąpił w święte związki małżeńskie z rozwódką!
      Szulamith Ploni wybuchnęła histerycznym szlochem, Jankiel rzucił mi nienawistne
      spojrzenie.
      - Proszę mi wybaczyć, rabbi - zacząłem się jąkać. - Ja w Europie odebrałem
      bardzo świeckie wychowanie i ja nic nie wiem o kohenitach. Proszę, niech pan
      zechce skreślić moją wypowiedź w tej materii.
      - Przykro mi, synu, ale już przepadło.
      - Momencik! - dysząc z wściekłości wyskoczył Jankiel. - To może mnie zechce
      rabbi wysłuchać? Nazywam się Kuchman i nigdy w życiu nie byłem żadnym kohenem!
      Wręcz przeciwnie - ja pochodzę z biednych, o, takich małych, nic nie znaczących
      Żydków - można powiedzieć niewolników, nie żadnych żydowskich arystokratów...
      - To dlaczego pański świadek zeznał, że pan jest kohenem?
      - Mój świadek? Ja widzę tego faceta pierwszy raz w życiu. Skąd ja mogłem
      wiedzieć, że on wpadnie na taki idiotyczny pomysł?
      Rabbi spojrzał na mnie ponad okularami takim wzrokiem, że spuściłem powieki:
      - Tak, to prawda - wyznałem. - Poznaliśmy się dopiero dziś. Ja nie mam pojęcia
      ani kim on jest, ani czym on jest. I o przepisach Zakonu też nie mam pojęcia.
      Ja myślałem, że to mu nie zaszkodzi, jak będzie kohenem. Ja sądziłem nawet, że
      to będzie dla niego dobre-że on dostanie na przykład jakieś ulgi w opłatach
      urzędowych za ślub. Niech pan im, rabbi, pozwoli się pobrać.
      - To jest niemożliwe. Jedynie gdyby narzeczony udowodnił, że nie pochodzi z
      rodu kohenickiego...
      - Czarny rok na mnie - zajęczał Jankiel. - Jak ja mam to udowodnić?
      - A, tego to ja nie wiem. Wiem tylko, że jak dotąd nikomu się to j
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon- BYŁEM ŚWIADKIEM W RABINACIE-dokończe IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:07
        Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
        BYŁEM ŚWIADKIEM W RABINACIE-dokończenie

        - Czarny rok na mnie - zajęczał Jankiel. - Jak ja mam to udowodnić?
        - A, tego to ja nie wiem. Wiem tylko, że jak dotąd nikomu się to jeszcze nie
        udało - powiedział rabbi. - A teraz żegnam, proszę opuścić ten pokój.
        Na ulicy z trudem uniknąłem gwałtownej śmierci. Jankiel przysięgał na swoich
        nic nie znaczących, biednych przodków, że się jeszcze ze mną porachuje, a
        Szulamith zraszała bruk rzęsistymi łzami.
        - Czemuś nam pan to uczynił? -zawodziła- Czemu? Czemuś się pan pchał na
        świadka, kiedy nie miał pan pojęcia, co świadek mówić powinien? Kłamca pan
        jesteś, kłamca, i to zwyczajny!
        Miała rację.
        __________________________________________________________________
        (1)W Izraelu ślubów udziela rabin, który wpierw upewnia się na podstawie zeznań
        wiarygodnych świadków, że oblubieńcy są stanu wolnego i że żadne z nich nigdy
        nie wstępowało w związki małżeńskie. Na ogół wystarczy poprosić o przysługę
        świadczenia któregoś z sąsiadów na zasadzie rewanżu za to na przykład, że od
        czasu do czasu przechowujemy jego masło w naszej lodówce. Zważywszy, że
        życiorysy sąsiadów zna się zazwyczaj niezbyt gruntownie, trzeba przyznać, że
        świadczenie takich przysług bywa niekiedy ryzykowne. Nikt się jednak nie uchyla
        wiedząc, że sam kiedyś może się znaleźć w podobnej sytuacji.
        [2] Bzdura! Właśnie ostatni był szczególnie udany! Tylko że ta prymitywna
        kobieta w ogóle nie zrozumiała puenty.
        [3]"Chochem" znaczy dosłownie "mądry, roztropny człowiek". Niekiedy jednak
        używamy tego słowa w sensie ironicznym - jakby "mądrala". Zwłaszcza, gdy ktoś
        usiłuje dorównać nam rozumem, co jest, rzecz prosta, bezczelnością.
        [4] Według surowych przepisów żydowskich nie wolno w ogóle pokazywać się z
        odkrytą głową. Nawet, jeśli ktoś nie przestrzega tych przepisów zbyt
        skrupulatnie, to jednak przy ceremoniach religijnych musi mieć jakieś nakrycie
        głowy. Pstry szalik, którym się tu posłużyłem, był tylko improwizacją, ponieważ
        kapelusza nie mam w ogóle.
        [5] Kohenowie byli starym rodem kapłańskim Izraela. Od nich pochodzą dzisiejsi
        Cohenowie, Kohnowie, Kahnowie, Kahanowie i Kishonowie. Według Zakonu członkowie
        kapłańskiego patrycjatu nie mogą poślubiać kobiet niższego stanu i rozwódek:
    • Gość: Kasia E.Kishon- SUM-SUM, WUS-WUS IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:12
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      SUM-SUM, WUS-WUS

      Z żołądkiem rzecz ma się jak ze związkiem zawodowym: nie pozwala on sobie
      rozkazywać i krnąbrnie kroczy własną drogą. Stąd liczne komplikacje.
      Gdy przybysz pojawia się w tym kraju, całuje ziemię, na której żyli jego
      przodkowie, rozbija szyby w kilku urzędach, osiedla się na pustyni Negew i jest
      już pełnoprawnym obywatelem Izraela. Ale jego konserwatywny, obciążony
      przesądami żołądek jak był, tak jest nadal węgierski albo holenderski, albo
      turecki, albo jak się tam komu w życiu trafiło. .
      Weźmy pierwszy z brzegu przykład: mnie. Jestem tak starym Izraelczykiem, ze
      moja hebrajszczyzna zalatuje niekiedy akcentem rosyjskim -a mimo to potrafię
      jęczeć z bólu, gdy sobie uświadomię, ze już od roku nie jadłem gęsiej wątróbki.
      Takiej prawdziwej gęsiej wątróbki, z dobrze utuczonej gęsi.
      Początkowo próbowałem zdusić w sobie te kosmopolityczne ciągoty. Apelowałem do
      żołądka: "Słuchaj, kochany! Wątróbka jest be! My w ogóle nie potrzebujemy
      żadnej wątróbki. My lubimy piękne, dojrzale, czarne oliwki, mój stary .My je
      zjemy i będziemy mocni i zdrowi jak wiejski byczek w czasie żniw".
      Ale mój żołądek nie kochał takiego gadania. Żądał dekadenckich, wyrafinowanych
      potraw, do jakich był przyzwyczajony. Muszę tu od razu wyznać, ze uparte
      węgierskie gusty mojego żołądka nieraz napytały mi niemałej biedy. Kiedyś w
      Stanach Zjednoczonych omal mnie nawet nie zlinczowano.
      Zdarzyło się to w kafeterii, jednym z tych gigantycznych lokali
      samoobsługowych, gdzie nakładają nam na tacę albo my sami sobie nakładamy góry
      wszelkiego rodzaju potraw. Moja taca była już prawie pełna, gdy doszedłem do
      panienki serwującej mrożoną herbatę.
      -Proszę o szklankę herbaty bez lodu -zwróciłem się do młodej damy w kelnerskim
      fartuszku.
      -Służę -odpowiedziała i wrzuciła do szklanki pół tuzina kostek lodu.
      -Przepraszam, ja prosiłem bez lodu.
      -Pan życzył sobie mrożoną herbatę, prawda?
      Dziewczę zatrzepotało rzęsami i wrzuciło jeszcze kilka kostek lodu do mojej
      szklanki.
      -Służę. Następny proszę.
      -Zaraz, zaraz, moje dziecko. Ja prosiłem o herbatę bez lodu. -Bez lodu nie
      podajemy. Następny proszę.
      -Dlaczego nie mogę dostać bez lodu?
      -Lód jest darmo. Następny proszę.
      -Ależ panienko, mój żołądek nie znosi lodu nawet za darmo. Czy więc nie mogłaby
      pani dać mi zwyczajnej, zimnej herbaty, zaraz potem jak ją pani wleje do
      szklanki, ale przedtem zanim pani wrzuci do niej lód?
      -Jak proszę? Ja nie rozumiem...
      Z ogonka, który się tymczasem utworzył, dobiegły pierwsze nieprzyjazne okrzyki
      na temat, co sobie właściwie ci zagraniczni idioci myślą. Rozumiałem te aluzje
      doskonale, ale moja orientalna krew już wrzała.
      -Życzę sobie zimnej herbaty bez lodu -powiedziałem. Kelnerka uznała widocznie,
      ze spełniła już swoją powinność i ma prawo się wycofać. Poprosiła kierownika -
      gburowatego typa, groźnie gryzącego cygaro:
      -Ten człowiek tutaj -poinformowała go -domaga się herbaty mrożonej bez lodu.
      Słyszał ktoś takie rzeczy?
      -Mój drogi panie -zwrócił się do mnie kierownik. -U nas wypija się w skali
      miesięcznej 1 930 275 szklanek herbaty mrożonej z lodem i nikt jeszcze nie
      zgłaszał najmniejszych zastrzeżeń.
      -Doskona1e to rozumiem -powiedziałem pojednawczo. - Jeśli jednak chodzi o mnie,
      to nie znoszę zbyt zimnych napojów i dlatego chciałbym prosić o herbatę bez
      lodu.
      -Wszyscy goście biorą z lodem.
      -Ja nie.
      Kierownik zmierzył mnie wzrokiem.
      -Co pan chce przez to powiedzieć, ze pan nie? Co jest dobre dla stu
      sześćdziesięciu milionów Amerykanów, musi być zdrowe i dla pana.
      -Od lodu dostaję; kurczów żołądka.
      -Posłuchaj, chłopcze -na czole kierownika pojawiły się; głębokie, ostrzegawcze
      zmarszczki. -Ten lokal istnieje od czterdziestu trzech lat i dotąd każdy był z
      nas zadowolony.
