Gość: łaże
IP: *.retsat1.com.pl
28.02.05, 16:03
polityka.onet.pl/artykul.asp?DB=162&ITEM=1216807&MP=1
BIANKA MIKOŁAJEWSKA
"Szeryf z innej gliny
Łódzcy policjanci domagają się odwołania swego komendanta, bo za dużo wymaga
Policjanci z Komendy Wojewódzkiej w Łodzi zbuntowali się przeciwko swojemu
komendantowi. Domagają się jego odwołania, a jeśli żądanie nie zostanie
spełnione – zamierzają rozpocząć akcję protestacyjną. Nie podobają im się
wprowadzone przez szefa porządki.
Inspektor Janusz Tkaczyk trafił do Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi w maju
2004 r. Jego poprzednika odwołano po tym, jak policja w zamieszkach podczas
juwenaliów śmiertelnie raniła dwójkę młodych ludzi. Zamiast gumowych kul do
pacyfikacji tłumu użyto ostrej amunicji. W policyjnym magazynie broni panował
bałagan: opakowania pocisków nie miały oznaczeń umożliwiających ich
rozpoznanie. Nie był to jednak pierwszy znak, że w KWP w Łodzi źle się dzieje
– w rankingu komend prowadzonym przez Komendę Główną od dłuższego czasu
zajmowała ona ostatnie miejsce. Potrzebny był ktoś, kto przywróci łódzkiej
policji zachwiane zaufanie społeczne i zrobi w niej porządki. Komenda Główna
postawiła na Tkaczyka, który wcześniej był komendantem wojewódzkim w
Olsztynie. Za jego rządów tamtejsza policja cieszyła się zaufaniem 82 proc.
mieszkańców regionu – był to wówczas najlepszy wynik w kraju.
W Łodzi na efekty rządów Tkaczyka także nie trzeba było długo czekać – w ciągu
kilku miesięcy wyniki wykrywalności przestępstw znacznie się poprawiły i w
ogólnopolskim rankingu komend Łódź przeskoczyła kilka oczek w górę. Wydawało
się, że wszystko idzie w najlepszym kierunku. Do stycznia.
W styczniu, w piśmie skierowanym do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i
Administracji oraz Komendy Głównej Policji, związkowcy z NSZZ Policjantów
zarzucili Tkaczykowi popełnienie przestępstwa oraz szereg nieprawidłowości w
zarządzaniu komendą i zażądali jego odwołania. Przestępstwo miało polegać na
tym, że Tkaczyk wypożyczył sobie za darmo meble z policyjnego magazynu.
Komendant tłumaczy: – Przyjechałem do Łodzi bez rodziny. Nie miałem mieszkania
ani sprzętów. Komenda miała mi przydzielić za darmo wyposażone mieszkanie
służbowe, ale nie dysponowała żadnym lokum. Przez kilka miesięcy mieszkałem w
pokoju gościnnym oddziałów prewencji, a potem w mieszkaniu wynajętym od
prywatnej osoby. W końcu władze Łodzi przydzieliły mi komunalną kawalerkę.
Płacę za nią sam. Kiedy się do niej wprowadziłem, była zupełnie pusta, więc
wypożyczyłem trochę mebli z magazynu. Przyznaję – początkowo nie płaciłem za
ich wynajęcie, bo po prostu o tym zapomniałem.
Według związkowców komendant nie miał prawa wziąć sobie do prywatnego
mieszkania państwowych sprzętów. Nie przekonuje ich ani to, że zostały kupione
jeszcze za czasów MO i są w opłakanym stanie, ani to, że komendant już płaci
za ich wynajęcie – 63 zł miesięcznie.
Mimo iż Komenda Główna uznała, że Tkaczyk nie złamał prawa, związkowcy nadal
domagają się jego odwołania. Jeśli żądanie nie zostanie spełnione – zamierzają
rozpocząć protest głodowy. – Będziemy zadowoleni, jeśli tradycji stanie się
zadość i Tkaczyk dostanie kopa w górę. A do nas niechby przyszedł choćby
najgorszy komendant w Polsce, byle nie ten – mówią nieoficjalnie.
Anonimowi dzielnicowi
– Konflikt między Tkaczykiem a związkowcami zaczął się od zdjęć. Za namową
komendanta szefowa Komendy Miejskiej Aldona Kostrzewa zgodziła się na
publikację w „Dzienniku Łódzkim” fotografii dzielnicowych. Gazeta od dawna
prowadziła akcję „Poznaj swojego dzielnicowego”. Obfotografowała już
dzielnicowych z innych miast. Została tylko Łódź – mówi oficer KWP.
– Wydawało mi się oczywiste, że dzielnicowi powinni być znani publicznie. Nie
przypuszczałam, że ktoś będzie miał coś przeciwko takiej akcji – tłumaczy
Kostrzewa.
