zamek
14.10.04, 23:17
Jedziemy z mamą do Saidy (mam nadzieję, że jeszcze pamiętacie tę zacną
forumowiczkę). Na skrzyżowaniu Żwirki z Żeromskiego musimy się zatrzymać i
przepuścić parę pędzących drogą z pierwszeństwem aut. Jedno, drugie... po
jakiejś chwili naszą uwagę przykuwa ciemny kształt poruszający się po chodniku
w stronę jezdni Żeromskiego. Pędzi, ile sił w krótkich łapkach. Mała, zwinna
kuna. Zupełnie nie wiem, skąd się wzięła w środku wielkiego miasta. Może
mieszkała w parku Poniatowskiego, ranem wybiegła na drugą stronę ulicy, aby
poszukać tam jakichś smacznych kąsków, a teraz, krótko przed zmierzchem
chciała wrócić do siebie. A tu ruch, szczyt komunikacyjny.
Gdybym tylko mógł, zatrzymałbym ją, przeniósłbym, aby tylko nie przekraczała
ulicy. Ale wiem, że to nierealne. Przecież panicznie przestraszy się
zmierzającego w jej stronę człowieka. Tylko pogorszę sytuację. Mogę się tylko
przyglądać. Tymczasem jakoś udało się jej przebyć jedną jezdnie. Zwinnie śmiga
ponad torowiskiem - szczęśliwie akurat nie jadą tramwaje. Jeszcze tylko
kolejna jezdnia. Tylko i aż. Kierowca szarego samochodu nawet pewnie nie wie,
że przejechał zwierzątko.
Tak, wiem, takich faktów są tysiące. Ileż razy omija się rozjechane truchełka
na szosie. Ale, do jasnej cholery, my naprawdę zajmujemy za wiele miejsca na
tym świecie. I nie zamierzamy się ani trochę posunąć. Nie wymagam, abyśmy
wrócili na drzewo, broń Boże. Ale cóż nam szkodzi, ot, po prostu, wziąć do
naszej życiowej kalkulacji to, co dzieje się wokół nas? Wyjechać trochę
wcześniej, pojechać trochę wolniej czy uważniej..., kogoś ocalić?
Tyle. Wściekły i smutny jestem. Dobranoc, śpijcie dobrze.