      -Ja chcę dostać herbatę; bez lodu.
      Tymczasem zniecierpliwieni goście otoczyli nas kołem i podwijając rękawy jawnie
      przygotowywali się do linczu. Kierownik doszedł do wniosku, ze nadeszła już
      chwila, by stracić cierpliwość.
      -W Ameryce pija się mrożoną herbatę; z lodem! -ryknął. -Zrozumiano?
      -Ja chciałem tylko...
      -Znamy takich jak pan! Wam nikt nie dogodzi! Skąd pan się tu w ogóle wziął ,
      panie... .
      -Ja?.. Z Egiptu.
      -Od razu tak pomyślałem -powiedział kierownik. Mówił jeszcze cos, ale tego już
      nie słyszałem. Biegłem walcząc o życie, a za mną gonił rozwścieczony tłum.
      To był tylko początek. Gdziekolwiek się potem pojawiłem, opinia publiczna
      Ameryki powoli, ale nieuchronnie obracała się przeciw Egiptowi. Jakoś przecież
      trzeba się na tym Naserze odegrać...
      Wróćmy jednak do gęsiej wątróbki, której od lat nie jadłem, wróćmy do mojego
      nieuleczalnie węgierskiego żołądka, który udawało mi się przez pewien czas
      oszukiwać jadaniem w różnych wyrafinowanych restauracjach europejskich. Nie
      trwało to długo. Przesiedliłem się do dzielnicy, gdzie istniała tylko jedna
      jedyna restauracja. Jej właścicielem był niejaki Naftali, niedawno wyrzucony z
      Iraku *.
      Wystarczyło, bym ujrzał tylko Naftalego po raz pierwszy, a już mój żołądek
      zaczął wyczyniać harce. Naftali stal za bufetem i obserwował mnie z uśmiechem,
      którego tajemniczości mogłaby pozazdrościć Mona Liza.
      Na szynkwasie leżały rozliczne, nie dające się zdefiniować surowce o
      intensywnych barwach technikoloru, a w głębi na regale piętrzyły się pękate
      moździerze naładowane jakimiś wybuchowymi korzeniami. Nie było żadnej
      wątpliwości -znajdowałem się w prawdziwej arabskiej kuchni trucicielskiej. Ale
      zanim zdecydowałem się, szukać ratunku w ucieczce, niecierpliwy żołądek dal mi
      do zrozumienia, ze oczekuje natychmiastowego zasilenia pokarmem.
      -No, co tam dzisiaj mamy? -zapytałem z wyraźnie zaakcentowaną niedbałością.
      Naftali, mijając się ze mną wzrokiem o jakieś pięć centymetrów (jak się później
      okazało był po prostu zezowaty), udzielił mi niezwłocznie odpowiedzi.
      -Chumus, mehsi z burgulem albo wus-wus.
      Wybór był trudny. Chumus pobrzmiewał dalekim echem jakiejś łaciny, a1e wus-wus
      to było cos całkiem nowego.
      -Daj pan jedno wus-wus.
      Fantastyczna kombinacja omletu, ryżu i strzępków mięsa w miętowym sosie, którą
      Naftali przede mną postawił, smakowała odrażająco, nie chciałem jednak dać mu
      żadnej okazji do tych jego tajemniczych uśmieszków. Co więcej -postanowiłem
      rzucić go na kolana!
      -Nie ma pan jeszcze czegoś ciekawego? -zapytałem od niechcenia.
      -Co mam nie mieć? -zapytał szyderczo Naftali. -Życzyłby sobie pan może kebab z
      bacharatem? Szaszłyk z elfą? Kawałek sechomu? Albo może trochę smir-smir?
      -Daj pan wszystkiego po trochu.
      Do tak ogólnikowego zamówienia byłem, prawdę mówiąc, nieco przymuszony, jako ze
      nie sposób było spamiętać tych egzotycznych nazw .Oczekiwałem, ze Naftali tym
      razem zaserwuje mi jakieś nafaszerowane korzeniami ciasto, lepki kompot i
      kwaśnawą papką mączną -bardzo się jednak pomyliłem. Naftali, stanąwszy przy
      czymś w rodzaju stołu laboratoryjnego, zmieszał trochę surowej baraniny z
      kawałkami suszonej ryby, przysypał to garścią pieprzu, pokropił dla smaku
      olejem, zaprawił jakaś żywicą i polał kwasem siarkowym.
      W dwa tygodnie później zostałem wypisany ze szpitala i mogłem podjąć pracę
      zawodową. Pomijając przelotne zasłabnięcia czułem się stosunkowo dobrze, a
      wspomnienia owego potwornego posiłku z wolna się zacierały. Któż jednak umie
      przewidzieć igraszki losu?!
      Pewnego dnia, gdy przypadkowo przechodziłem koło jaskini Naftalego, ujrzałem go
      stojącego wyzywająco na progu.
      Honor domagał się odpowiedzi na to szyderstwo. Wkroczyłem do środka,
      przygwoździłem Naftalego aroganckim spojrzeniem i powiedziałem swobodnie:
      -Miałbym ochotę na cos bardziej pieprznego, chabibi!
      -Już się robi! -usłużnie wykrzyknął Naftali. -Może być pierwszorzędny kibah z
      kamonem albo male haszi-haszi.
      Zamówiłem podwójną kombinację tych dań, które -jak się okazało -były syntezą
      wszystkich odkopanych do tej pory przez archeologów ingrediencji kuchni
      staroperskiej, przysypanych sproszkowanym gipsem
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon- SUM-SUM, WUS-WUS- dokończenie IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:15
        Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

        SUM-SUM, WUS-WUS-dokończenie
        Zamówiłem podwójną kombinację tych dań, które -jak się okazało -były syntezą
        wszystkich odkopanych do tej pory przez archeologów ingrediencji kuchni
        staroperskiej, przysypanych sproszkowanym gipsem.
        Zjadłszy owo cenne wykopalisko zażądałem deseru.
        -Svarsi z misz-masz czy baklawa z sum-sum?
        Zażądałem obu dań. Przez dwa dni mój organizm pozbawiony był czucia, a ja
        snułem się po domu jak lunatyk. Nie załamałem się jednak. Następnym razem, gdy
        ujrzałem swego truciciela, stojącego z owym szyderczym uśmieszkiem na progu
        speluny, ponownie przyjąłem wyzwanie.
        -Co dzisiaj dla nas, chabibi? -zapytał wesoło Naftali i wydął ironicznie wargi.
        I w tym momencie doznałem olśnienia! W ciągu najbliższych paru sekund
        wynalazłem dwie całkiem nowe potrawy staroperskiej kuchni narodowej:
        Duża porcja kimsu -zamówiłem. -Ado tego może być jedno sbagi z kub-kubonem.
        I co się stało? Co się, pytam, stało?!
        Naftali z uniżonym "się robi" znikł na mrocznym zapleczu swojej spelunki, a po
        chwili wyszedł stamtąd niosąc udziec barani ugarnirowany buraczkami.
        Ale ze mną nie ma tak łatwo!
        -Ejze! A gdzie jest mój kub-kubon?!
        Nigdy nie zapomnę tej skwapliwości, z jaką Naftali wyczarował puszkę kub-kubonu.
        -No, pięknie -powiedziałem. -A teraz chciałbym jeszcze szklaneczkę Vagi Giora
        **. Ale zimną, jeśli można prosić.
        Zostałem niezwłocznie obsłużony.
        I gdy tak sobie rozkosznie ciągnąłem swoją Vago Giora, przyszło mi na myśl, ze
        te wszystkie egzotyczne dania -te burgule i bacharaty, i wus-wus, i mehsi-
        pehsi -są niczym innym jak tylko bezczelnym oszustwem wymyślonym po to, aby
        ośmieszyć nas, głupich Aszkenazim***. I to właśnie kryło się za tajemniczym
        uśmiechem Naftalego.
        Od tego dnia potrawy kuchni orientalnej przestały mi być straszne. To raczej
        ona, kuchnia orientalna, drży teraz przede mną! Nie daleko szukać -wczoraj
        musiał Naftali ze wstydem sprzątnąć ze stołu zamówiony przeze mnie półmisek Mao-
        Mao:
        -To ma być Mao-Mao?-szydziłem jadowicie. -Odkąd to się podaje Mao-Mao bez
        Kafki? ****
        I nie tknąłem swego Mao-Mao, póki Naftali nie postawił na stole Kafki.
        Drogim Czytelnikom, jeśli odwiedzają orientalne restauracje, polecamy, by przy
        najbliższej okazji zamówili dobrze wysmażonego Mao-Mao z odrobinę Kafki.
        Smakuje wybornie! Gdyby Kafki nie było, można wziąć Saroyana. Ale nie za dużo!
        __________________________________________________________
        * Z Iraku wypędzono dwieście tysięcy Żydów mając nadzieję, że w ten sposób
        obniży się stopę życiową Izraela do poziomu irackiego. Plan się nie udał.
        Iraccy Żydzi znakomicie włączyli się w izraelskie życie gospodarcze. Jedynie
        wtedy, gdy mamy do czynienia z ich kuchnię, konieczne jest nieraz wzywanie
        straży pożarnej.
        **Vago Giora to pewien znany mi osobiście dyrektor banku. Dyrektor Giora
        ułatwił mi zaciągnięcie pożyczki na bardzo przystępnych warunkach. Dlatego
        chciałem w jakiś sposób uwiecznić jego nazwisko.
        *** Europejscy Żydzi nazywani są przez Żydów nieeuropejskich "Aszkenazim" albo -
        na zasadzie onomatopeicznego naśladownictwa języka jidysz -"wus-wus".
        **** Jak to zwykle w literaturze: można Kafkę lubić albo nie lubić. Ale w
        gastronomii Kafka jest poza wszelką krytyką. Zwłaszcza z sosem curry .
    • Gość: Kasia E.Kishon KTO MA TELEFON TEN PŁACI IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:19
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      Rozmowy telefoniczne były w Izraelu przez wiele lat ulubioną grą na
      wytrzymałość. Wykręcało się numer 18 i natychmiast miły glos informował
      uprzejmie w wielu językach, że niestety "wszystkie linie są zajęte, prosimy
      więc nie mieć za złe, jeśli będzie pan zmuszony chwilkę poczekać, dziękuję.