A jednak miał. Zbigniew Jagiełło, przewodniczący NSZZ Policjantów w KWP w
Łodzi, twierdzi, że do związku z prośbą o interwencję w tej sprawie zwracało
się wielu policjantów. Nie chcieli, by ich zdjęcia znalazły się w gazecie. –
Dzielnicowy powinien być znany, ale na terenie swojego rewiru, a nie w całym
mieście czy nawet kraju, bo zdjęcia publikowane w „Dzienniku” są umieszczane
na stronie internetowej i dostępne wszędzie. Nie każdy policjant chce, żeby
jego sąsiedzi z bloku wiedzieli, w jakiej firmie pracuje. Jeśli się znajdzie
dziesięciu sąsiadów, którzy nie lubią policji – będzie miał codziennie cztery
kichy w zaparkowanym pod blokiem samochodzie. Albo wyjedzie na wakacje, będzie
sobie siedział z kiełbaską i piwem przy ognisku, a jakiś lump, który widział
go w gazecie, rozpozna go i dokopie – bo policjant na urlopie nie ma broni –
mówi Jagiełło.
– Ujawnienie twarzy w gazecie zamyka nam drogę do awansu, gdybyśmy mieli
przejść kiedyś do pracy operacyjnej – przekonuje jeden z dzielnicowych.
Chcąc zażegnać konflikt komendant Kostrzewa pozwoliła dzielnicowym, którzy nie
chcą być publicznie znani, aby wybrali sobie inne stanowiska w policji. –
Dotąd w Łodzi było ponad 270 dzielnicowych. Teraz będzie ich mniej, ale będą
zajmować się wyłącznie bezpieczeństwem w swoim rewirze. Doręczanie pism
sądowych przejmą inni funkcjonariusze – mówi Aldona Kostrzewa. Policjanci
zgodzili się na takie rozwiązanie, ale związkowcy nadal domagają się
wyjaśnienia sprawy.
Druga zmiana
Związkowcy zarzucają także Tkaczykowi, że ogranicza możliwość podejmowania
przez funkcjonariuszy dodatkowej pracy. W ubiegłym roku, gdy nie był jeszcze
komendantem, pozwolenia dostało stu z 6,5 tys. funkcjonariuszy podległych KWP.
– Kilku prowadziło własne firmy: jeden świadczył usługi remontowe, drugi
handlował materiałami budowlanymi, inny grał na weselach. Sprzedawali
ubezpieczenia, pośredniczyli w zawieraniu umów kredytowych. Był nawet cieć w
akademiku – wylicza oficer KWP w Łodzi.
– Po objęciu funkcji powiedziałem, że nie będę wydawał zgody na dodatkowe
zatrudnienie, jeśli kolidowałoby ono z pracą policjanta albo rodziło
wątpliwości natury etycznej. I staram się tego trzymać – mówi Tkaczyk.
Związkowców najbardziej rozsierdziła decyzja komendanta w sprawie Temistoklesa
Terasiewicza, sierżanta z Samodzielnego Pododdziału Antyterrorystycznego
łódzkiej policji. Po godzinach Terasiewicz występował jako zawodnik w tzw.
walkach w klatce. Dwa lata temu zdobył w nich mistrzostwo Polski. Latem
ubiegłego roku łódzki „Express Ilustrowany” opublikował relację z Gali Wolnej
Walki w Bełchatowie, której uczestnikiem był łódzki antyterrorysta. Autor
pisał, że kibicami walk w klatkach bywają często ludzie z półświatka, że
nielegalnie przyjmowane są zakłady, który zawodnik wygra. Artykuł ilustrowany
był zdjęciami Terasiewicza przygważdżającego przeciwników do podłogi i
walącego pięściami po głowie. Po tej publikacji Tkaczyk zadecydował o
zwolnieniu antyterrorysty „ze względu na ważny interes służby”. – Policja jest
instytucją zaufania społecznego. Stróż prawa nie może być kojarzony z biciem i
krwią. Poza tym nie może być tak, że policja ponosi koszty treningu
policjanta, a on zupełnie niepotrzebnie naraża swoje zdrowie – wyjaśnia dzisiaj.
Związkowcy stwierdzili jednak, że komendant niesłusznie czepia się policjanta.
– Przecież takich walk uczy się w szkole policyjnej. Nie można zwalniać
policjanta na podstawie prasowych doniesień – mówi Jagiełło.
Po kilku miesiącach Terasiewicz został przywrócony do służby – Komenda Główna
uznała, że zwalniając go komendant nie dopełnił formalności. Po powrocie do
pracy antyterrorysta oświadczył, że nie zamierza rezygnować z walk w klatce.
Partia niebieskich
Komendant Tkaczyk zapowiedział także, że nie będzie tak przychylnie jak jego