yarro
16.04.04, 08:31
Artykuł z dzisiejszego EI:
--
http://lodz.naszemiasto.pl/wydarzenia/357609.html
--
"Dokąd jedzie łódzki tramwaj?"
Piątek, 16 kwietnia 2004r.
W każdy powszedni dzień na łódzkie ulice wyjeżdża z sześciu zajezdni 200
tramwajów i 300 autobusów. Do wielu z tych pojazdów pasuje przypowiastka o
koniu, który nie chciał ciągnąć, bo gospodarz oszczędzał na podkowach i obroku...
Z zaniedbanymi łódzkimi tramwajami i autobusami jest podobny problem:
podróżuje się nimi wolno, niewygodnie oraz bez gwarancji, że zawsze dojedzie
się do celu cało i na czas. Na domiar złego, za brak komfortu i
niepunktualność przewoźnik rabatów nie daje. W Łodzi ceny tramwajowych i
autobusowych biletów ciągle należą do najwyższych w kraju.
Było pod górkę, jest pod wiatr
Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne jest jednoosobową spółką gminy Łódź i
kolejne podwyżki cen biletów zatwierdzają radni. Łodzianie jednak sądzą, że
MPK nadal za tymi podwyżkami stoi i jest odpowiedzialne za to, że po
wyboistych ulicach jeżdżą rozklekotane autobusy, a po krzywych i zdartych
torach stare wagony.
Tymczasem od 1 sierpnia ubiegłego roku za wajchą symbolicznego łódzkiego
tramwaju stoi dwóch motorniczych: MPK i Zarząd Dróg i Transportu. Decyzję o
powołaniu Zarządu podjął prezydent Łodzi w lipcu ubiegłego roku. Teraz to
inspektorzy z Zarządu decydują, czy łódzki tramwaj będzie stary czy nowy,
dokąd ma jeździć i po czym. Wziął też w swoje ręce finanse MPK, łącznie z
pieniędzmi za sprzedane bilety – jakieś 250 mln zł.
W odmienną rzeczywistość łódzkie MPK wkroczyło nieco wcześniej. W połowie
stycznia ubiegłego roku z funkcją prezesa przedsiębiorstwa pożegnał się
Czesław Rydecki. Zarzut brzmiał: rozrzutność, której przejawem był m.in. zakup
15 cityrunnerów po 8 mln zł każdy. Zdymisjonowany prezes nie krytykuje powodów
odwołania.
– Brałem kredyty, żeby inwestować w unowocześnianie taboru i torowisk, a nowy
prezes ma widocznie inny patent na uratowanie komunikacji miejskiej przed
całkowitą zapaścią – mówi tylko.
Stan techniczny taboru MPK rzeczywiście jest kiepski. Z 453 tramwajów,
zaledwie 25 przeszło gruntowną modernizację. Mimo to, te po remoncie w
porównaniu z cityrunnerami nadal wyglądają jak warszawy przy mercedesach.
Pozostałe tramwaje, średnio 16-letnie, hałasują aż bolą uszy, trzęsą, kiwają
się na boki, latem grzeją, a zimą ziębią.
Spośród 392 autobusów ponad 150 to w dużej mierze stare modele ikarusów i
jelczów. Niektóre liczą sobie po 22 lata. Ulice i torowiska, po których
przewala się codziennie cały ten sprzęt do przewozu ludzi, też domaga się
odmłodzenia. Zadanie niemal beznadziejne, bo co roku po zimie nadzieja na
gładkie jeżdżenie po ulicach przepada w nowych dziurach. Według Zarządu Dróg i
Transportu, na 250 km torów 60 km wymaga gruntownej przebudowy. Natomiast
według niezależnych fachowców, tylko 35 km torów spełnia polską normę.
Krakowski desant
Na taki wyboisty łódzki grunt wstąpił ekonomista Krzysztof Wąsowicz,
wiceprezes krakowskiego przedsiębiorstwa komunikacyjnego, od 12 września
ubiegłego roku prezes Zarządu łódzkiego MPK. Poprzedziła go sława
bezwzględnego krakowskiego centusia. Zapowiedział drakoński program
oszczędnościowy ze zwolnieniami grupowymi włącznie. Przywitały go gwizdy
przyszłych podwładnych.
Prezes Wąsowicz dziś mówi, że wiedział, w co się pakuje. Znał organizację
przedsiębiorstwa, wiele rzeczy zaskoczyło go pozytywnie, były jednak i
zaskoczenia negatywne.
– Kiedy przyszedłem do firmy, zastałem na biurku rachunki do zapłacenia na 150
mln zł, w tym 20 mln zaraz, bo wierzyciele stali pod drzwiami. Ja zostałem
poproszony do Łodzi po to, by wyciągnąć przedsiębiorstwo z dołka zmniejszając
koszty z 277 mln zł w 2002 roku do 240–250 mln zł, bez szkody dla łodzian
jeżdżących środkami komunikacji publicznej. Uznałem, że to możliwe.