      Zdarzało się, że nim człowiek dostał to swoje Chicago, od prób dotarcia do
      centrali doznawał zwichnięcia palca. Postępu technicznego nie da się jednak
      zatrzymać, od niedawna więc możemy już sami uzyskiwać połączenia z wszelkimi
      krajami zamorskimi. Od tej też chwili w kołach izraelskich abonentów
      telefonicznych zaczęły się zdumiewająco mnożyć wypadki upadłości finansowych.

      KTO MA TELEFON, TEN PŁACI

      Za pierwszym razem -to sama uciecha. O zmierzchu, gdy trzody ciągną do zagród,
      a w telewizji zaczynają mówić po arabsku, ogarnia cię nagle jakiś zniewalający
      przymus, by natychmiast i bezpośrednio porozmawiać z ciocią Frydą mieszkającą w
      Los Angeles. Siadasz przed tarczą i zaczynasz nią cierpliwie kręcić, aż
      wykręcisz do końca numer 001-21-39-57-34-21-89, przykładasz słuchawkę do ucha i
      z rozkoszą wsłuchujesz się w brzęczące buczenie, które ją wypełnia. Po chwili
      słyszysz krótkie "klik" i sygnał wywołujący rozmówcę. A potem zdumiewające! -
      ktoś odległy o dwanaście tysięcy kilometrów podnosi słuchawkę.
      -Ciocia Fryda? -pytasz podniecony. -Nie -odpowiada jakiś bas.
      -Czy to jest numer 001-21-39-57-34-21-89? -Tu jest szósta rano, idioto.
      Bądź co bądź było to bezpośrednie połączenie z Kalifornią. Co -jak podaje
      taryfa Ministerstwa Łączności -kosztuje 2,14 funta za sekundę. Jak dalej wynika
      z tej pożytecznej publikacji, urząd telekomunikacyjny nie notuje przy rozmowach
      zagraniczny ani numeru abonenta wzywanego, ani godziny rozmowy .Zarejestrowana
      przez automat rozmowa jest po prostu, bez żadnych dodatkowych wyjaśnień,
      doliczana do najbliższego rachunku miesięcznego.
      Ta zagwarantowana przepisami anonimowość pobudza żydowskiego użytkownika sieci
      telefonicznej do przemyśleń, w wyniku których zwraca się on do najlepszej z
      możliwych żony takimi na przykład słowy: I
      -Wiesz -miałbym ochotę porozmawiać sobie z Kamczatką. Może byśmy tak wpadli
      wieczorem do Seeligów? j
      Reszta jest już dziecinnie prosta. O godzinie dwudziestej drugiej trzydzieści -
      dla mieszkańców Kamczatki jest to wczesne przedpołudnie -podnosimy się z
      wygodnego fotela w gościnnym salonie Seeligów, rzucamy zatroskanym wzrokiem na
      zegarek i grzecznie zwracamy się do gospodarzy: "Proszę mi wybaczyć, ale
      przyrzekłem dzieciom, ze zadzwonię do nich o wpół do jedenastej".
      -Ależ proszę -mówi Erna Seelig -telefon jest w sypialni. Lepiej nie można sobie
      wymarzyć. Rozkładamy się wygodnie na miękkim tapczanie pana domu i dokonujemy
      połączenia z Lajosem Frydlenderem, naszym szkolnym kolegę, który teraz jako
      wzięty adwokat praktykuje na Kamczatce. Po kwadransie wspomnieniowych
      pogaduszek wracamy do salonu i z zadowoleniem komunikujemy, ze w domu wszystko
      w porządku.
      No i dobrze.
      Po pewnym czasie Feliks Seelig otrzymuje rachunek miesięczny za telefon i ze
      zdumieniem stwierdza, ze przekroczył zwykłą kwotę o mniej więcej tysiąc
      osiemset procent. Spotkawszy się ze mnę przypadkowo na klatce schodowej rzuca
      mi nieme, pełne wyrzutu spojrzenie, które ja ignoruję. Co mi może udowodnić?
      W kilka dni później sprawy przybierają niepokojący obrót: nasz własny rachunek
      telefoniczny opiewa na przerażającą sumę ponad dwóch tysięcy funtów, chociaż,
      poza nieudaną rozmowę z ciocię Frydę, nie prowadziłem więcej rozmów niż zwykle.
      Bez wątpienia ktoś musiał w nikczemny sposób nadużyć naszej gościnności. Ale
      kto?
      -Momencik -najlepsza z możliwych żona marszczy w głębokim namyśle czoło. -Na
      początku zeszłego tygodnia byli u nas Picklerowie. Pamiętasz, jak Akiba Pickler
      rozmawiał ze swoją siostrą? o właśnie. A zauważyłeś, ze mówił po włosku?
      Moi zdaniem nie był to jednak Akiba PickIer. To był niewątpliwie nasz sąsiad,
      Feliks Seelig, który chciał się zemścić. Któregoś wieczoru wpadł do mnie i
      prosił, żebym mu pozwolił zadzwonić z naszego aparatu, bo jego, jak twierdził,
      jest uszkodzony.
      Na listę podejrzanych został tez wpisany monter z firmy sprzedającej
      lodówki .Przybył niby w celu kontroli okresowej, a potem łączył się służbowo ze
      swoją centralą, która, kto wie, była może w San Francisco .
      Przykłady tej ludzkiej nikczemności tak mną wstrząsnęły, ze będąc z wizytę u
      Seeglów postanowiłem wyżalić się przed rozproszoną po świecie rodzinę. Gdy
      właśnie rozmawiałem z jakimś dalekim krewnym w Buenos Aires, zauważyłem, ze
      słyszalność nagle się pogorszyła -jakby spadla o pół tonu. Od razu wyciągnąłem
      z tego właściwy wniosek: to pani Spiegel, ta perfidna jędza, zaczęła
      podsłuchiwać z aparatu w kuchni. Błyskawicznie przeszedłem na hebrajski: "No,
      dobra, odstawiam więc wóz do warsztatu jutro z samego rana i trzymam za słowo.
      No to cześć" -powiedziałem i położyłem słuchawkę. Nie ze mnę takie sztuczki.
      Mimo wszystko trzeba przyznać, ze od czasu wprowadzenia u nas automatycznej
      łączności międzynarodowej kontakty między Żydami na całym świecie ogromnie się
      ożywiły. Jednakże omawiane tu rozmowy gratisowe wymagają ogromnej przebiegłości
      i ostrożności. Nie wolno się na przykład za głośno wydzierać, kiedy się umawia
      panienkę do przypilnowania dziecka, nawet jeśli dziewczyna mieszka w Nowym
      Jorku. Należy także unikać rozmów obcojęzycznych. Te rozmowy gratisowe nie są
      tez takie darmowe, jakby się wydawało: w jakimś okrężnym rozliczeniu trzeba
      jednak za nie słono płacić.
      Aby nie dopuścić do zwyrodnienia tej pożytecznej instytucji, wywiesiliśmy na
      drzwiach mieszkania tabliczkę:
      „Telefon zepsuty. Uwaga, zły pies! Zostawcie Państwo wiadomość -chętnie was
      odwiedzimy"
    • Gość: Kasia E.Kishon-DZIWNA PRZYGODA DOSTOJNIKA IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:23
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      Widzieliście kiedyś ślimaka bez skorupy? Albo młot ze szkła? Słyszeliście, żeby
      małe dziecko przyniosło bociana? Czytaliście może o ministrze, który chodził
      pieszo? No, to poczytajcie.

      DZIWNA PRZYGODA DOSTOJNIKA

      Limuzyna ministra nieoczekiwanie stanęła na środku ulicy. Szofer Gabi wyłączył
      motor i odwrócił się do pasażera:
      -Przykro mi, szefie, ale słyszał pan w radiu.
      Miał na myśli dziennik poranny, który ogłosił strajk związku zawodowego
      kierowców. Związek ten mianowicie chciał się połączyć ze związkiem zawodowym
      inżynierów chemików czy tez unieważnić fuzję ze związkiem robotników transportu
      a może cos całkiem innego. Tak czy inaczej -zastrajkował.
      Gabi opuścił wóz i udał się do siedziby związku po instrukcje.
      Minister pozostał sam. O prowadzeniu samochodu nie miał zielonego pojęcia.
      Wynalazki, które można było za pociśnięciem guzika wprawić w hałaśliwy ruch,
      zawsze napawały go trwogą. Jak daleko sięgał pamięcią, raz tylko zdarzyło mu
      się prowadzić auto. Było to czterdzieści lat temu, w wesołym miasteczku, gdzie
      minister - podówczas młode jeszcze i zarozumiale pacholę -postanowił sprawdzić
      się jako kierowca samochodziku dziecięcego. Potem, gdy zrobił w rządzącej
      partii karierę polityczną, zawsze miał do dyspozycji auto z szoferem. "Teraz
      będę chyba musiał wezwać tu helikopter - myślał minister. -Mam być przecież na
      ważnym posiedzeniu gabinetu. Zaczyna się o jedenastej. Temat -kryzys w
      przemyśle cementowym " .
      Minister zaczął się przyglądać przechodniom mijającym jego limuzynę. Ogarnęło
      go jakieś szczególne, wręcz osobliwe uczucie: był na ulicy. Ze zdumieniem
      stwierdził, ze w tym kraju żyje ogromna liczba całkiem mu nieznanych, obcych
      ludzi. Znal tylko ciągle te same twarze, które oglądał w ministerstwie. Obcych
      ludzi, jeśli już widywał to tylko jako anonimowe masy w czasie Święta
      Niepodległości albo na stadionie piłkarskim podczas tych tam. ..no, jak to się
      tam nazywa...-pucharów.
      Minister wysiadł i pieszo ruszył przed siebie. Powoli narastało w nim zaufanie
      do tego rodzaju komunikacji. "Kiedyż to -pomyślał -przytrafiło mi się ostatni
      raz podróżować w ten sposób? Tak, racja: w 1951. .Wtedy to właśnie ciężarówka
      staranowała jego wóz i trzeba było pójść do domu przez kilka ulic. Pieszo.
      Spojrzenie ministra skierował się w dół, tam, gdzie pod wypukłości brzucha
      widać było stopy. Jego własne stopy, które poruszały się rytmicznie: tup -tup,
      tup tup, lewa -prawa, lewa -prawa. Tak jest! Umiał jeszcze posługiwać się
      nogami. Wiedział jeszcze, jak się chodzi po ulicy. Wspaniale uczucie. Tylko
      buty wydały mu się jakieś obce. Skąd się w ogóle biorą buty? Nigdy sobie sam
      butów nie kupowal. Z dokładniejszych rozważań wynikało, ze w ogóle nigdy
      niczego sobie sam nie kupował.
      Ale jak to jest z tymi butami?
      Stal przed oknem wystawowym sklepu obuwniczego. Zdumiewające, całkiem nowe
      zjawisko! Buty, dużo butów- damskie, męskie, dziecięce. Poustawiane parami na
      kryształowych cokołach, na obracających się paletach, albo w ogóle zwyczajnie
      ułożone w szeregu.
      Pod wpływem nagłego impulsu minister wkroczył do sklepu, długiego pomieszczenia
      z wygodnymi fotelami i regałami. A na regałach nic tylko buty, buty i buty!
      Minister uścisnął dłoń człowieka stojącego w pobliżu.
      -Jak się kształtują pańskie interesy eksportowe?
      -Mnie pan pyta? -odparł zagadnięty. -Ja szukam pantofli zamszowych na gumie.
      Dostojnik zlustrował sklep niezbyt pewnym wzrokiem. Jak tu się właściwie
      załatwia te transakcje? Bierze się co trzeba z półki czy tez czeka, aż
      przyjdzie kelner?
      Jakaś postać w białym kitlu, chyba lekarz, przystąpiła do ministra i zapytała,
      czym może. służyć.
      -Niech mi pan przyśle kilka wzorów do domu -rzekł minister łaskawie i opuścił
      sklep.
      Dopiero na ulicy spostrzegł, ze się nie przedstawił. A poza tym, że w ogóle
      jakoś nikt go nie poznaje. "Będę musiał częściej występować w telewizji" -
      pomyślał.
      Czas upływał. A może by tak zatelefonować do biura, niech przyślą jakiś
      samochód? Zgoda -zatelefonować. Ale jak? I skąd? Nigdzie wokół nie było widać
      telefonu. A jeżeli już telefon będzie, to jak się do niego zabrać? Zawsze
      robiła to sekretarka. Dziś z jakichś powodów rodzinnych musiała wyjechać do
      Hajfy .Zresztą - gdyby nawet nie wyjechała, to i tak byłaby w biurze, nie
      tutaj. Gdzie z resztą nie ma żadnego telefonu.
      Nagle dostrzegł jakąś szklaną budkę, a w niej czarną skrzynkę. Nie ma
      wątpliwości: to telefon.
      Minister wkroczył do budki i zdjął słuchawkę: -Proszę połączyć. ..-Kompletna
      cisza. Aparat robił wrażenie uszkodzonego.
      Jakiś chłopczyk gestami pokazywał zza szyby, ze najpierw należy cos wrzucić do
      skrzynki.
      -No jasne! -przypomniał sobie minister. Piastował przecież stanowisko
      przewodniczącego parlamentarnej Komisji do Spraw Monet i Żetonów. Teraz już był
      w domu! Udał się do najbliższego sklepu i poprosił o żeton.
      -Tu jest pralnia -wyjaśniono mu. -Żetony do automatu kupuje się na poczcie.
      Zwariowany świat. Minister wyśledził po drugiej stronie ulicy jakąś czerwoną
      skrzynkę przybitą do muru. Od razu się zorientował, co to takiego: do takich
      skrzynek ludzie wrzucają listy, gdy już je napiszę w domu.
      -Wybaczy pani -zwrócił się do jakiejś damy -na jakim świetle przechodzi się
      skrzyżowanie?
      Był prawie pewien, ze jeśli chodzi o samochody, to na zielonym. Ale czy ten
      przepis odnosi się także do pieszych?
      Razem z tłumem przepłynął na drugą stronę ulicy. Tam, tuz przy czerwonej
      skrzynce, odkrył urząd pocztowy. Wszedł do środka i wydal polecenie urzędnikowi
      w najbliższym okienku:
      -Proszę wysłać natychmiast telegram do mojego ministerstwa, żeby tu ktoś po
      mnie przyjechał.
      -Odrzutowcem czy łodzią podwodną? -zapytał urzędnik i na wszelki wypadek
      zasunął matową szybę. "Robi wrażenie pomylonego" -pomyślał minister i wyszedł
      na ulicę.
      W pobliżu znajdował się kiosk z gazetami. Jak się okazało, czytanie gazet to
      sztuka nielada. Minister byt przyzwyczajony, ze wszystkie artykuły, które
      powinien przeczytać w gazetach leżących rano na biurku, by oznaczone przez
      urzędników czerwonymi obwódkami. A tu nic takiego.
      -Szklankę oranżady? -zapytał sprzedawca z kiosku. Minister skinął głową. Był
      bardzo spragniony -wypróżnił szklankę do ostatniej kropli. Ach , cóż to za
      wspaniałe przeżycie samemu na ulicy wypić szklankę oranżady i raźno
      pomaszerować dalej .
      Kioskarz dogonił go:
      -Czterdzieści pięć agorot!
      Minister spojrzał na niego i przez kilka sekund nie mógł pojąc, o co chodzi.
      Potem sięgnął ręką do kieszeni. Była pusta. Oczywiście.
      Takie sprawy załatwia zawsze sekretarka. Ze tez dziś właśnie musiała pojechać
      do Hajfy!
      -Proszę mi przysłać rachunek -rzucił w stronę chciwego inkasenta i uciekł.
      Zatrzymał się na jakimś placu budowy. Obraz krzątających się, pracowitych ludzi
      zrobił na nim silne wrażenie. To było cos pięknego. Tylko ten nieznośny hałas!
      A co to znowu takiego, ta szara masa, którą mieszają w tych kadziach?
      Wciąż nowe niespodzianki!
      Oto na przykład rząd szklanych gablot, a w nich fotografie roznegliżowanych
      dziewcząt! Minister rzucił tylko okiem i od razu zgadł: kino. A więc tak
      wygląda kino? Odczuł gwałtowną potrzebę wstąpienia do środka, aby raz wreszcie
      obejrzeć jakiś film.
      Zapukał do żelaznych drzwi. Długo musiał się dobijać; zanim w okrągłym okienku
      ujrzał pomarszczoną twarz sprzątaczki:
      -Czego?
      -Chciałbym obejrzeć film.
      -Cos pan! Pierwszy seans dopiero o czwartej po południu.
      -Po południu jestem zajęty.
      -To porozmawiaj pan z panem Weissem. -I zatrzasnęła okienko.
      Na pobliskim narożniku stał ogromny, niezwykle długi, błękitny automobil z całą
      masą ludzi w środku. "Autobus! -pomyślał minister. -Przecież w ubiegłym
      tygodniu zwiększyliśmy im budżet. O 11,5 procent. Zatem mogę wsiadać!"
      -Proszę na Hajarkon -rozkazał kierowcy. –Numer 71
      -Które piętro?
      -Co proszę?
      -No, niech pan już schodzi ze stopnia, bo zamykam drzwi.
      Kierowca uruchomił automatyc
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon-DZIWNA PRZYGODA DOSTOJNIKA-dokończeni IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:27
        -No, niech pan już schodzi ze stopnia, bo zamykam drzwi.
        Kierowca uruchomił automatyczne drzwi i z fasonem ruszył. Dziwny świat, dziwne
        reguły gry.
        Minister usiłował zorientować się, gdzie właściwie jest, jednakże brak
        jakichkolwiek punktów odniesienia -hotelu Hiltona lub restauracji greckiej -
        sprawiał, ze czul się całkiem zagubiony .
        Tłum płynął obok niego jakby nic się nie stało.
        Więc to jest naród, to jest lud, to są wyborcy. Zgodnie z ostatnią ankietą
        Instytutu Badania Opinii Publicznej co trzeci z tego tłumu będzie w przyszłych,
        październikowych wyborach głosował na niego. Minister kocha ich wszystkich. Od
        najwcześniejszej młodości jest zagorzałym socjalistą.
        Wreszcie po wielu przygodach odnalazł swoją limuzynę. Dokładnie w tym samym
        momencie pojawił się Gabi.
        -Dwie dodatkowe premie specjalne rocznie i podwyższenie wynagrodzenia za urlop -
        powiedział Gabi.
        Strajk był zakończony. Wsiedli do wozu. Gabi zapalił motor .
        A minister powrócił z dziwnych przygód na obcej planecie do swego zwykłego,
        codziennego życia.
    • Gość: Kasia E.Kishon- W CZĘŚCI ARTYSTYCZNEJ WYSTĄPI... IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:32
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      Zważywszy, że w Izraelu -dla większej chwały demokracji - funkcjonuje cos około
      trzydziestu partii politycznych, trudno się dziwić, że wyborcy zasypywani
      rajskimi obietnicami przestają na nie w ogóle reagować. Odpowiedź partii na to
      brzmi -Schulz!
      W CZĘŚCI ARTYSTYCZNEJ WYSTĄPI...
      Mniej więcej tydzień temu wszyscy mieszkańcy naszego bloku znaleźli wsunięte
      pod próg ulotki zawiadamiające, ze w środę o godzinie dziewiętnastej rozpocznie
      się zebranie organizowane przez partię nie pamiętam już jaką. Przypominam sobie
      tyle tylko, ze przemawiać mieli panowie Mogilewski i Karpat. Ponadto –„w części
      artystycznej wystąpi Gerszon Schulz, ulubiony piosenkarz". Wstęp wolny, każdy
      mile widziany itd.
      Wszyscy mieszkańcy bloku postanowili przybyć ze względu na Schulza. Schulz
      cieszył się powszechną sympatią i miał w swoim repertuarze kilka wystrzałowych
      numerów, jak choćby "Pocałuj mnie, kochanie" albo "Kochaj mnie, baby!". Często
      słyszało się tez jego szlagiery w radiu.