Mówi też, że w pracy przyświeca mu żelazna dewiza: nie rób więcej niż
potrzeba, w przeciwnym razie zeżrą cię koszty. Przestrzega też innego
ekonomicznego przykazania: – Zrobić dobrze i drogo każdy głupi potrafi. Nie
zrobić i nie wydać też. Sztuką jest zrobić dobrze i wydać jak najmniej. I ja
tego trzeciego wymagam, bo to jedyny ratunek dla łódzkiego MPK.
W planach prezesa nie ma miejsca na zakupy nowych tramwajów i autobusów.
Uważa, że przeinwestowanie jest równie zabójcze, jak całkowite zaniechanie
inwestycji. Jako przykład wyciąga cityrunnery:
– Po co kupowano 15 tramwajów, kiedy na linii „10” wystarczy 11? Przecież one
po innych torach nie mogą jeździć. To byłoby tak, jakby jechać ferrari po
polnej drodze. Cityrunnery na nieprzystosowanych torach spisywałyby się gorzej
niż nasze stare pociągi. Stary tramwaj jakoś się kolebie na nierównościach,
wytrzymuje „żmijkowanie”. W cityrunnerze urwie się wszystko.
Volvo w krzakach
Mechanikom, kierowcom i motorniczym niemal obsesyjna oszczędność Wąsowicza
staje kością w gardle.
– On doprowadzi cały tabor do ruiny – zżyma się kierowca autobusu. – Doszło
już do tego, że w autobusach wyłącza się ABS, zdejmuje czujniki zużycia
hamulców. Zamawia się za mało części. Brakuje śrubek, żarówek, filtrów paliwa
i oleju na wymianę. Kierowcy z własnej kieszeni kupują paski klinowe! Kiedyś
przegubowiec jeździł po mieście z jedną świetlówką. To się robi niebezpieczne.
Trzy autobusy przegubowe volvo mają uszkodzone urządzenie, które spina naczepę
z przednią częścią. W każdej chwili naczepa może się oderwać od reszty wozu!
Mało tego. Nie działają hamulce, które unieruchamiają autobus na przystanku,
gdy są otwarte drzwi. On sknerzy kosztem bezpieczeństwa pasażerów. Sytuacja
jest taka, że 85 procent taboru ma usterki. Nic się już nie liczy, tylko
przejechane kilometry, za które płaci firmie Zarząd Dróg. Niech ktoś wreszcie
przyjdzie i zobaczy, co się wyrabia w zajezdniach. W tej przy Limanowskiego, w
„getcie” albo inaczej – w „krzakach”, stoi 8 kilkuletnich volvo, które są
„dawcami” części do innych wozów. To samo dzieje się z tramwajami.
Cityrunnerów jest 13, a wyjeżdża w trasę 4–5.
– Nie mamy wyjścia, musimy na wszystkim oszczędzać – odpiera zarzuty Wąsowicz.
– Na częściach, etatach, wodzie, prądzie, ogrzewaniu. Póki mamy nadmiar
taboru, będziemy przy remontach dokonywać „przeszczepów” części, bo na zakup
nowych jesteśmy za biedni. Dobrze, że kierowcy i motorniczy sygnalizują brak
części typu pasek czy żarówka. Ale ja teraz wymagam, żeby każda naprawa była
uzasadniona. A było tak i nadal bywa, że mechanik wymontowuje dobrą jeszcze
część i wstawia nową.
Wąsowicz zapewnia, że cały tabor jeżdżący po Łodzi jest sprawny.
– Pan prezes jest kutwą, gdy trzeba kupić pasek klinowy, każe w piątek
wyłączać w firmie ogrzewanie, ale sam nie mieszka w gościnnym pokoju, tylko w
wynajętym na koszt miasta mieszkaniu – mówi jeden z pracowników MPK.
– Na takich samych zasadach korzysta z mieszkania dyrektor wykonawczy Jarosław
Malec, też z krakowskiego desantu. Są dopieszczani wysokimi poborami i
służbowymi „furami”.
Krzysztof Wąsowicz zaprzecza pogłoskom, że nie dba o unowocześnienie taboru,
gdyż nie obchodzi go, co się stanie z łódzkim MPK po wygaśnięciu jego
kontraktu. Zapewnia, że nie ma zamiaru czmychnąć, że po zakończeniu programu
naprawczego wdroży program rozwoju.
– Moim następnym posunięciem będą inwestycje – obiecuje. – Bez nich za kilka
lat połowa taboru nie wyjedzie na trasy.
– Nawet jeśli gość mówi szczerą prawdę, nie wróżę mu sukcesu – kwituje bez
ironii plany Wąsowicza fachowiec z tramwajarsko-autobusowej branży. – Na
remonty samych tramwajów potrzeba dużo pieniędzy. W tegorocznym budżecie MPK
jest zarezerwowane na ten cel zaledwie 10 mln zł. Kiedyś było po 40 mln na rok
i też nie starczało. A co będzie z pieniędzmi na remonty torowisk,