      Wyszedłem z domu punktualnie, żeby zapewnić sobie jakieś bliższe estrady
      miejsce, ale pierwsze rzędy były już gęsto obsadzone, głównie przez
      przedstawicielki płci pięknej. Gerszon Schulz bowiem nie tylko pięknie śpiewa,
      lecz jest tez pełnym powabu mężczyzną i rozporządza wspaniałą, techniką
      rzucania podczas śpiewu nader ognistych spojrzeń obecnym na sali damom.
      Spotkanie rozpoczęło się z godzinnym opóźnieniem, gdyż mikrofon, który wreszcie
      zainstalowano, nie chciał początkowo funkcjonować. Po godzinie przemówił. Za
      stołem na podium zasiadło trzech nieznanych nikomu mężczyzn. Gerszona Schulza
      między nimi nie było. Ku ogólnemu rozczarowaniu podniósł się jeden z trzech
      nieznajomych, prawdopodobnie przewodniczący, i zagaił:
      -Panie i panowie! Weterani i nowi repatrianci! Drodzy przyjaciele! Żebraliście
      się dzisiejszego wieczoru. tutaj żeby usłyszeć od nas, na gruncie jakich zasad
      stoi nasza partia, Jaki jest jej program w dziedzinie. ..J
      -Gdzie jest część artystyczna? -krzyknął z ostatniego rzędu jakiś młody
      okularnik. -Gdzie jest Schulz?
      -Brawo! -to była młoda panienka z pierwszego rzędu. -Schulz na podium! i
      Mówca zachował się tak, jakby o Schulzu nigdy w życiu nie słyszał, przynajmniej
      do tej chwili, i usiłował nam dalej wyjaśniać, dlaczegośmy się tu zebrali. Ale
      jego słowa niebawem utonęły w coraz to nowych okrzykach domagających się
      Schulza. w końcu musiał się poddać:
      -Pan Schulz jest w pobliżu. I obsłuży część artystyczną naszego wieczoru.
      Ogólny aplauz wynagrodził tę obiecującą wiadomość i dal dowód sympatii, jaką
      się cieszył popularny piosenkarz. Mówca wykorzystał nagły entuzjazm, by w
      szybkim tempie poruszyć sprawy państwowe i rzucić kilka inwektyw pod adresem
      konkurencyjnych partii. Piosenkarza Schulza nie wspomniał ani słowem, co
      doprowadziło do nowych zamieszek:
      -Gdzie jest Schulz?
      -Może w ogóle nie przyjdzie...
      -Już tak bywało!
      -Jest bardzo popularny i bardzo zajęty...
      -Jeśli Schulza nie będzie, cały wieczór na nic!
      Kilku gości z dalszych rzędów zaczęło wychodzić z sali, gdy przewodniczący
      podniós1 problem stabilizacji gospodarczej :
      -Potrzebujemy tez lepszej polityki kulturalnej -krzyknął w uniesieniu. -Musimy
      naszym pisarzom stworzyć lepsze warunki pracy, musimy tez stworzyć cos dla
      naszych piosenkarzy, na przykład dla Gerszona Schulza, który za kilka minut
      pojawi się na tej sali i odśpiewa nam swoje najpiękniejsze piosenki.
      Szykujący się do wyjścia usiedli z powrotem, a mówca mógł jeszcze mówić przez
      kilka minut. Zakończył zwykłym zwrotem:
      -Czy ma ktoś z państwa jakieś pytania?
      -Tu proszę! -w drugim rzędzie podniosła się jakaś dystyngowana dama. -Ja mam
      pytanie: gdzie jest Schulz? Pan nam przyrzekł Schulza!
      -Tak jest, tak jest! -potwierdził przewodniczący. -I pan Schulz w ciągu kilku
      minut pojawi się, żeby nam cos zaśpiewać ze swojego bogatego repertuaru.
      Tymczasem pozwolę sobie udzielić głosu panu Karpatowi, który zapozna państwa z
      naszą polityką zagraniczną.
      Karpat nie móg1 zrobić użytku z udzielonego mu głosu. Ze wszystkich stron
      podniosły się okrzyki:
      -Nie jesteśmy ciekawi!
      -Najpierw Schulz, potem Karpat!
      -Przyszliśmy tu na Schulza. ..
      -Gdzie jest Schulz?
      Przewodniczący poprosił błagalnym głosem o spokój : -Natychmiast po wystąpieniu
      pana Karpata wejdzie na estradę pan Schulz -daję na to słowo honoru.
      -Głupie gadanie!
      -Obiecanki cacanki!
      -Robią nas w konia!
      -Mogłem pójść do kina, a tak siedzę tu jak ten głupi... -Schulz, Schulz,
      Schulz! ! !
      Ponieważ nic nie wskazywało, ze wrzawa ucichnie, wysłano hydraulika Stuxa, aby
      sprowadził Schulza. Napięcie wzrosło nie do wytrzymania. Jeżeli Stux wróci bez
      Schulza, prezydium powinno sobie zdać sprawę, ze oznacza to koniec tej partii.
      Po kilku długich jak wieczność minutach drzwi wreszcie otwarły się. Jedno
      wielkie westchnienie ulgi i grzmot oklasków: obok Stuxa pojawiła się znana
      sylwetka popularnego piosenkarza. Panie poprawiły fryzury, ja krawat, a Schulz
      idąc w kierunku estrady kwitował oklaski grzecznymi ukłonami i przesyłaniem
      całusów dłonią. Po czym- na zapraszający gest przewodniczącego -zajął miejsce
      za stołem prezydialnym. Atmosfera na sali od razu się polepszyła.
      To zachęciło pana Karpata do przeanalizowania ogólnej sytuacji politycznej
      świata. Nikt go nie słuchał. Widziano tylko Schulza. Wymieniano uwagi na temat
      jego kariery , wyglądu i wieku. Ale i to nie trwało długo. Zabrzmiały nowe
      okrzyki domagające się Schulza.
      Karpat usiłował ocalić wszystko, co było jeszcze do uratowania.
      -...jeśli nam się uda w tym krytycznym położeniu utrzymać równowag« i
      niezależność między wielkimi mocarstwami, jeśli nie ugniemy się przed żadnym
      naciskiem, skądkolwiek by on pochodził -ze Wschodu czy z Zachodu, wtedy pan
      Schulz rozpocznie.... będzie mógł rozpocząć swój występ...a my, drodzy państwo,
      zapewnimy sobie poczesne miejsce na arenie międzynarodowej ...
      -Dosyć! Przestać! -rozlegało się ze wszystkich stron. -Koniec z tym! My chcemy
      Schulza, my chcemy Schulza!
      Przewodniczącemu udało się dojść do głosu:
      -Program artystyczny, jak planowaliśmy, będzie na końcu naszego wieczoru.
      -Nie na żadnym końcu!
      -Tak długo nie możemy czekać
      -Już teraz!
      -Pocałuj mnie, kochanie...
      Tłum nie dal się uciszyć i wymógł na przewodniczącym rozwiązanie kompromisowe:
      występy będą odbywać się na przemian.
      Schulz z nieodpartym czarem odśpiewał na początek "Kochaj mnie, baby!". Gdy
      żądano czegoś na dodatek, przewodniczący powołał się na umowę, w myśl której
      glos ma teraz Karpat. Karpat natychmiast przystąpił do analizy. Gdy analizował
      naszą izolowaną pozycję w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, wybuchła nowa fala
      protestu:
      -Teraz kolej na Schulza!
      -Schulz niech śpiewa!
      -Zaśpiewaj nam ,,O, Ejlat", Schulz!
      Schulz zaśpiewał ,,O, Ejlat" i uczynił nas przez to jakby odporniejszymi na
      analizy Karpata. Dalej szło już w ustalonym porządku: jeden numer Schulza, trzy
      minuty polityki zagranicznej, potem znowu Schulz, po nim Karpat i tak dalej na
      okrągło, chociaż -prawdę mówiąc -chętnie byśmy z udziału Karpata w ogóle
      zrezygnowali.
      Na koniec trzyosobowa, ad hoc ukonstytuowana delegacja udała się do prezydium i
      zażądała od przewodniczącego, aby Schulz mógł śpiewać pół godziny bez
      przerywania mu polityką zagraniczną. Potem będziemy się cierpliwie
      przysłuchiwać ględzeniom Karpata, nawet jeżeli nadal będą takie nudne.
      Przewodniczący odmówił i obraźliwym tonem insynuował nam, ze przyszliśmy tylko
      dla Schulza, a inne sprawy nas nie interesują. Prawdę mówiąc tak właśnie było,
      ale zaprotestowaliśmy energicznie i zagroziliśmy, ze oddamy glosy na
      konkurencyjną partię, jeśli Schulz nie zacznie natychmiast śpiewać.
      Jednakże sam Schulz zmuszony był nam odmówić. Wyjaśnił, ze niestety musi już
      iść, bo ma do obsłużenia jeszcze dwa podobne zebrania innych partii.
      Nasze zebranie zostało zakończone zanim się w ogóle dowiedzieliśmy, jaka partia
      je zorganizował
    • Gość: Kasia E.Kishon-RZUT OKA ZA KULISY BRANŻY PIOSENKARSKI IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:36
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      RZUT OKA ZA KULISY BRANŻY PIOSENKARSKIEJ
      Moi łaskawi czytelnicy znają zapewne popularny "Cookie-Song", numer dwa
      wielkiej parady przebojów ubiegłego roku. Nie ma chyba w naszym kraju
      człowieka, który by nie nucił sobie żwawej melodii tego szlagieru i jego
      wpadających w ucho słów. Jakże korzystnie odbija ten tekst od innych produktów
      naszego przemysłu piosenkarskiego! Weźmy chociażby sam refren: Cookie, Cookie,
      Cookie, Cookie!
      Jesteś słodsza niż sam cukier!
      Twe gorące, czarne oczy
      Chcą mi wprost do serca wskoczyć
      Cookie, Cookie, skończ udrękę!
      Shnucki-Pucki, weź piosenkę.
      Taką piękną mam dziewczynę,
      że ze szczęścia się rozpłynę!
      Prosta, bezpretensjonalna piosenka! Z logicznego i gramatycznego punktu
      widzenia może nie bez pewnych usterek, ale za to pełna dziecięco szczerego
      uczucia i jakże łatwa do zapamiętania! Dlatego całkiem słusznie radio nadaje ją
      przynajmniej dwa razy dziennie.
      Słowa są moje.
      Do tej pory nie napisałem jeszcze ani jednego szlagieru. Po prostu nie
      wiedziałem, ze potrafię. Często przecież tak bywa, ze ktoś nie jest świadomy
      swego talentu. Bernard Shaw na przykład dopiero jako czterdziestolatek zaczął
      pisywać swoje sztuki teatralne. A Dawid musiał spotkać aż Goliata, żeby się
      dowiedzieć, jaki ma talent do strzelania z procy.
      Prawdopodobnie nigdy bym nie został tekściarzem, gdyby nie mój zwyczaj
      kreślenia na papierze różnych bzdurnych figur i słów podczas nudnych rozmów i
      konferencji.
      Zdarzyło się to na tarasie kawiarni w Tel Awiwie. Mówiliśmy o amerykańskiej
      młodzieży, o jej braku ideałów. Dorzuciwszy swoje trzy grosze zacząłem rysować
      na papierowej serwetce różne abstrakcyjne figury i opatrywać je równie
      abstrakcyjnymi podpisami: Cookie, Shnucki, Pucki, Tucki... Nagle na serwetce
      spoczął wzrok siedzącego z nami kompozytora szlagierów, Eli Distela.
      -Genialne! -aż się zachłysnął. -Absolutny szal!
      Odciągnął mnie na bok i uzupełnił swoje okrzyki wyjaśnieniem, ze uważa te
      rzucone przeze mnie bez żadnej myśli wyrazy za idealny szkielet szlagierowego
      tekstu, który wymaga tylko pewnego dopracowania. Radził mi uczynić to
      niezwłocznie.
      -W każdym tekście jest tylko kilka słów, które docierają do świadomości
      słuchacza -wyjaśnił. -Reszta jest nieważna. O, tu na przykład: Cookie, Shnucki,
      Pucki -to wystarcza.
      -A co z Tucki? -ująłem się za ostatnim wyrazem.
      -Trochę jakby odstaje. Pucki jest mocniejsze. No, bierz się do roboty!
      Dotknięty nieco zlekceważeniem Tucki usiadłem jednak przy wolnym stoliku i w
      ciągu dziesięciu minut napisałem "Cookie-Song", ten sam, który teraz jest na
      ustach wszystkich. Distel usprawiedliwiając się stagnację panującą chwilowo na
      rynku wypłacił mi 500 funtów, co ja ze swej strony uznałem za całkiem
      przyzwoite wynagrodzenie. Do wściekłych spojrzeń siedzącego z nami tekściarza,
      Uri Ben Patisha, nie przywiązywałem żadnej wagi.
      Następnego dnia dostałem telegram: "oczekuje dwunasta wejście zoo ścisła
      tajemnica benpatish"
      Poszedłem z czystej ciekawości. Ben Patish zawiązał mi oczy chustką i wciągnął
      do wozu, po czym ruszyliśmy i przez trzy godziny pędziliśmy w zwariowanym
      tempie nie zamieniając ze sobą ani słowa.
      Gdy auto wreszcie zatrzymało się i Ben Patish zdjął mi opaskę, staliśmy przed
      jakąś samotną ruiną w Górnej Galilei. Wstąpiliśmy do środka.
      W zrujnowanym pomieszczeniu, oświetlonym płomykiem wątłego kaganka, zgromadzeni
      wokół spróchniałego fortepianu oczekiwali trzej dalsi liryce od pop-songów.
      -Siadaj -rzekł Ben Patish. -I nie obawiaj się -jesteś między przyjaciółmi. To
      co widzisz jest Izraelskim Stowarzyszeniem Producentów Muzyki Pop, które w
      sumie składa się z czterech członków.
      I-Bardzo mi przyjemnie -skłoniłem się w kierunku stowarzyszenia.
      -My czterej pisaliśmy dotąd wszystkie najbardziej wystrzałowe teksty -wyjaśnił
      mi Ben Patish, a w jego glosie zabrzmiała nutka pewnej melancholii. -Teraz,
      ponieważ i ty zacząłeś pisać, musimy i ciebie przyjąć do naszej tajnej
      organizacji.
      -Dlaczego tajnej?
      -Zaraz ci wyjaśnię. Jest tajna, bo dotąd tylko cztery osoby o niej wiedziały-
      od tej chwili pięć. A tajemnica polega na gorzkiej prawdzie, ze mianowicie
      teksty szlagierów może pisać każdy. Sprowadziliśmy cię tutaj w celu
      ostrzeżenia. Jeśli naszą tajemnicę zdradzisz. ..
      -Możesz na mnie polegać.
      -Dziękuję. Ale to jeszcze nie wszystko. Nasza organizacja ma swój kodeks
      przykazań. Od ścisłego przestrzegania tego kodeksu zależy nasza przyszłość
      materialna. Oto przykazanie pierwsze: "Nie będziesz pisał tekstu na
      poczekaniu". Ty temu przykazaniu wprawdzie uchybiłeś, ale przez
      nieuświadomienie. Powinieneś zrozumieć, w jakie tarapaty byśmy popadli, gdyby
      nagle doszło do publicznej wiadomości, ze wystrzałowy szlagier można spłodzić w
      dziesięć minut. Tydzień, najmniej tydzień! -oto czego musisz wymagać. Ile czasu
      naprawdę będziesz pisał, to już nikogo nie powinno obchodzić. Jeśli o mnie na
      przykład chodzi, to pisuję swoje teksty w drodze do wydawcy. Drugie
      przykazanie: "Nie pozwolisz nigdy zmienić choćby jednego słowa". Ludzie muszę
      być przekonani, ze twoje teksty są wynikiem długiej, mozolnej pracy; ze każde
      słowo, nawet najprostsze i najgłupsze, szlifowałeś całymi godzinami.
      Przykazanie trzecie: "Nie pozwolisz, aby kiedykolwiek twój tekst inaczej się
      pojawił, jak tylko śpiewany". Kiedy jest śpiewany, traktuje się go zwykle jako
      cos ubocznego. Bez melodii natomiast od razu wyjdzie na jaw, ze jest czystą
      bzdurą.
      -Oczywiście.
      -Nie przerywaj. Przechodzę teraz do najważniejszego punktu, do problemu
      honorarium. Jest czynem absolutnie zbrodniczym brać za tekst poniżej tysiąca
      dwustu funtów. Weźmiesz mniej-nikt ci nie uwierzy, ile nieprawdopodobnego
      trudu, ile intelektualnych i emocjonalnych wysiłków kosztowało cię pisanie. W
      związku z tym wskazane jest nawet skarżyć się od czasu do czasu na bóle głowy i
      ogólne wyczerpanie...
      -Na koniec jeszcze jedno: już nie prawo, nie przykazanie. Raczej gentelman's
      agreement: żaden członek naszej organizacji nie powinien w żadnym wypadku pisać
      więcej niż tysiąc tekstów rocznie...
      Oświadczyłem, ze podpisuję się pod wszystkimi postanowieniami statutu. W
      krótkiej, ale robiącej silne wrażenie ceremonii zostałem zaprzysiężony, po czym
      wręczono mi legitymację członkowską numer 5.
      Około północy zakończyliśmy nasze tajne posiedzenie odśpiewaniem
      zaimprowizowanego hymnu:
      My jesteśmy te-
      My jesteśmy te-
      My jesteśmy te-
      kściarze!
      Ukrywamy swe,
      Ukrywamy swe,
      Ukrywamy swe
      twarze!
    • Gość: Kasia E.Kishon- GŁOWA DO POZŁOTY IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:38
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      GŁOWA DO POZŁOTY

      Kandydatów do tytułu najgłupszego człowieka świata jest wielu. Swego czasu
      miałem ochotę przydzielić ten tytuł pewnemu cypryjskiemu przewodnikowi
      turystycznemu, który pokazawszy mi kraj- obrazowe piękności Wyspy, nie mógł
      potem znaleźć drogi powrotnej. -Niech mi pan wierzy! -zawołał wreszcie
      zrozpaczony. - Przysięgam, ze wczoraj tu jeszcze była.
      Później wyprzedził go izraelski policjant drogowy przydzielony do ekipy
      zdjęciowej kręcącej według mego scenariusza film "Salach". -Jak się będzie
      nazywał ten film? -zapytał. -"Salach" - odpowiedziałem. -
      "Salach"... "Salach"... -pokręcił głową. - Nie, na tym jeszcze nie byłem.
      Ale i tego superidiotę zdystansował pewien portier hotelowy z Barcelony. Typ
      ten osiągną w nierozgarnięciu klasę wręcz światową.
      Połączyłem się z nim ze swego pokoju telefonem wewnętrznym. Rozmowa prowadzona
      w języku angielskim, który on traktował w sposób dość bezceremonialny, miała
      przebieg następujący:
      -Rano lecę do Madrytu -zacząłem. -Bardzo proszę, niech pan mi zamówi pokój z
      łazienką.
      -Pan zechce zaczekać, ja sprawdzę, proszę pana -odpowiedział portier i odłożył
      słuchawkę na bok. Zameldował się po dłuższej chwili:
      -Mnie jest przykrość. U nas wolnego pokoju brak. Pan proszony spróbować w
      przyszłym tygodniu -po czym rozłączył się.
      Zadzwoniłem po raz drugi:
      -Pan mnie ile zrozumiał. Mnie chodzi o pokój w Madrycie, nie tutaj.
      -Mnie jest wielka przykrość, ze pan ma tyle kłopot i musi jeszcze raz dzwonić z
      Madrytu. U nas wolnego pokoju brak. Pan spróbować zechce w przyszłym tygodniu...
      -Uno momento! -wykrzyknąłem pospiesznie najlepszą swoją hiszpańszczyzną. -Ja
      nie jestem w Madrycie. Ja chciałbym tylko dostać pokój w Madrycie.
      -Rozumiem, proszę pana. Ale ten hotel nie jest w Madrycie. Ten hotel jest w
      Barcelonie.
      -To ja wiem.
      -Dlaczego pan wie?
      -Bo ja tu mieszkam.
      -Pan mieszka?
      -Tak. Tutaj. U was.
      -Czy pan nie jest ze swoim pokojem szczęśliwy?
      -Jestem bardzo szczęśliwy. Ale muszę rano lecieć do Madrytu.
      -Pan pozwoli, sir, ja zniosę pana bagaż na dół.
      -Świetnie. Ale rano. Nie teraz.
      -Tak jest, proszę pana. Dobranoc, proszę pana.
      Jeszcze raz położył słuchawkę, jeszcze raz zadzwoniłem do niego:
      -To znowu ja. Ten, który jutro leci do Madrytu. Ja prosiłem pana, żeby mi pan
      zarezerwował pokój z łazienką. ..
      -Pan proszony zaczekać, sir. Ja sprawdzę.
      Przerwa trwała mniej więcej tak długo jak poprzednio.
      -Już sprawdzone. Mnie jest przykrość, proszę pana. U nas wszystkie pokoje
      zajęte. Pan proszony spróbować w przyszłym tygodniu...
      -Ja nie chcę żadnego pokoju w tym hotelu! Ja już mam tutaj pokój. Ja mieszkam w
      pokoju numer 206!
      -206? Chwileczkę, proszę pana... Niestety, mnie jest przykrość. Pokój 206 jest
      zajęty.
      -Oczywiście, ze jest zajęty. Przeze mnie.
      -A pan życzy sobie inny pokój?
      -Nie życzę sobie. Ale ja jutro rano lecę do Madrytu i chciałbym, żeby mi pan
      zarezerwował pokój .
      -Na jutro?
      -Na jutro.
      -Pan proszony zaczekać, sir. Ja sprawdzę... Czy z łazienką?
      -Tak.
      -Pan ma wielki szczęście, sir. Ja mam dla pana pokój na jutro.
      -No, Bogu dzięki.
      -Pokój 206 zwalnia się rano.
      -Dziękuję.
      -Bardzo proszę. Czy jeszcze cos, proszę pana?
      -Dużą wódkę.
      -Już podaję, sir .
    • Gość: Kasia E.Kishon-FESTIWAL GIPSOWY INŻYNIERA GLICKA IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:40
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      FESTIWAL GIPSOWY INŻYNIERA GLICKA
      Historia ta zaczęta się pewnego poranka pod koniec września, tuz przed wybuchem
      wojny Jom Kipur. Bohaterem opowieści -bohaterem w najściślejszym sensie tego
      słowa -jest inżynier Glick. Owego dnia wyszedł on z domu pogrążony w myślach
      obracających się wokół trudności zaopatrzeniowych na rynku cementowym. Pan
      Glick byt bowiem inżynierem budowlanym. Zatopiony w myślach przestał zwracać
      uwagę na chodnik i wpadł do rowu, właśnie wykopanego przez wydział drogowy
      zgodnie z planem budowy w tym miejscu kanału ściekowego.
      Inżynier Glick złamał nogę w dwóch miejscach powyżej kostki. Zabrano go do
      szpitala, gdzie przebywał do drugiej. połowy października. Kiedy został
      wypisany, na nodze miał gipsowy bandaż, chodził o kulach, ale chodził.
      W czasie, gdy inżynier Glick przebywał w szpitalu, na Bliskim Wschodzie
      zdarzyło się coś nie coś. Także przed domem inżyniera w miejscu rowu powstał
      podziemny kanał z przepisową kratkę ściekową.
      Ledwie inżynier Glick usadowił się w taksówce, którą zamierzał pojechać do
      domu, a już kierowca odwrócił się do niego i ze współczuciem zapytał:
      -Gdzie to? W którym miejscu -u góry czy u dołu?
      -W dwóch miejscach powyżej kostki.
      -Nie to miałem na myśli. Chodzi mi o to, czy na Wzgórzach Golan, czy u dołu,
      nad kanałem?
      Już chciał inżynier Glick odpowiedzieć, ze uległ tej kontuzji na ulicy Hajarden
      w Tel Awiwie, gdy górę wzięta jego głęboko zakorzeniona niechęć do poruszania
      spraw intymnych; zbyt więc pytającego słowami:
      -Nie mówmy o tym. Nic ważnego.
      Kierowca zamilkł pełen szacunku. Dopiero, gdy przyjechali na ulicę Hajarden,
      pozwolił sobie na uwagę:
      -Tacy jak pan są chlubą naszego narodu!
      Za kurs nie wziął ani grosza, natomiast pomógł inżynierowi wysiąść i
      odprowadził go do samych drzwi.
      W ten sposób zaczął się festiwal gipsowy inżyniera Glicka.
      Kiedy przykuśtykał do sklepu, był natychmiast obsługiwany poza wszelką
      kolejnością. W restauracjach kelnerzy czytali mu wprost z oczu. Naczelnicy w
      urzędach skakali koło niego jak pielęgniarki w prywatnej klinice. Każdy
      odczuwał potrzebę wyrażenia mu wdzięczności narodu, jeśli już nie całej, to
      przynajmniej w części przypadającej na głowę obywatela. Każdy uważałby za
      osobistą obrazę, gdy inżynier wcisnął mu za cos zapłatę.
      Po pewnym czasie inżynier Glick przyzwyczaił się do swego nowego statusu.
      Kłopoty pojawiły się tylko wtedy, gdy rozmowa schodziła na temat miejsc, gdzie
      odniósł rany. Inżynier, człowiek prawego charakteru, brzydził się kłamstwem,
      reagował więc na zbyt drobiazgowe pytania dotyczące syryjskiego względnie
      egipskiego pochodzenia kontuzji tym rodzajem uśmiechu, który zdawał się
      mówić: "Są rzeczy, które mężczyzna woli przemilczeć" Niekiedy opędzał się
      frazesami typu: "Ach, zostawmy to już, nie warto o tym wspominać" .
      Pod koniec listopada zamienił kule na laskę, ale biała gipsowa opaska nadal
      błyszczała pełnym blaskiem nad kostką inżyniera i na koncercie filharmonicznym
      była powodem zgoła nieoczekiwanego przyjęcia. Glick wszedł tuz przed
      rozpoczęciem koncertu i zaczął kuśtykać środkowym przejściem, gdy nagle
      publiczność jak jeden mąż powstała i urządziła mu burzliwą owację.
      Zaczerwieniony wysłuchał huraganu oklasków i dziękował skinieniami wolnej
      dłoni. Po koncercie został otoczony przez tłum właścicieli aut, którzy walczyli
      o zaszczyt odwiezienia go do domu. Gdy wreszcie zwycięzca ulokował go w swoim
      wozie, Glick wyciągnął nogę i odkrył na gipsowym bandażu napis, który jego
      sąsiad wydrapał w ciemnościach podczas koncertu: "Naród jest Pańskim
      dłużnikiem. Wszyscy dziękujemy Panu".
      Zwolna wspomnienia o rzeczywistym przebiegu zdarzeń zaczęły się zacierać w
      pamięci inżyniera Glicka. Gdy popularny śpiewak big-bitowy dojrzawszy go w holu
      hotelowym odśpiewał na jego cześć trzy szlagiery darmo, inżynier, z trudem
      tylko tłumiąc łkanie, szeptał:
      -Tak, warto było... I jeśli jeszcze raz trzeba będzie...
      Także z zaopatrzeniem w jajka, które w tym okresie były jednym z najtrudniej
      osiągalnych artykułów, nie miał Glick zmartwień -zatroszczyła się o dostawę
      gipsowa opaska prowokując do ofiarności pewną zachowującą anonimowość osobę.
      Każdego poniedziałku dzwoniła do drzwi inżyniera Glicka starsza dama i
      wręczając mu kosz świeżutkich jajek szeptała przez łzy:
      -Niech pana Bóg błogosławi, młody człowieku!
      Po czym odwracała się i uciekała w obawie przed jakimikolwiek słowami
      podziękowania. Raz tylko zatrzymała się przy drzwiach odrobinę dłużej, zebrała
      całą swą odwagę i zapytała:
      -Gdzie pan został ranny, kochany chłopcze?
      A inżynier Glick odpowiedział :
      -Nad kanałem.
      W ten sposób uczynił zadość i prawdzie, i patriotycznej potrzebie szlachetnej
      ofiarodawczyni.
      Inżynier Glick rozważa koncepcję noszenia gipsowej opaski jeszcze przez kilka
      miesięcy po wyleczeniu nogi. Najchętniej zachowałby ją na cale życie. Albo
      przynajmniej do momentu zawarcia traktatu pokojowego.
    • Gość: Kasia E.Kishon- LEKARZ CUDOTWÓRCA IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:43
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      LEKARZ-CUDOTWÓRCA
      Najlepsza rada, jaką można dać świeżemu imigrantowi, to: "Bądź pan lekarzem!"
      W latach trzydziestych, gdy imigracja z Niemiec osiągnęła swój szczyt, panował
      taki natłok lekarzy, ze co praktyczniejsze panie domu wywieszały na drzwiach
      kartki z napisem: "Lekarzy przyjmuje się jedynie po południu w godzinach od 3
      do 4".
      Dziś to już nie to. Coraz więcej ludzi choruje, coraz mniej zostaje lekarzami.
      Izrael stal się prawdziwym rajem dla lekarzy.
      To prawda, ze w Ameryce poczekalnie tez są przepełnione. Ale Amerykanie chodzą
      do lekarzy tylko dlatego, ze karty członkowskie różnych organizacji zdrowotnych
      zmuszają ich do takiej praktyki. My odwiedzamy doktorów, ponieważ dla Żyda być
      chorym to wielka uciecha.
      Co jednak sprawia, ze tyle osób choruje? Przyczyną jest szara, beztroska
      codzienność. Ludzie tęsknią za odrobiną odmiany, a ze choroba im taką odmianę
      daje, gotowi są za to płacić. A lekarze gotowi są brać pieniądze.
      Mój przypadek zaczął się od jakiegoś dziwnego uczucia pustki w żołądku, czemu
      towarzyszyło głuche burczenie*.Początkowo nie przywiązywałem do tego wagi.
      Jednak uczucie pustki wzmagało się, zwłaszcza gdy przez wiele godzin nic nie
      jadłem. Zaniepokoiło mnie to i postanowiłem poradzić się swojej starej ciotki,
      co należy przedsięwziąć.Po krótkim namyśle poleciła mi zasięgnąć porady lekarza.
      -Świetnie -powiedziałem. -Już idę do Kasy Chorych **.
      -Oszalałeś -zachrypiała ciotka. Oni są tylko od brania pieniędzy .Pójdziesz do
      Glosslocknera.
      -Kto to taki?
      -Kto to taki? Ty nie wiesz, kto to jest profesor Glosslockner? Doktor-
      cudotwórca, który uratował setki tysięcy ludzi?
      -Setki tysięcy? Ejże, ejże...
      -Przestań z tym "ejże, ejże" i biegnij do profesora Grosslocknera. Możesz z nim
      rozmawiać po niemiecku.I bądź spokojny- na pewno znajdzie u ciebie cos
      poważnego.
      Chciałem pójść od razu, zostałem jednak pouczony przez ciotkę, ze z takim
      cudotwórcą trzeba się najpierw umówić telefonicznie. Jakaś osoba płci damskiej
      zapisała mnie na wtorek za trzy tygodnie, godzina piąta dwadzieścia sześć.
      -Do tego czasu -pouczyła mnie dodatkowo -proszę powstrzymać się od jedzenia,
      picia, spania i palenia.
      Gdy przybyłem o ustalonej godzinie, zastałem już w poczekalni tłum pacjentów:
      pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu. Na moje uprzejmie pozdrowienie nikt nie
      odpowiedział. Czuło się nastrój religijnego namaszczenia.
      Drzwi prowadzące do poczekalni otwierały się i zamykały bezgłośnie, biało
      przyodzianie siostry przemykały jak duchy: ustawiały półnagich mężczyzn w
      kolejkach i gęsiego prowadziły ich do sąsiednich pomieszczeń. Wszystko działo
      się z przerażającą precyzją- był to monstrualny, świetnie naoliwiony mechanizm.
      Przez pół godziny przyglądałem się temu ze wzrastającym respektem, aż podeszła
      do mnie jedna z pielęgniarek i nakazała pójść za sobą. Weszliśmy do pokoju
      przyjęć. Siostra sięgnęła po wielkie pudlo z kartoteką i zaczęła spisywać moje
      personalia. Nazwisko? Urodzony? Z jakiego kraju pochodzi? Zawód?
      -Dziennikarz.
      -Dwadzieścia sześć funtów. -Dlaczego tak dużo?
      -To jest taksa za pierwsze badanie. Tylko koledzy i osoby po- krewnych zawodów
      korzystają ze zniżki.
      -To bardzo dobrze. Ja reperuję tez maszyny do pisania.
      -Momencik -pielęgniarka sprawdziła w jakimś obszarpanym skorowidzu. -
      Dwadzieścia pięć pięćdziesiąt.
      Wpłaciłem ulgową taksę i wróciłem na swój posterunek do poczekalni. Już po
      dwóch godzinach zostałem zaprowadzony przez inną siostrę do pokoju, w którym
      znajdowała się jedynie kozetka. Ponieważ pielęgniarka była osobą starszawą,
      godną zaufania, odważyłem się zapytać, za co właściwie ten stary łotr żąda tyle
      pieniędzy.
      -Mój mą nie jest instytucją filantropijną -odpowiedziała pani Grosslockner. Po
      czym otworzyła grubą księgę i lodowatym głosem zapytała, co mnie tu sprowadza.
      Zabrzmi to może dziwnie, ale nie lubię rozmawiać z osobami płci żeńskiej o
      swoich dolegliwościach cielesnych, a już najbardziej w pokoju, gdzie nie ma nic
      prócz łóżka. Odmówiłem pani Grosslockner informacji i zostałem odesłany z
      powrotem na dawne miejsce w poczekalni. Zaobserwowałem tam znaczny ruch. Liczba
      sióstr, które bądź same, bądź z pacjentami pod ramię przemierzały poczekalnię,
      zdawała się nieustannie wzrastać. Nie mogłem się powstrzymać, by nie zaczepić
      swego sąsiada:
      -Skąd on bierze tyle tych pielęgniarek? -zapytałem po cichu. -Sami
      Grosslocknerowie -odszepnął mi. -Profesor ma siedem sióstr i trzech braci.
      Wszyscy pracują tutaj.
      Jeden z braci zaprowadził mnie wkrótce do łazienki, wcisnął mi do ręki próbówkę
      i kazał zrobić cos, co wywołało z mojej strony pytanie: "Po co?" -Przecież
      nigdy nic nie wiadomo -odpowiedział. I dodał jeszcze, ze profesor przyjmie mnie
      osobiście dopiero wtedy, gdy będę przeprowadzone wszystkie badania.
      Ledwie napełniłem probówkę, gdy Grosslocknerowska siostra wepchnęła mnie do
      kuchni, żeby pobrać krew i treść żołądkową. Potem wróciłem do swojej bazy
      wypadowej. O zmierzchu pojawiła się następna siostra i zażądała ode mnie oraz
      od dwóch innych pacjentów, abyśmy się rozebrali do pasa i nie opuszczając
      swoich miejsc czekali na wezwanie. O tej porze było już w poczekalni tak zimno,
      ze zaczęliśmy kłapać zębami. Jej jest bardzo przykro, wyjaśniła nam siostra,
      ale cenny czas profesora nie może być marnowany.
      -Dam panom kilka wskazówek -zechcą się do nich panowie ściśle stosować -
      ciągnęła. -Aby oszczędzić czasu, rezygnują panowie przy wejściu z wszelkich
      powitań. Wchodzicie panowie i natychmiast siadacie na trzech stołkach
      ustawionych pośrodku gabinetu; oddychacie głęboko i wyciągacie języki. W tej
      pozycji trwacie panowie dopóty, dopóki profesor nie udzieli wam innych
      instrukcji. Nie obciążajcie panowie profesora żadnymi pytaniami i uwagami - on
      wie wszystko z kartoteki. Nawet gdyby z jego strony padło pytanie pod adresem
      któregoś z was, nie odpowiadacie w ogóle, chyba ze inaczej nie można. Wtedy
      odpowiadacie jasnymi, prostymi zdaniami głównymi, zawierającymi od trzech do
      pięciu słów. A potem bez pozdrowień pożegnalnych wychodzicie. Proszę powtórzyć.
      Wyrecytowaliśmy przepisy regulaminu. Wreszcie otwarły się drzwi sanktuarium i
      usłyszeliśmy lekki gwizd.
      -Teraz! -krzyknęła nasza siostra. –Maszerować!
      Wmaszerowaliśmy do gabinetu i postąpiliśmy zgodnie z przepisami. Profesor
      odebrał paradę ozorów.
      -Jakie choroby zdarzały się w pańskiej rodzinie? -zapytał mnie.
      -Różne- odpowiedziałem (jedno słowo). -Ile pan ma lat?
      -Trzydzieści -(właściwie trzydzieści pięć, ale chciałem oszczędzić na czasie) .
      Swoją cudotwórczą ręką profesor chwycił jakiś szpikulec, dziabnął mnie w plecy,
      i zapytał co czuję:
      -Ukłucie w plecy -powiedziałem.
      -Panie Kleiner -zawyrokował profesor. -Pański kręgosłup wymaga gruntownego
      leczenia.
      -Przepraszam bardzo, panie profesorze -odezwał się pacjent z mojej lewej strony-
      ale to ja jestem Kleiner i ja...
      -Nie przerywać proszę! -przerwał profesor ze zrozumiałym gniewem, po czym
      zwrócił się znowu do mnie, by postawić diagnozę. Stwierdził lekkie
      przeziębienie spowodowane prawdopodobnie dłuższym przebywaniem z obnażonym
      torsem w nieogrzewanym pomieszczeniu. Terapia: dwie tabletki aspiryny.
      Profesor skinął, ze możemy odejść. Moi towarzysze chcieli cos jeszcze
      powiedzieć, zostali jednak obezwładnieni przez siostry i przy użyciu siły
      wyprowadzeni. Jeden z pacjentów, mały, chudziutki człowieczek, narzekał gorzko
      w czasie ubierania, ze jest listonoszem i ze chciał tylko doręczyć list
      polecony. Już po raz trzeci został dzisiaj przymusowo przebadany mimo protestów
      z jego strony. Ubiegłego miesiąca wieziono go nawet do szpitala w celu wycięcia
      wyrostka robaczkowego. Nie bez trudności i ryzyka udało mu się jednak wyskoczyć
      z ambulansu.
      _________________________________________________________________
      *W okolicach tropikalnych trzeba zwracać na żołądek szczególnie uwagę już
      choćby ze względu na dużą ilość oriental
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon- LEKARZ CUDOTWÓRCA-dokończenie IP: *.pai.net.pl 15.02.02, 09:44
        _________________________________________________________________
        * W okolicach tropikalnych trzeba zwracać na żołądek szczególnie uwagę już
        choćby ze względu na dużą ilość orientalnych restauracji, które, przywiązane do
        tradycji staroarabskich, nie dbają o higienę, jako ze tak czy inaczej wszystko
        jest w ręku Allacha.
        ** Kasa Chorych należy w Izraelu do bardzo dobrze prosperujących instytucji. Co
        najmniej pół miliona akcjonariuszy wpłaca tam co miesiąc swoje składki.
        Przedsiębiorstwo funkcjonuje znakomicie. Jedynie, gdy kto zachoruje, spuszcza
        nieco z tonu. Oferowaną przez Kasę Chorych opiekę szpitalną można określić jako
        nad wyraz skromną i nacechowaną skąpstwem. Zdarzyło się raz w szpitalu, ze
        pacjentowi, który po operacji żołądka cierpiał straszne męki głodowe, pomagano
        sugestię: "Pan je teraz kartoflankę...talerz pysznej, pożywnej kartoflanki..." -
        przekonywał go lekarz. "Dlaczego nie sugeruje mu pan czegoś lepszego? -zapytała
        asystująca przy tym pielęgniarka. -Na przykład pieczonej kury z ryżem i sałatkę
        ananasową?" Lekarz wzruszył ramionami:„Co tez pani! Pacjentowi z Kasy Chorych?"

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka