Dodaj do ulubionych

opowiadanie

07.09.01, 21:25
witam wszystkich grafomanow , jest to watek zapozyczony z jakiegos forum ( nie
wiem jakiego)
ale proponuje go rozwinac u nas , jest to opowiadanie deliryczno-porazajace , o
tematyce wspolczesnej
wszystkie postacie w nim wystepujace sa absolutnie fikcyjne , a zbieznosc
faktow przypadkowa ;))))


zblizal sie wieczor
za oknem widac bylo szarzejace pooli niebo
ale nudy -westchnela kx - hyba tu padne
moze sie gdzies wybierzesz - zapytal znienacka Glos_Wewnetrzny
zamknij sie - niespodziewanie ostro zareagowala kx , ale po chwili popadla w
refleksje , moze on jednak ma racje? - pomyslala
pewnie ze mam, ja zawsze mam - buldoczyl sie Glos_Wewnetrzny
dobra dobra , nawet jak masz racje mozesz sie zamknac - skonczyla dyskusje kx -
ide potanczyc , tylko qurcze gdzie?
Kx nalezala do osob energicznych i szybko podejmujacych decyzje wiec
postanowila ze najpierw wyjdzie z domu , a potem sie zobaczy.

Tak wiec kx szykowala sie juz na spotkanie z przeznaczeniem , przemierzrajac
piekne uliczki Lodzi , gdy tymczaem w pewnej Kawiarence Internetowej...
- Zenek , plan jest taki ; ja go lapie za rece ty za nogi , a Bodzio niech dla
pewnosci wylaczy szybko prad , no a potem wywalamy i bedzie spokoj...
- dobra chlopaki pozbywamy sie go , tylko szybko - szepnal konspiracyjnie Bodzio
Jak uradzili tak zrobili , plan zostal zrealizowany w iscie ekspresowym tempie
i niczego nie podejzewajacy HuBar nagle zetknal sie bolesnie z pobliskim
chodnikiem...
- I nie waz sie nastepny raz siedziec tu 5 dni bez przerwy!!! - zegnal go
zloworgi okrzyk pracownikow kawiarenki czynnej " do ostatniego klienta"

hubar wstal powoli , otrzepal spodnie , wyrzucil niepotrzebna mu juz myszke ,
ktora chwycil w odruchu desperacji , i rozejzal sie wokolo..
jaki piekny wieczor - pomyslal
szybko poszlo , ale jescze pare postow bym napisal - westchna cicho
no ale skoro mam wolny wieczor , to moze sie gdzies wybiore ?

i to narazie tyle czekam na ciag dalszy...

Obserwuj wątek
    • .pepe. Re: opowiadanie 10.09.01, 21:32
      Szedł więc Hubar ze spuszczoną głową, do jego uszu dochodziły odgłosy
      zatrzaskiwanych okiennic kolejnych kafejek, których właściciele dzwonili do
      siebie ostrzegając o zbliżającym się śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie wiadomo
      kiedy spostrzegł, że jest już na ulicy Brzeźnej, zaledwie kilkanaście metrów
      przed nim tętniła światłem ulica Piotrkowska.
      -Tam do licha! -zaklął siarczyście HuBar- Dam się porwać tej dzikiej nocy, będę
      upajał się wonią rozgrzanych ciał nastolatek!... Te myśli kończył już Hubar
      biegnąc.
      -Jeszcze parę metrów i będę w samym centrum świata otoczony nieprzytomnie
      wirującymi kolorami!
      Pech chciał, że akurat Kropka na drugim piętrze w kamienicy przy ulicy Brzeźnej,
      trzy godziny wcześniej postanowiła zabrać się za porządki i akurat teraz, w tej
      właśnie sekundzie wyrzuciła całą zawartość kosza na śmieci na chodnik ułożony
      wzdłuż ulicy Brzeźnej. Może gdyby nie fragmenty przerdzewiałego zlewozmywaka,
      niedziałający od siedmiu lat czternastocalowy monitor monochromatyczny, którego w
      końcu kropka postanowiła się pozbyć, i gdyby nie stary akumulator od Wartburga
      353, pierwszego auta kropki, niestety dawno już oddanego na złomowanie, może
      gdyby nie te wszystkie rzeczy- Hubar opętany pragnieniem zapomnienia się tej
      szalonej nocy, nie zauważyłby nawet całego incydentu... I nie leżałby teraz,
      drugi już raz tego wieczoru, na wygrzanych jeszcze słońcem letniego dnia, płytach
      chodnikowych.
      Nie kłamią psychologowie twierdząc, że agresja obraca się przeciwko jej źródłu.
      Miała się o tym przekonać kropka, choć leżąc kilka dni później na podłodze w
      pokoju sypialnym, przygnieciona ogromnym, pachnącym świeżym drewnem, statywem,
      nie skojarzy tych dwóch wydarzeń. Kropka w momencie zdarzenia, jak zwykle zresztą
      od paru miesięcy, w uszy miała wciśnięte słuchawki walkmana, urodzinowego
      prezentu od siostry swojego szwagra. Nie usłyszała krzyku Hubara...
      Kx rytmicznymi podskokami zmierzała Piotrkowską w kierunku alei Piłsudskiego, w
      ręku ściskała drucik balonika, jaki otrzymała na zakończonych właśnie targach
      dentystycznych którymi żywo interesowała się, i nagle usłyszała krzyk. Nie był to
      wprawdzie krzyk HuBara, który od dobrych piętnastu minut leżał około dziesięciu
      metrów od skrzyżowania Brzeźnej z Piotrkowską i myślał nad zemstą, lecz krzyk
      Głosu_Wewnętrznego.
      -Do stu tysięcy aparatów ortodontycznych! Tam ktoś leży!
      Kx zbladła w jednej chwili, nawet nie zauważyła jak balonik pękł z rozpaczy na
      ten wstrząsający widok, i puściła się biegiem w kierunku leżącego nieznajomego.
      - Jaki on ładny! -pomyślała kx.
      - Jakaż ona powabna -odpłacił komplementem za komplememnt HuBar.
      Kx, zdając sobie sprawę, że się rumieni a przez to rumieniąc się coraz bardziej,
      pomogła wstać nieznajomemu...
      [kto następny?]
      • kropka. Re: opowiadanie 11.09.01, 22:04
        Ach! - krzykneli oboje jednocześnie.
        A był powód do krzyku. HuBara było pół. Tylko jedna, jedyna połówka.
        Druga, odcięta ostrą krawędzią zrzuconego zlewozmywaka - zniknęła.
        Cholera - pomyślał HuBar
        Do licha - odmuślała kx.
        Tymczasem niezauważona przez nikogo połówka HuBara, dalej zwana pepe, spokojnie
        dotarł(a) do Piotrkowskiej. Nareszcie wolny - pomyślał - najwyższy czas
        rozpocząć samodzielny żywot!
        Rozpocząć?!!! Powoli zaczął sobie przypominać dawne, przedforumowe dzieje.
        Był synem czerwonej kmerki i czerwonoarmisty taliba. Z natury obdarzony
        żywiołowym, zimnokrwistym temperamentem, biegał swobodnie po świecie i swymi
        czerwonymi pomidorami molestował palestyńskie amazonki. Obcinał im rumiane
        pośladki i smarował na przemian sokiem malinowym i zasmażką.
        Życie upływało mu wesoło i kolorowo owocnie. Aż któregoś dnia, właśnie na
        Piotrkowskiej.........
        [nastepna proszę]
        • hubar Re: opowiadanie 11.09.01, 22:11
          Znalazł swoją , troszkę podpsutą połówkę. A że nieopodal był krawiec , toteż
          skorzystał z jego usług. I tak już cały i zdrowy, po zjedzeniu energetycznych
          sajgonek poszedł do swej drogiej koleżanki. Tym razem nogi zaniosły go szybciej
          niż myślał. Drzwi otworzyła ona- w pzreświtującej skompej koszulce nocnej,
          jednym skinieniem palca zaprosiła go do środka. Czego się napijesz? zapytała
          kropeczka...
          • kropka. Re: opowiadanie 11.09.01, 22:23
            soku pomidorowego - wyszeptał i padł, bo partacz-krawiec nie zrobił supełka na
            końcu ściegu i wszystko sie rozpruło.
            Do diabła - krzyknęła kropka - dopiero sprzątałam!!!!
            • hubar Re: opowiadanie 11.09.01, 22:33
              Krzyki te usłyszał mac. który zbiegiem przypadków był właśnie synem krawca! O
              Boże !- zawołał- co ten partacz narobił - i rozpoczął naprawę podupadłego
              HuBara.
              W ten sposób już po paru minutach był gotów. Przepraszam bardzo- zapytała
              słodkim głosem kropka- czy mógłby pan wyjść? bo chcemy zostać sami-. Ze
              spuszczonom głową mac. wyszedł , trzaskając drzwiami za sobą. -Może przyłożyć
              lodu do ran?- zapytała ochoczo kropka, HuBar leżał jak nieżywy ale skinął
              głową. Kropka zaczęła dziwnie się zachowywać, w jej oczy wstąpił diabelski
              błysk - to teraz się zabawimy!- zawołała, po czy zaczęła się rozbierać...
              • kropka. Re: opowiadanie 11.09.01, 22:53
                Nieżywy HuBar śledził zamglonym, rozmarzonym wzrokiem każdy ruch jej ręki
                powoli rozpinającej pierwszy guzik szlafroczka...i drugi......i trzeci.....
                do licha, ileż tych guzików?! - myślał drżąc w ostatnich konwulsjach - czy
                zdążę choć zobaczyć jej łabędzią szyję?
                Powoli zsunęła z siebie przezroczystą tkaninę, która miękko otuliła jego
                skrwawione ciało. Powolnym ruchem sięgnęła do zapięcia na plecach......
                zaraz...zaraz....szeptał rozanielony HuBar....będzie moja...tylko moja.....
                ......aż do śmierci (mojej)!
                I gdy wydawało się, że zapięcie puściło, stęsknionym oczom HuBara ukazał się
                spód drugiej połówki żeliwnego, przerdzewiałego zlewozmywaka, który niestety,
                nie tak miękko jak szlafroczek, walnął w jego rozgorączkowaną, roanieloną,
                pełną brudnych myśli głowę.
                Do diaska - zdążył pomysleć - nie sprawdziłem, czy dokładnie posprzątała!
                • vladip Re: opowiadanie 11.09.01, 23:46
                  Tymczasem parę dni wcześniej kilka tysięcy kilometrów stąd....

                  Mag chodziła szybkim krokiem po domu , jej irytacja była z godziny na godzinę
                  coraz większa...
                  A wszystko to przez tego szalonego aborygena który podarował jej pod
                  eukaliptusa ( gdyż nie miała choinki) bumerang , a który bezskutecznie
                  usiłowała od 3 miesięcy wyrzucić...
                  Może powinnam pogadać z moim znajomym szamanem ? – pomyślała
                  Taaak tylko on mi pomoże... - postanowiła
                  Więc szybciutko osiodłała swojego ulubionego kangura Bango i długimi skokami
                  pognała w stronę najbliższej , oddalonej o jedyne 300 mil wioski...

                  Się ma – rzuciła przyjaźnie po przybyciu na miejsce
                  Czółko – odezwało się parę przyjaznych głosów
                  Co tam ? – zapytał szaman – słyszałem że masz problemy z bumerangiem...
                  Oooo – zdziwiła się mag – duchy przodków ci powiedziały ?
                  Nie , Banga , którego 3 razy o mało nie zabiłaś kiedy przechodził w pobliżu...
                  Ale ale , duchy przodków powiedziały mi że strasznie tęsknisz za krajem... nie
                  masz ochoty się tam może wybrać – rzucił od niechcenia
                  Jejku , a mógłbyś to dla mnie zrobić ?????
                  No nie wiem ,tak za nic – zagadnął dziwnym głosem szaman , obrzucając
                  jednocześnie mag powłóczystym spojrzeniem...
                  Ty ty nie pozwalaj sobie , jak chcesz mogę ci co najwyżej zawiązać na szyi moją
                  czerwoną wstążeczkę , a ty zostaniesz moim podbipiętą – zaśmiała się mag
                  wyobrażając sobie 130 cm szamana z 2 metrowym zerwikapturem w ręku... – a na
                  razie powiedz jak się mogę dostać do kraju...
                  Nie chcę mieć odbitych pięt – rzucił szaman rozglądając się nerwowo , gdyż mag
                  znana była w okolicy z lekko nieszablonowych zachowań – a co do powrotu do
                  kraju , musisz tylko złapać i przyprowadzić Wielkiego_Turkusowego_Kangura
                  Soplicę , który kręci się gdzieś w pobliżu... , a kiedy go już namierzysz
                  przyprowadź go do mnie i wtedy się zobaczy

                  WTK Soplica rzeczywiście kręcił się w pobliżu , jednak mag miała poważne
                  trudności z przywołaniem go
                  To bydlę nie reagowało ani na stanowcze prrrrr , ani na zachęcające cip cip ,
                  nawet namiętne taś taś nie robiło na nim wrażenia...
                  Wtedy właśnie , kiedy bliska była już utraty nadziei i postanowiła sobie choć
                  trochę poprawić samopoczucie robiąc piękny makijaż , w torebce natknęła się na
                  bumerang .
                  Ach rzesz ty głupie bydlę – pomyślała mag , będziesz miał za swoje – i cisnęła
                  z całej siły...
                  Bumerang leciał szybko , kręcąc się dostojnie i gdy wydawało się że minie głowę
                  kangura dosłownie o 30 cm , stało się coś nieoczekiwanego...
                  Kangur błyskawicznie złapał go w zęby i chwilę później stał już tuż przy mag
                  wesoło merdając ogonem...
                  Dalej poszło jak po maśle , szaman udzielił jej niezbędnych wskazówek , mag
                  osiodłała WTK Soplicę i w kilku skokach znalazła się w środku Łódzkiego Zoo
                  Ciekawe co to za dzień dziś mamy – pomyślała

                  Nie mogła przecież wiedzieć że będzie to dzień pamiętny...


                  • .pepe. Re: opowiadanie 15.09.01, 18:55
                    Mag zsiadła z kangura, by rozprostować kości i poczuć pod nogami polską ziemię,
                    za którą tak tęskniła. WTK Soplica tymczasem ujrzał w oddali zagrodę z kangurami
                    i nie myśląc wiele postanowił zaprzyjaźnić się z miejscowymi. Mag uśmiechnęła się
                    łagodnie obserwując jak kangur znika za pobliskimi krzakami.
                    Nad Łodzią zaczynało dnieć, zoo było zamknięte, więc nikt nie zwrócił uwagi na
                    niespodziewanych gości. Mag, rozejrzawszy się dookoła, ruszyła w kierunku
                    ogrodzenia wybiegu, na którym wylądowała. Rozkojarzenie spowodowane niecodzienną
                    przygodą dało jednak o sobie znać. Dziewczyna nie zauważyła gładkiego spadku
                    będącego brzegiem sztucznej fosy wypełnionej wodą o głębokości około pół metra. Z
                    piskiem Mag zsunęła się do brudnej, zielonej wody. Nie było nawet czasu na
                    pierwszą myśl o sposobie wydostania się, bo z obu stron, w odległości kilku
                    metrów dojrzała gwałtowne ruchy tuż pod powierzchnią wody. W ciągu sekundy
                    zrozumiała, że jest na terenie należącym do krokodyli. Mag nie widząc dla siebie
                    ratunku zacisnęła oczy a dwie bestie otworzyły swe ogromne, mocarne szczęki i...
                    kx poderwała się z łóżka z krzykiem, jej czoło było zlane zimnym potem. Przez
                    kilkadziesiąt sekund nie mogła dojść do siebie. Po tym czasie spojrzała na
                    podłogę obok swego łóżka i westchnęła głęboko. Mag leżała w tej samej pozycji, w
                    której zasnęła kilka godzin wcześniej. Na pełnych, czerwonych ustach kx pojawił
                    się uśmiech. Podeszła do Mag, pogłaskała ją po długich, czarnych włosach,
                    upewniła się, że jej dłonie są poprawnie związane czarnym, skórzanym paskiem, a
                    taśma izolacyjna trzyma się na ustach. Kx poszła do kuchni napić się czegoś na
                    uspokojenie. Koszmarne sny miała już od dłuższego czasu. Zawsze, kiedy udało się
                    porwać jakąś dziewicę, przychodziły sny, w których komuś innemu przypadała
                    przyjemność skonsumowania ciała. Kx szła korytarzem, mijając niebieskie worki z
                    napisem "H. Skrzydlewska", niektóre puste, w niektórych leżały kości bądź
                    tłustsze części, których kx, zgodnie z zaleceniami dietetyka, nie jadła. Kx
                    otworzyła lodówkę, w której chłodziła się głowa wspomnianego dietetyka i słoik z
                    baranim łojem. Wychyliła całą jego zawartość i wróciła do łóżka.
                    -muszę pomyśleć o czymś przyjemnym - pomyślała kx. Przed jej oczami stanęło to,
                    na co zawsze bardzo się cieszyła przed "ubiciem mięsa". Każda dziewica była
                    wpierw przywiązywana do fotela dentystycznego i kx oddawała się swojemu hobby -
                    wierciła w zębach. Cieszyła się jak dziecko, zmieniając wiertła, robiąc zastrzyki
                    gdzie popadnie. Wsztrzykiwała rozmaite substancje, wykazując się przy tym ułańską
                    fantazją. Już to pepsi colę (która według niej nadawała się tylko do tego celu),
                    już to barani łój, zupę pomidorową, a czasami krew pobraną wcześniej od ofiary.
                    Bawiła się przy tym zawsze przednio.
                    Rano była już w całkiem dobrym humorze, o złym śnie niemalże zapomniała...
                • hubar Re: opowiadanie 12.09.01, 19:01
                  W tym samym czasie w Łodzi , nie świadom niczego pepe przeglądał sobie oferty
                  wynajmu pomieszczeń biurowych na Manhatanie. -O kurcze, ale tam tanio!-
                  zawołał. Chciał jak najwyżej umieścić swe biuro i wybrał...
                  Wtem do drzwi zapukał vlapid. Pepe zerwał się ze stołka i podbiegł do drzwi.
                  Nieufny jak zawsze, spojżał przez wizjer i zobaczł człowieka przypominającego
                  młodego syna Świętego Mikołaja- na twarzy ciemne kędzieżawe włosy układały się
                  w małą brodę. -Chorobcia!- pomyślał pepe -czyzby to akwizytor z TePSy? Ale ja
                  mam już sztywne (łącze też)- ...
                  • kx Re: opowiadanie 14.09.01, 23:30
                    -Czego?- zapytał chropawym głosem, bo sztywne było co prawda wciąż sztywne, ale
                    przypomniał sobie, ze pod wazonikiem ze sztucznymi tulipanami na kraciastej
                    serwecie leżały już 3 niezapłacone rachunki z tepsy...
                    Powoli otworzył stare, trzeszczące drzwi. Na widok okazałego, dwumetrowego
                    dryblasa z mała bródką nieco się rozchmurzył (zawsze lubił wysokich i z
                    bródką), przygładził prawą dłonią świeżo nażelowaną grzywkę, zmrużył seksownie
                    oczy, prowokacyjne oparł się o wypaczoną framugę, rozkosznie zamruczał i
                    zapytał już grzeczniej i niezwykle miękko, jak nie Pepe– Tak baby?

                    • Gość: vladip Re: opowiadanie IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl 15.09.01, 18:29
                      No no nie podniecaj się – powiedział vladip – jestem ze STATYW`u
                      Pepe z lekką obawą wziął w rękę wizytówkę i przeczytał Secret Talib Army „ The
                      Yoda Way”
                      Aaa jesteś od Yody – ucieszył się – nie wiedziałem że staruszek jeszcze działa..
                      Spoko spoko , szykujemy akcję , jesteś nam potrzebny, widzisz mamy trudnego
                      przeciwnika , niejaka Kropka bardzo się ostatni panoszy w okolicy...

                      I Vladip razem z Pepe pogrążyli się w planowaniu tajnej operacji...
                      • mac. Re: opowiadanie 15.09.01, 19:22
                        Po kilku dniach wiedzieli już co mają robić. Powołane przez pepe służby
                        wywiadowcze wiedziały o kropce dosłownie wszystko wszystko. Począwszy od czasu
                        wyjścia do pracy po przyszłoroczne plany wakacyjne, których sama kropka nawet
                        jeszcze nie sprecyzowała. Doniosły również o planowanej przez kropkę podróży,
                        która była idealną okazją do uderzenia. Postanowili załatwić sprawę
                        pozostawiając pewną wizytówkę.

                        Atak statywem był ryzykowny. Jest to tępe narzędzie, którym ciężko cokolwiek
                        zrobić. Jego atutem jest waga. Ale potrzebny był specjalista. Ktoś kto obcuje
                        ze statywami na codzień. Wynajęli więc zawodowego fotografa. Świeżo zwerbowany
                        agent STATYWU ze statywem na ramieniu ruszył za kropką na Okęcie...
                • Gość: kx Re: opowiadanie IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl 15.09.01, 21:03
                  I jak to czasem bywa, brutalny upadek zlewozmywaka na rozmarzonego HuBara
                  spowodował powtórny rozłam i tak nie pasujących do siebie kawałków. Ku swemu
                  zdumieniu biedna Kropka zamiast jednego żywego-nieżywego popaprańca zobaczyła
                  dwie, wciąż żywe, napalone połówki. O psiakrew!- zaklęła w duchu. Na dwór z
                  nimi! I z tym okrzykiem na koralowych ustach wypchnęła nieproszonych gości
                  przez balkon na bruk, używając w tym celu czekającej nie wiadomo na co
                  gigantycznej, dwumetrowej lutownicy, potocznie zwanej wędką. Połówka zwana
                  dalej Pepe upadła dość niefortunnie na metalową kratkę ściekową, powodując
                  znaczne wgniecenia części twarzowej w partiach środkowych, bocznych i czołowych-
                  jak zanotował parę chwil później posterunkowy Stefan Chrząszcz.
                  Zabiję ją!- pomyślał parę godzin później Pepe, gdy zakrwawiony obudził się w
                  miejskiej izbie wytrzeźwień....
                  • hubar Re: opowiadanie 16.09.01, 20:43
                    Z powodu okropnego smrodu pepe szybko nie wytrzeźwiał. Leżąc tam kilka dni
                    nawet nie zauważył że został porwany przez kosmitów. Ci na nieprzytomnym ciele
                    pepe przeprowadzili eksperymenty. Naprawili mu ciałko a do mózgu wszczepili
                    chip który powoduje że od tego czasu pepe to już nie pepe ale pepe. !

                    PPodczas londowania spodka na Ziemi, nieopodal szła grupa osób.Wśród nich
                    kropka i parę dzieci. Wtem wszyscy spojżeli w górę i oniemiali z zachwytu, z
                    oświetlonego spodka ufoludki wysadziły pepe. , ale ponieważ mieli zniszczony
                    system sterowania to i źle obliczyli odległość spodka od ziemi. W ten oto
                    sposób pepe. spadł z wysokości kilku metrów na ... w objęcia kropki i stadka
                    dzieci...
                    • hubar Re: opowiadanie 16.09.01, 21:30
                      Wtem okazało się że poprzez liczne przygody pepe nie był już sam. Po
                      rozczłonkowaniu i kiedy stali się pepe i HuBarem zaszło pełno zmian.
                      Kiedy kosmici wyrzucali pepe z spodka za nim skoczył HuBar , który już
                      oprzytomniał gdyż został porwany dzień wcześniej. Kiedy kropeczka go ujżała
                      rzuciła ciało pepe w szpony wygłodniałego stadka dzieciaków i wpadłła w objęcia
                      HuBara. Teraz Cię nie wypuszczę!- zawołał. Kropka nie widząc wyjścia pogodziła
                      się z przeznaczeniem. - Ale te ufolutki Cię podreperowały, teraz jesteś wsokim
                      brunetem o jakim marzyłam- dodała kropeczka...
                      • Gość: zamek Re: opowiadanie IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl 17.09.01, 03:35
                        Ich usta już miały się spotkać, gdy spomiędzy bloków Radogoszczy padł na nich
                        snop światła. Przybliżał się błyskawicznie i już po chwili HuBar przymrużywszy
                        oczy mógł odczytać nad reflektorem zielone cyfry 41. Zanim zdążył pomyśleć, że
                        tu przecież nie ma torów, pierwsze drzwi przegubowca otwarły się z jękiem i
                        ukazująca się w nich postać zakrzyknęła: - Jest tam kto? - po chwili przyłożyła
                        sobie lornetkę do oczu i wrzasnęła zmienionym ze zdumienia głosem:
                        - Kropka?!
                        - Tak! - odkrzyknęła Kropka. - Kto woła?
                        - To ja, Geograf! A co to za przystojniak z tobą?
                        - Chodź tu, nie uwierzysz!
                        Kropka zdążyła się wyswobodzić z objęć HuBara, nim Geograf nadbiegł. Uścisnął
                        mu rękę i zdumiał się po raz drugi:
                        - HuBar? Gdyby nie ten odcisk od myszki na dłoni, w życiu bym cię nie poznał!
                        - A co ty tu robisz? - wypalił HuBar zły, że znowu, już nawet bez pepe. jego
                        randka poszła w buraki (tym bardziej, że autentyczny burak z Helenówka ryczał
                        tuż koło nich).
                        - Ja po was.
                        - Jak to?
                        - Muszę was ewakuować. Widzisz tam? - Geograf skinął w stronę Nowosolnej. HuBar
                        z Kropką przysłonili oczy i ujrzeli pałającą krwisto łunę.
                        - Co to? Pożycz - HuBar bezceremonialnie zerwał Geografowi lornetkę z szyi.
                        Przez szkła łuna wyglądała jak morze drgających czerwonych przecinków.
                        - To "poleczki.dialup" - Geograf prawie zaszeptał. - Zagraża nam. Pleni się jak
                        cholera codziennie rano i jest coraz bliżej.
                        - Ale jak ty chcesz TYM uciekać?! - HuBar był na ostatnich nerwach.
                        - Spokojna głowa. Pancerzyk się założyło, laserki w kasowniki, a i nawet napęd
                        jądrowy jest...
                        - Ja sam montowałem - wtrącił Jasam, dotąd stojący w ciemnościach. Trzymał w
                        ręku duży drewniany przedmiot, którego kształtu nie można było rozeznać.
                        - ...także nie martw się, daleko zajedziemy tą parówą - spokojnie kończył
                        Geograf.
                        - A przynajmniej wiesz, dokąd? - HuBar odzyskiwał spokój, ale bardzo powoli.
                        - Do Mag, do sztabu. Tam się was zostawi na parę dni, a my na miejscu zrobimy
                        porządek. To jak, wsiadasz?
                        • .pepe. Re: opowiadanie 17.09.01, 20:53
                          Mag jednak w sztabie nie było. Leżała związana, z zakneblowanymi ustami, tuż
                          koło łózka kx, która właśnie piła uspakajający barani łój.
                          Pepe już wcześniej, korzystając z chwilowego zamieszania strzepnął marynarkę i
                          oddaił się zostawiając gromadkę dzieci, które z wypiekami na twarzy śledziły
                          rozwój wydarzeń między HuBarem a kropką. Około trzeciej nad ranem dotarł do
                          swojego apartamentu w kamienicy na alejach Kościuszki, zapalił cygaro Piere Cru
                          Henry i zaczął przeglądać gazetę...

                          Szeroko zakrojona akcja mająca na celu zneutralizowanie dwóch najgroźniejszych
                          terrorystek na wschód od Edenu - kx oraz kropki, została obmyślona z należytą
                          dla STATYW-u skrupulatnością. Podczas, gdy na Okęciu szpieg organizacji z
                          drewnianym statywem na ramieniu wtopił się w tłum oczekujących na odlot
                          samolotu do Koluszek, pepe., wziąwszy w swoje ręce wykonanie akcji
                          unieszkodliwienia kx, zbliżał się do okien jej willi w Gadce Starej. Dawno tu
                          nie był, niemalże zapomniał już swąd palonej marihuany, najpowszechniej po
                          herbacie stosowanej używki we wsi. Vladip, otrzymawszy wcześniej polecenie
                          zdobycia pojazdu nie rzucającego się w oczy, siedział w zaparkowanym niedaleko
                          Ursusie 2812 "półsadownik" i kończył kolejnego papierosa.
                          Starogadczane indyki zaczęły tymczasem powoli przebudzać się ze snu gulgocząc
                          nieprzytomnie, a pepe. spojrzał w niebo.
                          - Warszawa-Paryż - pomyślał widząc dokładnie nad sobą przelatującego Tupolewa i
                          uśmiechnął się na wspomnienie o cudownej stewardessie latającej na tej trasie,
                          z którą wiele razy próbował wszcząć rozmowę, ale zawsze uciekała. Mówili na nią
                          ice.woman.
                          - skoro jest nad Łodzią, to musi być 6.20 rano - obliczył w ułamku sekundy
                          pepe. - kx już na pewno nie śpi. Nie ma czasu do stracenia! Pepe. usłyszał
                          tłumiony krzyk przebudzonej Mag i gwałtownie otworzył drzwi do willi kx, które
                          nigdy nie były zamykane, gdyż przybysze zawsze byli przez kx mile widziani. Gdy
                          Vladip rozprawiał się na drodze z osiłkami z firmy "H. Skrzydlewska", którzy
                          przywieźli nowy transport worków i chcieli zaparkować swego oblepionego
                          plakatami wyborczymi poloneza dokładnie w miejscu, gdzie stał wypożyczony od
                          zaprzyjaźnionych braci Gałkiewiczów Ursus "półsadownik", pepe. przedzierał się
                          przez stosy kości zmierzając do gabinetu dentystycznego kx.
                          - dam ja ci bobu! zaklęła zaskoczona kx, odrzucając uruchomione już wiertło
                          dentystyczne, aż długie, czarne włosy Mag stanęły dęba.
                          Ale pepe. nie przeląkł się groźby i srogo wlepił w kx swoje zimne, niebieskie
                          oczy. To wystarczyło, coś pękło w kx, coś wewnątrz wybuchło i ściany w
                          amatorskim gabinecie kx w jednej chwili zabarwiły się na czerwono. Pepe.
                          kilkoma ruchami rozwiązał omdlałą już Mag i , zarzuciwszy ją na ramię,
                          skierował się do wyjścia, gdy nagle usłyszał płacz. Odwróciwszy się, zobaczył
                          małą dziewczynkę szlochającą w kącie izby i przerażonym wzrokiem rozglądającą
                          się po koszmarnym otoczeniu.
                          Ach! - zrozumiał w lot pepe. - to zmaterializowane alter ego kx, przez tyle lat
                          uwięzione i zdominowane przez swoją złą siostrę chlipało sobie w kąciku. Pepe.
                          uśmiechnął się i wziąwszy alter ego kx za rękę wyszedł na zewnątrz, gdzie
                          Vladip kończył już zakopywać ciała osiłków z firmy zaopatrzeniowej złej kx.
                          Wszyscy wsiedli na ciągnik i, razem z Mag, która już odzyskała przytomność,
                          pognali w kierunku Rudy Pabianickiej, wesoło śpiewając.
                          -Mam nadzieję, że druga część misji również zakończy się sukcesem - pomyślał na
                          zakończenie tego odcinka pepe. ...
                          • kropka. Re: opowiadanie 18.09.01, 14:02
                            Tymczasem sparaliżowana przerażeniem kropka rozglądała sie wokoło.
                            Nic z tego nie rozumiała. Sprowadzono ją, by nieco uporządkowała ten forumowy
                            świat, uspokoiła rozgorączkowane głowy mieszkańców, poprawiła ich błędy,
                            wprowadziła nieco kobiecej łagodności i wdzięku w ponurą krainę zdominowaną
                            przez mężczyzn. A tu co? Coraz gorzej! Wszystko wymknęło się spod kontroli!
                            Czyżby znów coś samosie popsuło? Czy zawsze, czego dotknie, musi być nie tak?
                            Niemozliwe! Była przecież dobrze przygotowana do tej misji, wielokrotnie
                            analizowała swoje plany......coś jej zaczęło świtać.....
                            Powoli wracała do równowagi i umiejetności logicznego myślenia.
                            To przez te krasnoludy!!!!!! To one rozrabiaja, wstrętne, juz dawno karnie
                            zamknięte w szarych pudełkach, skazane na bieganie jedynie po wytyczonych
                            drogach między jedną a drugą klatką! To one psują jej szyki!!!
                            Na chwilę wstrzymała oddech, a wraz z nim zatrzymała się akcja opowiadania.
                            Dzieci, dżwigając skrwawione, bliżej nizidentyfikowane szczątki patrzyły na nią
                            swymi zielonymi, niewinnymi oczkami.
                            - w tobie ostatnia nadzieja, kropeczko, tylko ty możesz pozbierać tę
                            przemieloną masę intelektualno-cielesną, tylko ty możesz rozdzielić pomieszane,
                            popeklowane i rozgotowane kawałki HuBara, pepe i maca zawekowane w słoikach kx!
                            Kropka zdawała sobie z tego sprawę aż za dobrze. Ale od czego zacząć??!!
                            - Popatrz, szeptały dalej maluchy, nie jesteś sama! pepe stara się pomóc jak
                            może, uratował już mag, ale zapomniał o kneblu i biedna mag milczy! A jej
                            kangur? A co zrobi samotne ego kx, bez swej drugiej strony medalu? Przecież
                            będzie tak słodka i dobra, że nawet pepe z nią nie wytrzyma z nudów!
                            A czy jej dobra strona potrafi robić zapasy na zimę? Kropeczko! zrób coś
                            szybko, bo będzie za późno!
                            Tak. Musiała COŚ zrobić. Była przecież czarownicą. Uczennica Gandalfa, znała
                            jedynie dobre czary i w tym tkwił problem.
                            Zło dobrem zwyciężać. (Co za idiota to wymyślił! - a wyrżnąć wszystkich i
                            spokój! - pomyslała niepedagogicznie) Należało całą operację przeprowadzić
                            spokojnie i powoli, aby bohaterowie opowiadania nie dostali szoku pomidorowego.
                        • Gość: vladip Re: opowiadanie IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl 18.09.01, 22:23
                          Tymczasem MarcinK ze spokojem wyglądał przez okno , spoglądając na szerzącego
                          się po mieście poleczki.dialup.
                          Skąd to bydle się tu wzięło – myślał – Jak coś takiego w ogóle powstało?

                          W innym czasie , w innym mieście
                          O wielki Krotossie , kapłanie zła, warsaw z czcią pochylił głowę , przywiozłem
                          ci przepowiednię , której żądałeś.
                          Krotoss chwycił zwoje pergaminu , przełamał 7 pieczęci i zaczął czytać:

                          3 numerów IP dla pięknej Bydzi , której się nie wstydzisz
                          7 dla Warszawy , choć czasem niemrawej
                          9 dla miasta Łodzi , tam gdzie słońce wschodzi
                          1 dla kretyna co cuda wyczynia , z adresu poleczki gdzie zaległy cienie
                          1 by wszystkich wqrwić , 1 by wszystkich zjednoczyć
                          1 by wszystkie zagadać i w ciemności związać
                          z adresu poleczki gdzie zaległy cienie

                          Dobra możemy przystępować do rytuału – powiedział Krotoss

                          Za chwilę znaleźli się w ciemnej kaplicy , na ustawionych w rogach wielkiego
                          pentagramu lichtarzach złowieszczo płonęły świece. Na środku stał ołtarz
                          ofiarny , z przywiązaną do niego ice_woman

                          Po bokach stali odziani w czarne powłóczyste szaty z kapturami , członkowie
                          bractwa „forum B”

                          In nomine Dei nostri Satanas Luciferi excelsi – rozpoczął Krotoss , a echo
                          zwielokrotniało jego słowa
                          Czarna msza rozpoczęła się...

                          ...Zodacare, eca, od zodameranu! odo cicale Qaa; zodoreje, lape zodiredo Noco
                          Mada, hoathahe Saitan! – krzyknął Krotoss wznosząc nad głowę nóż o szpiczastym
                          jadeitowym ostrzu , już go miał zatopić w sercu leżącej na ołtarzu ice_woman ,
                          gdy nagle na czarnej , ozdobionej runami ścianie , zapłonął jaskrawo portal..
                          Na wszystkich demonów co to jest!? – krzyknął Krotoss. A był to właśnie
                          wywołany z nicości i chaosu poleczki.dialup , który powoli śmiejąc się upiornie
                          wyłaniał się powoli z płonącego kręgu

                          Apage! - krzyknął rozpaczliwie warsaw , ale demon tylko roześmiał się
                          szyderczo...

                          Co myśmy zrobili!? Co myśmy zrobili!? – powtarzał gorączkowo Krotoss szukając
                          rozpaczliwie jakiegoś wyjścia z sytuacji.
                          Ktoś nagle rozdzierająco krzykną -warsaw ,do jasnej cholery ,co to jest ?
                          Jest to stwor zrodzony z bezmiaru ludzkiej głupoty , wyłaniający się z otchłani
                          debilizmu , i pożerający całe IQ , na jakie uda mu się trafić – odpowiedział
                          warsaw i rzucił się do panicznej ucieczki...

                          O tym wszystkim nie mógł oczywiście wiedzieć MarcinK obserwujący szalejącego
                          demona...
                          Taaaak – powiedział cicho do siebie i zamyślił się tak głęboko , że w stojącym
                          w pobliżu akwarium aż zabulgotało.
                          Po chwili maszerował już dziarskim krokiem w kierunku demona , dźwigając pod
                          pachą niewielkie kartonowe pudło z napisem „Kot Bojowy – przed użyciem lekko
                          wstrząsnąć” . Demon oczywiście nie reagował na obecność MarcinaK , zajmując się
                          niekontrolowanym posyłaniem czego popadło - gdzie popadnie , a ten sięgną
                          spokojnie dopudełka , i wyciągną z niego wielkiego czarnego BojKota...
                          Na pochybel – krzyknął MarcinK i wziąwszy potężny zamach cisnął BojKotem w
                          poleczki.dialup , bez pudła trafiając w samo sedno...
                          Niestety sedno okazało się być położone dobre 5 metrów w lewo od
                          przemieszczającego się szybko demona..
                          Nie jest dobrze - pomyślał MarcinK – co by tu jeszcze zrobić ?




                          • kropka. Re: opowiadanie 19.09.01, 01:26
                            Wszystkowidząca kropka uniosła brwi ze zdumienia.
                            - Myślałam, że to vladip jest ukochanym uczniem Lucypera, a to krotoss!
                            No proszę, powinnam się domyśleć! A vladip jest ukochanym uczniem ukochanego
                            ucznia! Już teraz wszystko wiem!
                            Do czorta, a to czorty! Nawet MarcinK wplątały w te afery! Nikogo nie uszanują
                            biesy jedne! Czekajcie wy, jak już wiem, kto zacz, popamietacie mnie do końca
                            wieczności i jeszcze jeden dzień!
                            I jak pomyślała - tak zrobiła.
                            • kx Re: opowiadanie 19.09.01, 11:59
                              Tymczasem wspomniany wcześniej ciągnik Vladipa wolno jechał w kierunku Rudy
                              Pabianickiej....
                              Kx siedziała cichutko w kąciku i sobie dumała...Oczywiście ani kx nie była tak
                              głupia ani pepe tak sprytny, jak to się pepe wydawało. Kolonialna posiadłość kx
                              w Gadce Starej miała wszelkie zabezpieczenia nie tylko przed niepożądanymi
                              gośćmi (których system bezbłędnie selekcjonował z licznego grona wielbicieli,
                              fanów i zwolenników) ale nawet ją ostrzegał przed pojawiającymi się w umysłach
                              zamiarami wtragnięcia na posesję, o czym pepe oczywiście nie mógł wiedzieć.
                              Jego poranne wejście było więc oczekiwane. Sfingowany wybuch zaspokoił chęć
                              ataku pepe, a jej późniejszą materializację w ciało dziewczynki naiwnie
                              zinterpretował jako istnienie alter ego kx!. No proszę- wystarczyło kilka
                              wieczornych sabatów u kropki, teoretycznie poświęconym przetwórstwu buraczka
                              czerwonego, a jakich fajnych sztuczek można było się nauczyć!
                              Te myśli przebiegały przez głowę kx w ten jesienny, deszczowy poranek....Ale
                              niczym się nie zdradziła- pepe drzemał siedząc, wciąż trzymając ją za rękę i
                              przytulając do piersi, co było całkiem przyjemne w tym porannym chłodzie.
                              Trochę żałowała, że dzień wcześniej kropka własnymi ręcami obdarła mu klatkę z
                              włosów (byłoby bardziej miękko dla jej delikatnego policzka dziecka), ale w
                              końcu rozumiała, że trzeba wszystko powyrywać przed zawekowaniem...Spojrzała z
                              ukosa, lekko w górę, na twarz pepe. Swoją drogą, całkiem dzielny ten pepe-
                              pomyślała. W końcu uciekł ze słoika w trakcie wekowania i to pod koniec
                              gotowania! Inna sprawa, że w trakcie wekowania kx, kropka i danielle otworzyły
                              parę win i zabawa była przednia, a w dodatku rozbawiona danielle tak podkręciła
                              gaz, że spłonęło pół kuchni kropki co spowodowało spore zamieszanie i wizytę 12
                              strażaków, ale i tak chłopak jest dzielny!
                              -Tii tii tii bzi bzi bzi maleństwo, pepuś się tobą zaopiekuje, nie martw się
                              dziubdziaczku- zaszczebiotał nagle do niej na pół przebudzony pepe. Miała
                              ochotę walnąć go prosto w twarz za to infantylne skomlenie, ale wczuła się w
                              rolę i uśmiechnęła się głupawo, tak jak tego oczekiwał pepe. Jednak faceci to
                              chyba zawsze są nędznymi matkami!
                              Pepe znowu przysnął. Fajnie jest!- pomyślała sobie kx. Jako mały konik
                              trojański jadę sobie prosto do obozu wroga i nie trzeba było nawet nikogo
                              zabijać!
                              I rozmarzyła się, patrząc na bardzo spowoli zmieniający się dokoła krajobraz (w
                              końcu jechali ciągnikiem) i również zrelaksowana zasnęła.
                              • hubar Re: opowiadanie 19.09.01, 15:01
                                Jechali śpiwając - kupiłem sobie ciągnik , pojemność 2 400...
                                • kropka. Re: opowiadanie 20.09.01, 16:25
                                  Nagle w oczach kropki ukazały się niebezpieczne błyski!
                                  OOOOOO NIE! - zawołała. - Tacy są mądrzy? A niech się sami męczą żeby to
                                  wszystko pozbierać! Dzieci, zrzućcie tę miazgę, bo wam rączki pomdleją i
                                  fartuszki pobrudzicie! Ileż można to to trzymać. Jak autor zapomniał, to niech
                                  się sam męczy!
                                  A ten bojkot rzucony w poleczki dialup to leeeeeeeci i leeeeeeeeci!
                                  W końcu mu poleczki walczykiem odpłyną i do Wielkanocy, biedak, będzie latał,
                                  zeby choć w mazurki trafić!
                                  A .pepe. na ciągniku posuwa, ciekawe czym pedały przyciska, bo nogi w słoiku
                                  juz się psuć powoli zaczynają!

                                  Litościwie poruszyła noskiem i uwolniła biedną mag od knebla.
                                  Niech i ona ma szansę przemówić!
                                  Spokojnie zebrała zachwycone jej decyzją dzieci, zagwizdała na psy i poszli na
                                  dłuuugi spacer. Przyszłość rysowała się zabawnie.
                                  • kx Re: opowiadanie 22.09.01, 19:00
                                    Ciągnik nieprzerwanie poruszał się dalej. Koło piątkowego popołudnia
                                    przemierzali niezwykle zatłoczone centrum Łodzi. Nagle przed Ursusa wybiegła na
                                    jezdnię niezwykła postać, wysmarowana na całym ciele koncentratem pomidorowym,
                                    ubrana w strój strażaka do walki ze skażeniami chemicznymi, z barwnym
                                    indiańskim piuropuszem na głowie i bambusową dzidą w ręku. Jezu, czyżby to
                                    HuBar?- zastanowił się wytrącony ze snu pepe. Niemożliwe- pomyślał, po czym
                                    uspokojony ponownie zasnął.

                                    Po upływie odpowiednio długiego czasu ciągnik wtoczył się na podwórko wiejskiej
                                    bazy operacyjnej pepe w Rudzie Pabianickiej. Nagłe szarpnięcie spowodowane
                                    zatrzymaniem pojazdu obudziło kx, która rozejrzała się po obejściu w pełnym
                                    niedowierzania zdumieniu. Po niemiłosiernie zabłoconym podwórku walały się
                                    snopki siana, stare drzwi od stodoły, konna uprząż, brudna balia z mydlinami,
                                    stare kości pogryzione przez Burka, stary monitor monochromatyczny (czyżby ten
                                    wyrzucony przez Kropkę?), karoseria od malucha i połamana kabina prysznicowa.
                                    Ale kamuflaż!- zagwizdała w niemym podziwie i przyznała w duchu, że jednak nie
                                    doceniła terrorystycznych aspiracji pepe. W tym momencie od strony zagrody
                                    wytoczyła się ponura kobieta balzakowskich kształtów w mocno nieokreślonym
                                    wieku.
                                    No jeśli to jest jego żona, to można zrozumieć zamiłowanie do walki i chęć
                                    długiego przebywania poza domem- pomyślała kx.
                                    Wraz z nią na podwórku pojawiły się nieokreślone ilości kurczaczków, indyk,
                                    dwie kaczki i mała świnka. Podniosła jednego malutkiego kurczaczka i z wciąż
                                    rosnącym zaskoczeniem stwierdziła, że jest żywy! Spodziewała się wirtualnej
                                    projekcji nierzeczywistego obrazu kurczaczka, wytworu chorej wyobraźni,
                                    doskonałego cyborga z mikroczipem pod dziubkiem, fatamorgany, zdalnie
                                    sterowanej zabawki- słowem czegokolwiek- ale nie żywego stworzonka 15 km od
                                    centrum metropolitarnego centrum nowoczesnego świata (czyli Łodzi). Dla
                                    pewności mocno podrapała kurczaczka po brzuszku, ale jego przenikliwy pisk
                                    tylko potwierdził jej tezę. Niepewnie rozejrzała się dokoła. Trochę zaczynała
                                    się bać...
                                    • kropka. Re: opowiadanie 24.09.01, 11:22
                                      Nareszcie kx czegos zaczyna się bać!
                                      Dawaj pepe, wypuszczaj myszy ze stodoły! Całym stadem ją!
                                      • Gość: kropka. Re: opowiadanie IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl 01.10.01, 01:17
                                        Kropkę zaczynał powoli nudzić marazm panujący w forumowym opowiadaniu.
                                        Wróciwszy ze spaceru, nakarmiwszy dzieci i psy, usiadła wygodnie w fotelu
                                        podwijając swoim zwyczajem, zmęczone nieco nogi. Kręcąc loczka nad skronią
                                        przymknęła oczy i poddała się wyobraźni.
                                        - Coś cię niepokoi? usłyszała miękki głos mężczyzny życia.
                                        - Cisza.
                                        - To rzeczywiście niebezpiczne! Coś podejrzewasz?
                                        - Brak pomysłów.
                                        - TYYY???!!! I brak pomysłów???!!! Kochanie, dzwonić po Pogotowie???!!! Dzieci,
                                        prędko, krople przynieście, okłady zimne, kocem przykryjcie!
                                        Kropka jednym haustem wypiła kropelki, zagryzła orzeszkiem i szepnęła:
                                        - nalej jeszcze, proszę. Podwójną. Bez wody.
                                        Powoli rumieńce wracały na jej policzki. Szczelniej otuliła się kocem.
                                        - MAM! Poxipol!!! I królewna Marysia! Jasiek, do kx, do piwnicy! Mały jesteś,
                                        przez okienko wejdź i słoiki podawaj! Dzieci, na taczkę z nimi. Cholera, ale
                                        tego dużo, trzeba będzie ze trzy razy obracać! Kochanie, odkręcaj, ależ one
                                        dobrze zamknięte! Może maszynką?
                                        Podstawiła Królewnie Marysi trzy duże naczynia.
                                        - Wyciagaj mięsko, kochanie, po kawałeczku, spokojnie, żeby bardziej nie
                                        rozwalić. Mac do niebieskiej miski, pepe do zielonej, vladip do wiadra.
                                        Gołąbeczki, turkaweczki, zlatujcie się pomagać! Macie wyżerkę! Dobre do
                                        kociołka, a złe do gardziołka! Ty, siwy, uważaj...wypluj to! To był paleeeec!!!
                                        Rzuciła okiem, praca przebiegała w miare sprawnie. Zabrała starsze dzieci,
                                        łopatę, skrobaczkę do szyb, kilka worków i poszli na pole. Tak jak
                                        przewidywała, HuBar już nieźle wsiąkł. W ziemię. Nawet wiecej. Znajdował się
                                        w niezłym dołku. Delikatnie, cierpliwie, zeskrobywali z pojedynczych źdźbeł
                                        (- Redakcjo droga, jak to się, do cholery, odmienia: źdźbeł? ździebeł? listków?)
                                        trawy wszystko, co mogło stanowić jego elementy. Starali się nie uronić ani
                                        okruszka. Kto jak kto, ale HuBar musiał być całkiem jak nowy! A nawet nowszy.
                                        - Do chałupy z tym - zarządziła krótko.
                                        Po drodze przesunęli sedno 5 metrów w lewo. Latające wciąż poleczki dialupy
                                        trafiły wreszcie, gdzie powinny. Redakcja szybko wykorzystała moment, wsadziła
                                        ciężkie sedno do wora i zakopała głęboko w ziemię. Jacek Sarzało osobiście
                                        przytargał największy w okolicy głaz i przywalił nim poleczki.
                                        - Nie będą nam już podskakiwać! zawołał uśmiechając się wdzięcznie do kropki.
                                        - Kubek do odbioru w Redakcji - zawołał spiesząc się kończyć duuuuży artykuł
                                        o łódzkim lotnisku.
                                        W domu panowała atmosfera wytężonej pracy. W kuchni rządziła Niania.
                                        Cierpliwie, z pomocą poxipolu, sklejała znoszone przez maluchy mięsne kawałki
                                        podśpiewując przy tym:
                                        "Kropeleczka na czubeczku
                                        i już wszystko w porządeczku"
                                        - Kropeczko, powitała wchodzących, ten palec, co go gołąb połknął, należał do
                                        pepe. Od prawej ręki był. Serdeczny.
                                        - No tak, teraz pepe będzie miał wymówkę, żeby ślubu unikać! Bo na co obrączkę
                                        założy? Ten to ma szczęście w życiu! Biedna kx, starą panną na koszu zostanie!
                                        "Kropeleczka na czubeczku"...śpiewała Niania.
                                        - Nianiu, tylko uważaj, żeby chłopakom właściwe wymiary złapać, bo Zbyszek
                                        Libera wyjechał i na maszynę do przedłużania długo trzeba czekać.
                                        Zerknęła Niani przez ramię.
                                        - Chociaż temu możnaby trochę przedłużyć...przy okazji.
                                        - A przydałoby mu się biedakowi, przydało, kochaneczko - jak zwykle, Niania
                                        przyznała rację kropce.

                                        CDN...?
                                        • Gość: zamek Re: opowiadanie IP: *.mnc.pl 04.10.01, 10:25
                                          Ponieważ jednak spora część tkanek HuBara wsiąkła bezpowrotnie, Kropka
                                          zarządziła prywatne śledztwo, publikując wątek "Jak wyjść z depresji etc.", dla
                                          kamuflażu sugerując, że chodzi jej o zranioną łanię. Najbardziej zainteresowane
                                          forum elbląskie nie odezwało się; pojawiły się natomiast przesłanki, że HuBar
                                          ma wypłynąć w sobotę z wodami pokopalnianymi w okolicach Chorzowa. Już ponoć
                                          został zaobserwowany i zidentyfikowany jego szalik w biało-czerwone pasy.
                                          Interwencja Jacka Sarzały w kwestii "poleczki.dialup" udała się częściowo,
                                          gdyż część poleczek przedostała się do kanalizacji miejskiej i zaczęła się
                                          ulatniać z sedesów na Sienkiewicza 72, powodując u części Redakcji GŁ odczyny
                                          wysoce alergiczne...
                                          cdn...
                                        • vladip Re: opowiadanie 08.10.01, 20:36
                                          Życie toczyło się powoli i sennie , czasami odzywały się tylko dalekie grzmoty
                                          toczonej gdzieś daleko wojny...
                                          Tymczasem któregoś wieczora u Kropki w domu...
                                          Mamo my chcemy bajkę na dobranoc – rozdarło się jedno z dzieci
                                          Właśnie – rozdarło się następne – chcemy wiedzieć jak to było z poleczami
                                          Dobrze słoneczka , ale teraz marsz do łóżeczek – i gdy cała gromadka
                                          powędrowała do swojego pokoju Kropka weszła za nimi , przygasiła światło ,
                                          przymknęła drzwi i zaczęła:

                                          Nie za siedmioma górami, nie za siedmioma lasami i wcale nie dawno dawno temu
                                          gdzieś w centrum łodzi w pięknej industrialnej jaskini mieszkał sobie smok... a
                                          właściwie smoczyca. . Smoczyca nazywała się Akcja Była ona już w dość
                                          zaawansowanym wieku , tak więc jej ulubionym zajęciem było wygrzewanie się na
                                          słoneczku , spijanie słodkiej śmietanki tudzież przewalanie się z boku na bok
                                          na wygodnym wyrku. Jak wyglądała i ile miała głów ? czy miała ostre zęby? O to
                                          zawsze toczyły się spory... Podobnie jak spory toczyły się o to jakiego jest
                                          koloru... a sporów o kolor było co nie miara, wielcy czarodzieje kłócili się
                                          tak że nieraz wióry leciały jedni mówili Akcja jest czerwona , drudzy nigdy w
                                          życiu jest zielona itd. Itd.
                                          Ale że nikt jej naprawdę nie widział wszyscy pieszczotliwie nazywali ją Red –
                                          Akcją
                                          Tak więc siedziała sobie nasza Red – Akcja w swojej jaskini , i zajmowała się
                                          podziwianiem samej siebie...
                                          OOOch jaka ja jestem piękna i wspaniała – mówiła – i jak wszystko widzę i
                                          wszystko słyszę !!!!!
                                          A moje głowy ? no wprost coś wspaniałego... i każda ma prawo mieć swoje
                                          zdanie...
                                          Tymczasem na zewnątrz jej jaskini zaczął swój szalony taniec poleczki-dialup ,
                                          ale Red – Akcja tego nie słyszała , była wszak zajęta oglądaniem w lusterku
                                          swego nowego koloru łusek...
                                          Tymczasem chaos w łodzi pogłębiał się , zewsząd rozlegał się wrzask niewinnie
                                          mordowanych istot – a smoczyca pielęgnowała swój długi ogon. Nawet przelatujący
                                          w pobliżu czerony tramwaj , kierujący się w stronę kwatery głównej nie zrobił
                                          na niej wrażenia...
                                          I kiedy wydawało się że Łódź ostatecznie pogrąży się w chaosie zupełnie
                                          niespodziewanie coś boleśnie łupnęło ją w oko..
                                          Był to boj-kot rzucony przez MarcinaK , który skiksował nieco , odbił się od
                                          przechodzącego w pobliżu jasama i wpadł do jaskini z dzikim miałczeniem
                                          rykoszetując od ścian i mebli.
                                          O qrcze? Ki diabeł ? – zdziwiła się Red – Akcja
                                          Powoli wylazła ze swojej jaskini , rozejrzała się... a tu poleczki osiągnęły
                                          już wtedy monstrualne rozmiary... ich cień sięgał daleko poza Łódź i zaczynał
                                          docierać do innych miast...
                                          Red – Akcja cofnęła się o krok , a następnie z dzikim rykiem rzuciła się do
                                          walki.
                                          Ach co to była za walka – krew się lała , odłamki z pobliskich kamienic latały
                                          po całym mieście, a wszystkie mniejsze stworzenia uciekły, aby nie być
                                          rozdeptane przez walczących gigantów... Ostatecznie walka zakończyła się
                                          zwycięstwem smoczycy , która pokręciwszy się jeszcze chwilę po polu walki ,
                                          demonstrując swoje zwycięstwo głośnymi rykami przypominającymi gwizd parowozu
                                          skrzyżowany z jękami bizona przepuszczanego przez sokowirówkę. Następnie
                                          wróciła do swojej jaskini i zapadła w letarg.
                                          I koniec
                                          Kropka popatrzyła z czułością na śpiące dzieci, na paluszkach wyszła z pokoju,
                                          zamknęła drzwi, wróciła do kuchni i zaczęła ugniatać następną porcję
                                          semtex`u....
                                          • kropka. Re: opowiadanie 18.10.01, 21:15
                                            Dzieci słodko spały, więc Kropka z Nianią mogły kontynuować prace renowacyjne.
                                            Pepe, vladip i mac byli już wykończeni. Zapracowane kobiety spojrzały
                                            krytycznym okiem na swe dzieło. Byli niemal doskonali.
                                            Uśmiechnięci chłopcy lekko zeskoczyli z kuchennego stołu, podziękowali
                                            serdecznie i poszli na piwo.
                                            - Tylko z sokiem pijcie na początek, sił wam przybędzie! - krzyknęła Niania.
                                            Niania i Kropka już zamierzały usiąść przy herbacie, gdy Vladip zawołał:
                                            - A HuBar?!
                                            Poderwały się z przerażeniem. Zapomniana HuBarowa miazga pulsowała w kącie
                                            ostatkiem sił.
                                            - Nianiu, ratuj go! Wszelkimi znanymi czarami! Dobrymi czy złymi! Ratuj! -
                                            dyszała przerażona Kropka.
                                            - Nie wiem, czy da się jeszcze coś zrobić, kochaneczko. Strasznie nabrzdylony!
                                            Nagotuję kleju z mąki, taki zawsze dobrze trzyma i śladu nie zostawia. Zmieszamy
                                            tę pulpę z klejem i może coś da się jeszcze ulepić.
                                            Zabrały się ostro do roboty.
                                            - Chłopcy, wołała Niania, przynieście stół z pracowni, bo on taki długi, ze
                                            z kuchennego zwisa! Pod nogi podstawcie, o właśnie. Może wystarczy narazie.
                                            Nagle obie spojrzały na siebie. Chłopak był prawie gotów. PRAWIE.
                                            - Z wiadra już nic nie da się wyskrobać, Nianiu, jęknęła Kropka. Nie ma
                                            wyjścia, pójdę nad morze, może spotkam jakąś kałamarnicę! Może będzie luzem
                                            pływać, wyłowię, powinno pasować, prawda?
                                            Szczęście jej dopisało. Znalazła piękny, modrooki świeżo zdechły okaz, którego
                                            ogromne oczy miały zastąpić dotychczasowe, szaro-mętne soczewki HuBara.
                                            - No, to gotowe. Całkiem się udało, powiedziała zadowolona Niania. Złaź ze
                                            stołu, HuBar!
                                            - Nie! warknął. A dlaczego mam złazić?
                                            - Bo cały jesteś i gotów do życia - krzyknęła radośnie Kropka.
                                            - Nie chcę! A dlaczego mam chcieć? Odwrócił głowę w jej stronę.
                                            Zrozumiała. Ta mina! Wszystko było jak nowe, ale nabrzdylenie zostało.
                                            W wiadrze nie zostało już ani ociupinki miazgi, żeby powiększyć mięśnie twarzy
                                            i zmusić je do uśmiechu. Nie było wyjścia. Ona zrobiła wszystko, co było w jej
                                            mocy. Reszta należała do niego. Będzie musiał mocno trenować, aby rozciągnąć
                                            mięśnie na tyle, by usta mogły rozciagnąć się w dawnym, słodkim usmiechu.
                                            - Cóż, westchnęła Kropka, nic więcej nie zrobię. Z tym problemem HuBar będzie
                                            musiał poradzić sobie sam.
                                            • cumella Re: opowiadanie. Rozdiał 31: "gdy nie słucha się starszych" 20.10.01, 14:23
                                              Dziewczęta i chłopcy waśnie wrócili z pubu, gdzie świętowali jubileusz 17000
                                              postu.
                                              -Jakie piękne oczy - krzyknęła kx i podskoczyła z radości.
                                              -Zna się na rzeczy – szepnęła kropka do Niani. Obie spojrzały się wymownie na
                                              siebie zadowolone z pracy nad restauracją HuBara.
                                              HuBar chciał powiedzieć kx, jak bardzo uszczęśliwia go jej radość, lecz słowa
                                              ugrzęzły w gardle. Żeby choć jej słodki uśmiech odwzajemnić - pomyślał. Lecz na
                                              nic miały się jego trudy, posapywania i krople potu na czole. Kąciki ust nawet
                                              nie drgnęły. Łypnął na Nianię i Kropkę swoimi oczami raz i drugi.
                                              - Ostrożnie – krzyknęła Kropka. Lecz jak zwykle się spóźniła.
                                              Hubarowo - kałamarnicowe oko odkleiło się od jeszcze nie w pełni skostniałej
                                              pulpy.
                                              - Oooooo! - okrzyk przerażenia wydobył się z gardeł. Wszyscy zamarli patrzyli
                                              jak hubarowe oko dwukrotnie odbija się do podłogi i turla gładko do pokoju
                                              dziecięcego.
                                              Pierwszy odzyskał głowę ochman. Z impetem wpadł do pokoju dziecięcego, gdzie
                                              Julek/ Julka – kot kropki bawił się ze Skubikiem , 11-miesięcznym synkiem
                                              cumelli. Lecz za poźno! Ochman i reszta towarzystwa widzieli tylko, jak
                                              niemowlę łapie chwytem pęsetowym oko w dwa paluszki , wkłada do buzi i bez
                                              trudu połyka.
                                              -Rany Julek! Coś ty zrobił! – krzyknęła kropka.
                                              Kot podniósł się leniwie, wyprężył grzbiet, zadarł do góry ogon i mruknął – no
                                              wreszcie mnie zauważyła...
                                              Mylisz się – szepnął my Valdip – one ostatnio nikogo nie zauważają... mnie
                                              zresztą też
                                              - Rozciąć brzuch szczeniakowi! – wrzasnął HuBar – sekatorem!
                                              - Coś ty! Sekatorem ucina się łapy! – rzuciła kropka
                                              - A może by tak brzegiem kaloryfera? Też dobrze tnie... - zastanowiła się
                                              cumella.
                                              -Czy Wy już wszyscy zupełnie oczacialiście – zganiła ich kx. Obróciła się w
                                              stronę, delikatnie dotknęła ramienia HuBara i rzekła czule – Z jednym okiem też
                                              mi się podobasz mój cyklopku.
                                              Ucieszyło to HuBara niezmiernie. –Ale zaraz, zaraz - pomyślał przymrużając
                                              swoje – nieswoje jedyne oko. – Ślepego to ona mnie na pewno nie pokocha, muszę
                                              zatem dobrze pilnować tego co mam. Odkleił więc drugie oko, aby schować je w
                                              kieszeni. Lecz los najwyraźniej nie sprzyjał mu w dniu dzisiejszym. Oko
                                              wyślizgnęło się z jego ręki niczym mokry kawałek mydła, wpadło do zlewu,
                                              zatoczyło dwa kręgi i znikło w odpływie.
                                              - Teraz to już koniec!– jęknęła kropka.
                                              -Nad Ner! - krzyknął jasam. - Zaraz powinno tam wypłynąć!
                                              Chwycili za latarki i rzucili się do drzwi, tak jak stali. Bez kurtek, czapek i
                                              czapek co sił w nogach biegli nad rzekę ratować oko HuBara.
                                              -Nie podchodźcie zbyt blisko wody - wołała za nimi Niania - krochmal jeszcze za
                                              świeży.
                                              Lecz nie słyszał tego HuBar, zresztą nie zważał na nic. Korzystając ze zmysłu
                                              węchu ile tchu biegł w stronę rzeki. Jego myśli plątały się skołatane - żeby
                                              tylko znaleźć oko... żeby tylko kx się nie zmieniła zdania. Nie czuł nawet jak
                                              wilgoć oparów unoszonych nad Nerem rozpuszcza krochmal kształtujący jego
                                              ciało, które staje się coraz bardziej miękkie... lepkie i ciągliwe. Kiedy
                                              dobiegł już do brzegu, jego ciało miało już konsystencję kisielu. Nie było mowy
                                              o pozycji pionowej... wolno... majestatycznie spłynęło do rzeki i popłynęło
                                              wraz z nurtem
                                              Kiedy pozostali dotarli nad brzeg rzeki mogli jedynie w świetle latarek
                                              zobaczyć jak HuBarowa pulpa dopływa w siną dal. Osłupienie malowało się na ich
                                              twarzach.
                                              -Co my teraz poczniemy Nianiu - zaszlochała kropka.
                                              -Nie martw się kochaneczku – kochana kobieta przytuliła ją do siebie – tak to
                                              jest jak się nie słucha starszych. Ale nie martw się cos z tym zrobimy...
                                              Tymczasem HubBar...
                                              • kropka. Re: opowiadanie. Rozdział 32: 21.10.01, 18:18
                                                Mam dość! krzyknęła Kropka.
                                                A co to! Na etacie naprawiacza jestem na tym forum?! Nie mam nic ciekwaszego do
                                                roboty? Zawzięli sie na tego HuBar wszyscy, a ja mam kleić i zszywać?!
                                                Najpierw cierpliwie zeskrobałam z ziemi, to mi go zamek w kanał wpuscił! Teraz
                                                posklejałam, to cumella rozpuściła! Co jest - wszyscy psują, rozwalają, a ja
                                                jedna mam budować i cerować? W zyciu!!! Od dzisiaj - kto nabroi, niech sam się
                                                martwi, jak naprawić!
                                                Dobiegła do cumelli, złapała za pirzę i patrząc wściekle prosto w oczy
                                                wysyczała:
                                                - Ty psujo! Ty zeskorupiała makolągwo! Jazda, właź do Neru, łap sitko i do
                                                roboty! I to szybko, bo się HuBar w tym zajzajerze do cna rozpuści! Z dna
                                                wybieraj, bo jeszcze pijawki kolacje sobie z niego ugotują! A jak cokolwieczek
                                                bedzie brakowało, to ci wszystkie pąkle z głowy powyrywam, psujo jedna!
                                                Zobaczysz, jaka to robota zebrać taką miazgę wirtualną do kupy! Jak ci się
                                                szare komórki zagotują ze trzy razy - odechce ci się destrukcji do końca życia!
                                                Tylko żeby jeszcze sens to miało! Bo nie sztuka zacząć następny odcinek od słów
                                                "HuBar z Vladipem siedzieli w pubie przy piwie."
                                                • zamek opowiadanie. Rozdział 33 21.10.01, 22:40
                                                  Zamek tego nie słyszał; nie było go na imprezie, bo musiał w Pabianicach
                                                  zarabiać na herbatę bez dolewek.
                                                  Wracał właśnie swoim niebieskim CC do Łodzi. Wieczór rozgościł się już na
                                                  dobre, ale na szczęście nie było mgieł. Prawie machinalnie skręcił w
                                                  Łaskowicach w stronę Lublinka i równie bezwiednie zjeżdżał szosą ku rzece, gdy
                                                  w świetle reflektorów zamajaczył mu jasny kształt uczepiony rozłożystej
                                                  wierzby, zwieszającej się ku Nerowi. Miał czas, więc po przejechaniu rzeki
                                                  zaparkował i udał się nie bez trudu po śliskim, spadzistym zboczu ku drzewie.
                                                  Kieszonkowa latarka wpierw nie dała mu rozpoznać, z czym ma do czynienia;
                                                  wodził bezradnie jej światłem po bezkształtnej, nieco ciągnącej się masie
                                                  koloru zalewajki. Tuż obok, na brzegu rzeki, zauważył jeszcze coś niedużego.
                                                  Wpierw nie mógł skojarzyć tego przedmiotu z niczym, co znał - rzecz była tej
                                                  samej barwy, nieco podłużna, gruba jak ręka..., to zastanowiło Zamka przez
                                                  moment. Z bliska przedmiot faktycznie stał się podobny do kawałka przedramienia
                                                  z nachylonym nadgarstkiem i wyciąniętym wskazującym palcem. Wzdrygnął się, ale
                                                  sięgnął po niego. "Tak, coś jakby ręka manekina..., zobaczmy z drugiej
                                                  strony...", myślał głośno i usiłował zachować spokój. Lecz gdy odwrócił...
                                                  - HuBar!!!!!! - straszny krzyk przeszył powietrze i zagłuszył łoskot
                                                  startującego z Lublinka JumboJeta. Ręka na odwrocie miała wyraźny odcisk po
                                                  myszy, a palec zdawał się jeszcze spoczywać na lewym klawiszu.
                                                  Dobrą godzinę zajęło Zamkowi zebranie całego jestestwa HuBara wpierw do
                                                  pzrypadkowo znalezionej reklamówki, a potem do bagażnika CC, który przyświecał
                                                  tej operacji drogowymi światłami. Zamek, choć bardzo roztrzęsiony, ruszył
                                                  jednak ku domowi z półpłynnym HuBarem w kufrze. Pod blokiem zaparkował; wpierw
                                                  wszedł do domu po walizkę, wrócił z nią, włożył (wlał?) do niej HuBara i na
                                                  powrót udał się do siebie.
                                                  W domu w ruch poszła mikrofalówka; wkładał do niej HuBara po kawałeczku, aby
                                                  tylko trochę go podsuszyć, coby dał się on lepić. Pierwszy kawałek trochę się
                                                  przesuszył, ale kieliszek Remy Martin nadał HuBarowemu torsowi należytą
                                                  konsystencję; poza tym dało się zauważyć, że po koniaku kawałek HuBara wyraźnie
                                                  przeciągnął się z lubością. "Dobra nasza" - pomyślał Zamek i kiedy cały HuBar
                                                  miał już odpowiednią plastyczność, wrzucił go na stolnicę. Ugniatał go
                                                  zawzięcie niczym Kropka. domowy chleb, a koniaku doń nie żałował. I faktycznie,
                                                  po kilkunastu minutach ciastowaty jeszcze jeszcze HuBar zaczął podśpiewywać
                                                  piosenkę o chryzantemach, przetykając ją gęsto bluzgami. Zamek, trochę
                                                  zaniepokojony reakcją HuBara (choć wyraźnie zadowolony ze swoich umiejętności
                                                  rezurekcyjnych), na wszelki wypadek wlał HuBarowi resztę koniaku do gardła, po
                                                  czym ten jeszcze raz czknął kuchenną łaciną i zasnął w Zamkowym łóżku. Zamka
                                                  martwiło też trochę, że nad Nerem nie udało mu się znaleźć niczego podobnego do
                                                  oczu HuBara, ale zaświtała mu budząca nadzieję myśl: "Byle tylko do klawiatury
                                                  trafił i na forum wszedł, dalej sobie poradzi".
                                                  Nastał ranek i z gotowym już HuBarem należało coś zrobić. HuBar, mocno
                                                  znieczulony koniakiem, spał jak dziecko (gdyby umiało tak chrapać!). Zamek,
                                                  który musiał wkrótce iść do pracy, wreszcie zdecydował się go obudzić, po
                                                  przyjacielsku trącając w policzek.
                                                  - Co jest? - wymamrotał HuBar - Która godzina i czemu tak ciemno?
                                                  - Jak się nie ma oczu, to musi być ciemno. Dobrze, że masz resztę. Coś Ty
                                                  wczoraj nabroił?
                                                  - Ja? Cholera, nie pamiętam. Gdzie mnie znalazłeś?
                                                  Zamek opowiedział pokrótce.
                                                  - A, tak - zreflektował się HuBar. - Fakt, była impreza i najpierw ten kot,
                                                  potem drugie bęc do zlewu i po ptakach...
                                                  - Tylko co z Tobą teraz zrobić? Ja muszę wyjść, a Ty tu tak nie zostaniesz -
                                                  Zamek zastanawiał się. - Może na forum znajdę jakąś radę.
                                                  Wskazówki, owszem, znalazły się: w 31. i 32. rozdziale opowiadania. Zamek
                                                  przeczytał HuBarowi, który tylko kiwał w zamyśleniu głową.
                                                  - Z tego wynika, że powinna się Tobą zająć Cumella.
                                                  - Ale tak fajnie już szło z Kx, gdyby nie to cholerne oko...
                                                  - Słuchaj, a gdyby tak Cię do jednej czy drugiej wysłać?
                                                  - Mnie? Jak? - Hubar przeraził się.
                                                  - Normalnie. Mailem - wyraz twarzy HuBara, gdy Zamek to mówił, nawet bez oczu
                                                  wyrażał najwyższe zdumienie. - Zrozum - ciągnął Zamek - na ulicę z Tobą nie
                                                  wyjdę, bo ktoś pomyśli, że to ja urządziłem Cię jak Juranda ze Spychowa i
                                                  jeszcze mnie wsadzą. Gdybyś tak wszedł do skanera, to wtedy...
                                                  - Kto wie... Może to jest sposób?
                                                  - Innego nie widzę. Włazisz?
                                                  HuBar skinął głową i, pokrzepiony jeszcze piwem, dawał się pakować Zamkowi pod
                                                  skaner. Gdy już wlazł całkiem, Zamek zrzucił go do Corela w rozdzielczości 600
                                                  dpi, żeby HuBar zanadto nie stracił na wadze. Potem zapukał w ekran; HuBar
                                                  zbliżył bezoką twarz do szkła.
                                                  - Chcesz widzieć?
                                                  - Pewnie! Jak to zrobisz?
                                                  - Dorzucę Ci oczy z clipartu. Uważaj, już!
                                                  Raz, dwa, skopiowane oczy Davida Bowie znalazły się na twarzy HuBara. Jeszcze
                                                  tylko wkleić, połączyć obiekty i gotowe. Zamek znów zapukał w HuBara.
                                                  - Otwieraj!
                                                  - Jej! Ale tu pięknie! - HuBar wrzeszczał zachwycony.
                                                  - Co widzisz?
                                                  - Stary, to się nie da opowiedzieć! Maglevy, metro, oooo, lotnisko!!! Boże, ile
                                                  zalewajki...
                                                  - Dobra, koniec tego dobrego. Wysyłam Cię do dziewczyn.
                                                  - Do której?
                                                  - Zobaczysz, spodoba Ci się.
                                                  Nim HuBar zdążył sie dopytać, Zamek zamknał Corela, otworzył program pocztowy,
                                                  napisał krótki list, do którego z największą ostrożnością załączył
                                                  plik "hubar.jpg". List był do...
                                                  • kropka. Re: opowiadanie. Rozdział 34 21.10.01, 23:07
                                                    Po raz kolejny Kropka mogła odetchnąć z ulgą. Nie zawiodła się.
                                                    Jej rycerz, jak zwykle znalazł się w miejscu i czasie, w którym być powinien.
                                                    Z czułością wspomniała chwilę, w której przepasała go swą szarfą.
                                                    Była w dobrych rękach.
                                                  • zamek Re: opowiadanie. Rozdział 33 cd. 08.11.01, 02:38
                                                    (...)List był do kx.
                                                  • kx opowiadanie. Rozdział 34 09.11.01, 22:59
                                                    Tymczasem kx wyciągnięta na skórze ze srebrnych lisów, w jedwabnym szlafroczku
                                                    i klapkach z puszkami wyrwanymi z piersi kolibrów, przed marmurowym kominkiem
                                                    wielkości garażu, kończyła właśnie malowanie paznokci. Po pamiętnej akcji w
                                                    Rudzie Pabianickiej odziedziczyła bajeczny spadek po terroryście pepe i
                                                    przeniosła się do tej luksusowej rezydencji na obrzeżach Łodzi z 5-hektarowym
                                                    ogrodem w stylu staro angielskim. Znudzona podniosła się z podłogi machając
                                                    pomalowanymi, długimi paznokciami. Rzuciła okiem na urenkę z prochami pepe z
                                                    zatkniętą za ucho chryzantemą, stojącą w rogu pokoju, uśmiechając się
                                                    mimowolnie na wspomnienie tego szczęścia bycia jedyną spadkobierczynią...
                                                    [Biedna kx! Nie miała pojęcia, że bezsenność Kropki i Niani spowoduje
                                                    rezurekcję tego, którego dawno uznała za zmarłego...]
                                                    Nie mogąc za wiele zdziałać z tymi pomalowanymi paznokciami, włączyła komputer.
                                                    Przejrzała informacje odnośnie najbliższych targów dentystycznych w Monachium,
                                                    krótko wpadła na pustawe nieco o tej porze forum łódzkie i postanowiła ściągnąć
                                                    pocztę. Zdziwiła się, że jeden z maili ściągał się wyjątkowo długo, ale
                                                    pomyślała, że to vladip dystrybuuje 98MB filmu promującego Łódź. Nalała sobie
                                                    drinka i wróciła przed monitor.
                                                    Wreszcie mail doszedł. 460MB!!!!!!! Nadawca- Zamek. Próbowała sobie
                                                    przypomnieć, kto to taki. Zmarszczyła czoło przypominając sobie te rzesze
                                                    przedstawianych jej mężczyzn. Wreszcie przypomniała sobie takiego jednego o
                                                    takiej właśnie ksywie, z balu charytatywnego wydanego przez drugą żonę
                                                    młodszego brata byłej kochanki jednego ze znajomych. Zaprosił ją do walca-
                                                    ucieszyła się, bo zawsze lubiła taniec w rytmie „raz, dwa, trzy”. Nieopatrznie
                                                    wypowiedziała to na głos. Nowo poznany znajomy zaskoczył ją swoim wykładem na
                                                    temat rzeczywistych rytmów znanych melodii. Po szóstej minucie wykładu poddała
                                                    się- przy jedenastej udało jej się wymknąć przemykając pod jego ramieniem i
                                                    korzystając z chwilowego zamieszania wywołanego przez zgrabną blondynkę, która
                                                    postanowiła zerwać z siebie złotą sukienkę w proteście przeciwko przemocy w
                                                    rodzinie.
                                                    Ale fizjonomię to miał fajną- przypomniała sobie i przyjrzała się swiadomości
                                                    od niego. Nie zawierała żadnej treści, jedynie monstrualnych rozmiarów
                                                    załącznik „hubar.avi”. Hubar, Hubar...coś jej świtało w głowie...Wreszcie
                                                    przypomniała sobie tego jelly-boya z wypadającymi gałkami ocznymi, spotkanego
                                                    parę dni wcześniej.
                                                    O nie- czy ten Zamek myśli, że moja rezydencja stanie się zaułkiem dla bezokich
                                                    a ja matką Teresą?
                                                    Nie ma mowy!- postanowiła i zdecydowanie nacisnęła przycisk „FORWARD”.....
                                                  • zamek opowiadanie. Rozdział 35 09.11.01, 23:13
                                                    Nie otworzywszy załącznika kx nie mogła jednak wiedzieć, że HuBar nie był już
                                                    ślepy. Choć otumaniony tułaczką po niezliczonych serwerach i przepychaniem się
                                                    komórka po komórce z zawrotną prędkością 5 bitów na sekundę najsztywniejszymi
                                                    łączami, widział przecie oczami Davida B. ten zimny, choć słodki grymas
                                                    rozkoszy na ustach kx, ekspediującej go w dalszą drogę. Zapamiętał go
                                                    dobrze... "Jeszcze będziesz chciała, żebym do ciebie przyszedł", pomyślał
                                                    gorzko, przelotnie spoglądając na kolejne swoje docelowe IP...
                                                  • kx Re: opowiadanie. Rozdział 36 11.11.01, 18:05
                                                    Tego samego dnia wieczorem kx postanowiła odwiedzić Kropkę w pracy. W końcu
                                                    jest sobota, musi się jej tam nudzić biednej, samej, z kotkiem jedynie-
                                                    pomyślała. Nawet przyczesała swe krucze kędziory na myśl o spotkaniu z
                                                    Mruczusiem. Trzeba przyznać, że ten kot coś w sobie miał, skubany.
                                                    Wchodząc do budynku w którym urzędowała Kropka, zdziwiła się nieco
                                                    niespotykanym o tej porze roku drżeniem ścian. Przypomniała sobie wykaz klęsk
                                                    prognozowanych przez rząd na ten rok i była pewna, że akurat trzęsienie ziemi
                                                    nie było oferowane w pakiecie. Im bardziej zbliżała się do biura Kropki,
                                                    wspinając się po stromych schodach pofabrycznej budowli, tym drżenie
                                                    przybierało na sile. Ściana, na której znajdowały się drzwi do królestwa
                                                    kropkowego pulsowała już jednostajnym rytmem, niczym membrana w nadużywanym
                                                    głośniku. Zapukała, zadzwoniła- zero odzewu. Nacisnęła klamkę....
                                                    Hałas, który wydobył się z wewnątrz, normalnie powinien ją ogłuszyć i odrzucić
                                                    w drugi koniec korytarza, ale to co zobaczyła w środku sprawiło, że zatrzymała
                                                    się w miejscu siłą woli. Falujący świat w fluorescencyjnych barwach sprawił, że
                                                    postanowiła zaryzykować utratę słuchu i weszła, dokładnie zamykając drzwi za
                                                    sobą.
                                                    W pomieszczeniu wypełnionym pulsującym zielono-błękitno-lodowym światłem, w
                                                    ogłuszającym hałasie dziwnej muzyki z zaświatów, falował tłum około 36 HuBarów,
                                                    każdy w tym samym tańcu, ale przesuniętym w fazie o jakieś 15 sekund.
                                                    Przyglądała się im wszystkim z niemałym podziwem- korepetycje z informatyki,
                                                    które od jakiegoś czasu pobierała Kropka, dały niesamowite efekty!
                                                    Ale gdzie ona sama- zainteresowała się. Wtedy spostrzegła sunącego po podłodze
                                                    Mruczusia, który z radosnym mrrrrrrrrruuuuuuu wskoczył jej prosto na nagie
                                                    ramię, naznaczając od razu cztery krwawe pręgi, z których zaczęła sączyć się
                                                    krew. Zadowolony Mruczuś umościł się wygodnie na jej ramieniu spijając
                                                    szorstkim języczkiem wypływające kropelki.
                                                    Kx zaczęła się przedzierać przez tańczących HuBarów ku właściwemu sanktuarium
                                                    Kropki. W pewnym momencie dwunasty chyba HuBar złapał ją za rękę, próbując z
                                                    nią zatańczyć. Szybkim ruchem uderzyła go w twarz kotkiem, który na szczęście
                                                    znajdował się akurat pod ręką i nie zatrzymując się sunęła dalej. Dwunasty
                                                    HuBar wypadł na chwilę z fazy, ale już po chwili dalej podrygiwał, tyle, że bez
                                                    jednego oka i krwawymi szramami na prawym policzku.
                                                    Wreszcie kx dotarła do świątyni Kropki. Nawet już się nie zdziwiła, gdy
                                                    zobaczyła ją lewitującą metr nad podłogą, nad kołem ułożonym z różowych, kocich
                                                    piłeczek. Mruczuś odwrócił pyszczek z widocznym niesmakiem- najwyraźniej nie
                                                    radowały go wyczyny ukochanej Pani. Ciałem Kropki wstrząsały lekkie dreszcze,
                                                    na buzi migotał delikatny uśmieszek.
                                                    Najwyższy czas dowiedzieć się, co się tu właściwie dzieje- postanowiła kx.
                                                    Delikatnie zapukała w ramię Kropki, pragnąc ją wyrwać z tego hipnotycznego
                                                    transu. Udało się- z wielkim łomotem i hukiem cielesność kropkowa wylądowała na
                                                    podłodze.
                                                    Ups!- pomyślała kx.....
                                                  • kropka. Re: opowiadanie. Rozdział 37 12.11.01, 01:31
                                                    - Chwała Bogu, jesteś wreszcie! krzyknęła kropka. Widzisz co tu się dzieje?
                                                    Liczyłaś, ilu ich jest? To jakiś koszmar! Z jednym HuBarem jakoś da się jeszcze
                                                    wytrzymać, ale z takim tłumem?!!! Toż oni gorsi od Mruczusia!!! Całe biuro
                                                    zdemolowali! A jak na forum wlezą? Wszyscy? I każdy z taką samą znajomością
                                                    ortografii?!!! Wszyscy zaczną lewitować!
                                                    Masz jakiś spychacz? Żeby choć do kuchni wcisnąć! Tam tylko nie ma komputerów!
                                                    Szybko! Dzwoń do Wodociagów! Oni ciężki sprzęt mają! Pożyczą!
                                                    Ja do zamka maila wyślę! Już on coś wymyśli konkretnego!
                                                    I już miała zacząć pisać błagalny list, gdy nagle straszna myśl przeszyła jej
                                                    umysł i serce...
                                                    - kx, kochanie, coś ty wcisnęła, jak odsyłałaś HuBara "niby" odwrotną pocztą?
                                                    Bo wiesz, ja nic z tego nie rozumiem, ale znając słodycz twego charakteru...
                                                    - TU CIĘ MAM!!! - pomyślała i spokojnie wsunęła dyskietkę z najnowszym
                                                    programem antywirusowym.
                                                  • vladip Rozdział 38 czy hubar będzie kiedyś cały? 13.11.01, 01:32
                                                    Vladip siedząc w sztabie STATYW`u przyglądał się temu wszystkiemu z coraz
                                                    większym niepokojem...
                                                    A perspektywa opanowania forum przez 36 HuBarów wydała mu się na tyle
                                                    przerażająca że postanowił zadziałać...
                                                    W tym celu na serwer NASA wrzucił program skanujący i wyłapujący hubarów
                                                    przepuścił przez filtr... porównała z matrycą DNA którą uzyskała jeszcze w
                                                    pierwszej kryjówce kx przy pobieraniu próbek ze słoików...
                                                    I korzystając z nieocenionej pomocy cumelli i jej laboratorium badawczego
                                                    rozpoczął scalanie...
                                                    Po scaleniu spakował go zipem jako archiwum samorozpakowujące się i wysłał do
                                                    najbliższego baru...
                                                    Właściwie nie popełnił przy tym żadnego błędu , umknęła mu tylko jedna drobna
                                                    kwestia...
                                                    Zapomniał mianowicie że wyłapane powielone hubary cumella trzymała w roztworze
                                                    96% spirytusu...
                                                    Tak czy siak hubar w pełni odtworzony i sprawny , choć z potwornym bólem głowy
                                                    stanął przed wejściem do Bagdad Caffe.....
                                                  • kx Re: Rozdział 39 20.11.01, 23:27

                                                    W tym samym czasie, w biurze głównodowodzącej Kropki......

                                                    - Ooooo, 36 HuBarów zniknęło! – ucieszyła się Kropka - Wiesz, ten chłopak
                                                    któregoś dnia sprawi, że przez niego osiwieję! Albo mnie wkurza, albo się
                                                    obraża, albo się mnoży bez umiaru!
                                                    W tym momencie jej wzrok padł na lustrzaną taflę przyozdabiającą jej prywatną
                                                    garderobę. Ku swemu przerażeniu, dostrzegła dokładnie między skrzącymi się
                                                    oczami 36 siwych włosów. Zaklęła w myślach...
                                                    W tym momencie rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Zirytowana Kropka
                                                    otworzyła je z impetem, bo głowę miała zajętą tymi 36-oma siwymi włosami.
                                                    Przez uchylone drzwi wpadł kompletnie pijany HuBar, najwyraźniej oparty o drzwi
                                                    przez usłużnego kolegę z WSHE, który zapukał i uciekł.
                                                    - On tu? – zaklęła w myślach Kropka. Niewiele myśląc, kopnęła go w róg
                                                    przedpokoju nogą obutą w szpilkę od Pollinniego.
                                                    - Co robisz, do cholery ?!!!- zapytała z wyrzutem kx.
                                                    Podbiegła do sponiewieranego HuBara i ujęła w ręce jego nieprzytomną twarz. W
                                                    tym momencie jakby otrzeźwiał i spojrzał na nią z rozmarzonym uśmiechem swoimi
                                                    mętnymi soczewkami. Na chwilę jedynie- bo zemdlał obezwładniony głuchym ciosem
                                                    Kropki w potylicę.
                                                    - Po co go stuknęłaś ?!- wkurzyła się kx.
                                                    - Nie będzie mnie oglądał z siwą grzywką i już! Zresztą, nie martw się, za
                                                    jakąś godzinkę się ocknie. Lepiej mi pomóż i skocz po farbę do włosów, a ja w
                                                    tym czasie przygotuję nam kawkę i ciasteczka.
                                                    Kx nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. W radosnych podskokach zbiegała ze
                                                    schodów zastanawiając się, jaki kolor wybierze dla swej ulubionej koleżanki:
                                                    Czerwień Granatu, Błękit Lazuru, czy Zieleń Koniczynki.....
                                                  • kropka. Re: Rozdział 40 21.11.01, 22:21
                                                    kropka spokojnie zabrała się za parzenie herbaty. Ciasteczka pysznie pachniały.
                                                    Z podziwem spojrzała na HuBara. Twardy facet!!!
                                                    Ciekawa była, kto, czym i gdzie miąchnie znów jej ulubieńcem.
                                                    I kiedy wreszcie HuBar się wścieknie. Nie mogła się doczekać!
                                                    Przypomniała sobie, że nie ustaliła z kx koloru farby, ale nie zmartwiła się.
                                                    Lubiła niespodzianki i była nawet ciekawa, co wybierze jej droga koleżanka.
                                                    Poza tym wiedziała, że ładnemu ładnie we wszystkim.
                                                  • kx Re: Rozdział 41 24.11.01, 23:40

                                                    - I co, śpi jeszcze? - zapytała od progu kx.
                                                    - Jak dziecko, ale mogę go jeszcze raz stuknąć dla pewności, jeśli się
                                                    niepokoisz - ochoczo poderwała się Kropka.
                                                    - Nieee, zostaw go! – kx krzyknęła w ostatniej chwili, bo Kropka już zamachnęła
                                                    się biurowym łomem, który zawsze miała w bliskim podorędziu.
                                                    Jednak Kropka nie zdążyła już wyhamować rozpędzonej ręki i jedynie zmieniła tor
                                                    ruchu narzędzia.
                                                    - Miauuuuuuuuuuuuu!!!! – wściekle zawył Mruczuś, bo nieborak oberwał w prawą,
                                                    przednią łapkę.
                                                    - Czyś ty oszalała?! Idź sobie na paintball albo na zapasy i zostaw w końcu
                                                    tego biednego kotka! – kx była poirytowana przemocą względem jej ulubieńca.
                                                    Po mince Mruczusia było niestety widać, że nie po raz pierwszy
                                                    został „niechcący” trafiony. Oczko podbite, uszko naderwane, łapki popuchnięte,
                                                    ogonek niewyraźny- wyglądał jak ostatnie nieszczęście. „Już ja cię pomszczę,
                                                    Mruczusiu!”- postanowiła w duchu kx.
                                                    - A co ty taka delikatna się zrobiłaś? – zdziwiła się Kropka. - Farbę kupiłaś?
                                                    Jaki kolor?
                                                    - „Najciemniejsza czerń nocy o północy”.
                                                    - Myślisz, że będzie mi pasowała? Ostatnio stylizowałam się na blondynkę. –
                                                    poprawiła swe popielate loki Kropka.
                                                    - Oj kochana, ile można się przebierać i maskować – westchnęła kx. – Sama
                                                    zobaczysz, jak dobrze się poczujesz w kolorze włosów oddającym twój prawdziwy
                                                    charakter.
                                                    - No dobra, niech będzie. – zgodziła się Kropka. – To nakładaj mi ten kolorek,
                                                    a ja szybciutko przejrzę służbowe faksy.
                                                    Kx ochoczo zabrała się do pracy. Zagłębiona w lekturze Kropka nawet nie
                                                    zarejestrowała w umyśle cichego pytania „Podciąć ci przy okazji trochę włosy?”
                                                    i tylko machinalnie skinęła głową.
                                                    Kx cięła dość fantazyjnie i z rozmachem, trzeba przyznać. „To za oczko, to za
                                                    prawą, przednią łapkę, to za ogonek, to za tylnią, lewą”- mruczała do siebie
                                                    cichutko. Mruczuś z rozjarzonym radością pyszczkiem przyglądał się temu
                                                    wszystkiemu z pewnego oddalenia, zastanawiając się nad jakąś zmyślną kryjówką
                                                    na te najbliższe parę godzin. „Będzie ciężko, nie będzie Whiskasa przez
                                                    tydzień, ale dla tych paru chwil warto żyć!” dumał sobie, pocierając radośnie
                                                    wąsy łapką.
                                                    - Skończyłaś? – ocknęła się Kropka. – Bo za chwilę HuBar będzie się budził.
                                                    - W sumie tak. – uśmiechnęła się do niej czule kx.
                                                    - I jak? – zapytała Kropka i uśmiechnęła się zalotnie, lekko przekrzywiając
                                                    głowę.
                                                    - Noooo.....właściwe nieźle – odpowiedziała z lekkim wahaniem kx, patrząc na
                                                    swoje dzieło. – Zresztą wiesz, włosy, to nie ogon, odrosną....
                                                    Kropka wstała i podeszła do garderobianego lustra. Spojrzała i głos uwiązł jej
                                                    w gardle.
                                                    - Zabiję cię – wykrztusiła.
                                                    Ale kx już tam nie było. Wiedziała, że Kropka wybaczy jej wszystko, ale
                                                    niekoniecznie w pierwszej godzinie.
                                                    Kropka skoczyła do okna, by rzucić w nią cegłą, ale kx zdążyła umknąć z piskiem
                                                    opon......
                                                  • vladip Tom II -- Hrabia 10.12.01, 22:17
                                                    Kx siedziała zamknięta w wysokiej wierzy zamku , i szarpała zawzięcie jeden
                                                    króciutki warkoczyk bo drugi wyrwali jej w czasie porwania. Co ja teraz biedna
                                                    zrobię – myślała patrząc z góry przez niewielkie okienko na stojący opodal
                                                    budynek redakcji – jak ja się biedna z tego wykręcę???
                                                    A hrabia... niby taki miły...taki sympatyczny się wydawał... a tu co? Wyszło
                                                    szydło z worka... – myślała
                                                    No ale przynajmniej łatwo im nie poszło... – uśmiechnęła się pod nosem
                                                    przypominając obie grymas bólu na twarzy jednego z oprawców w którego ramię
                                                    zdołała wbić swoje starannie wypielęgnowane długie na 5 cm paznokcie. Niestety
                                                    ceną tej heroicznej walki była rozwalona fryzura i odprysk lakieru na paznokciu
                                                    palca wskazującym lewej ręki...
                                                    Ach żebym miała tu swoją torebkę – rozmarzyła się , przypominając sobie o
                                                    schowanej tam bazooce której niestety jak zwykle nie mogła znaleźć wtedy kiedy
                                                    była potrzebna.
                                                    Wróciła myślami do swojego oprawcy... na pierwszy rzut oka miły, nieśmiały
                                                    cichy i spokojny... och jakże fałszywy był to obraz , no ale kto mógł
                                                    przypuszczać.. na dodatek wieczorami zamykał się w tajemniczym pudełku o
                                                    dziwnych kształtach , z którego najpierw zaczynały się wydobywać dziwne dźwięki
                                                    a potem koło północy wylatywało znienacka coś małego czarnego i niewyraźnego
                                                    czego kx podświadomie strasznie się bała...
                                                    No tak – pomyślała – z drugiej strony mogło być gorzej... gdyby grał na basie
                                                    to wyłaziło by coś dużego – wzdrygnęła się na samą myśl o tym...
                                                    Zaczęła spacerować po swojej celi. Trzy koki wzdłuż ściany, minęła okno,
                                                    jeszcze 2 kroki do następnej ściany obrót o 90 stopni i jeszcze 3 kroki i
                                                    znowu 5, 3, 5, 3 przez te kilka dni te liczby zdążyły jej się wryć w pamięć do
                                                    obrzydliwości.
                                                    Za każdym razem kiedy przechodziła w pobliżu okna i z niepokojem patrzyła na
                                                    zapadający wieczór nasuwało jej się pytanie...
                                                    Czy znajdzie się jakiś rycerz który mnie uwolni?




                                                  • kropka. Re: Rozdział 42 11.12.01, 20:25
                                                    kx napisał(a):

                                                    > – Zresztą wiesz, włosy, to nie ogon, odrosną....
                                                    uspakajała ją kropka. dobrze zapamiętanym cytatem.
                                                  • kx Re: Rozdział 43 12.12.01, 14:01
                                                    Po dwudziestym czwartym okrążeniu w tym, jakże wciągającym rytmie 5,3,5,3
                                                    wkurzona kx zatrzymała się na środku swej luksusowej celi (przynajmniej oprawca
                                                    zapewnił jej przyzwoite warunki bytowania na święta- puchowe poduszki wyszywane
                                                    w renifery i pudełeczka Rafaello w każdym kąciku) i tupnęła nogą.
                                                    - Właściwie to po co mi jakiś wymoczkowaty rycerz? Przecież ja wcale nie jestem
                                                    z bajki o królewnie zamkniętej w wieży, podlewającej rzewnymi łzami ostrokrzew
                                                    okalający wieżę zamkową i czekającą na wybawiciela!
                                                    Energiczne podeszła do okienka. Jak okiem sięgnąć była tylko biel, biel i biel
                                                    z której wystawały jedynie korony drzew. Uśmiechnęła się do siebie, bo wszak
                                                    zima zawsze była jej sprzymierzeńcem. Dzięki temu, że od tygodnia nie jadła,
                                                    buntując się przeciwko temu haniebnemu ograniczeniu jej wolności osobistej, z
                                                    łatwością przecisnęła się przez kratę w oknie. Całe szczęście, że te
                                                    średniowieczne królewny miały gabaryty dzisiejszych lodówek- uśmiechnęła się w
                                                    duchu.
                                                    Spojrzała w dół, stojąc na progu (parapecie?) wykutego w wieży wykuszu.
                                                    Pomyślała sobie, że musi wyglądać zajebiście romantycznie w tej muślinowej,
                                                    powiewającej na wietrze kiecce, przyklejona do szarego muru na wysokości 45
                                                    metrów, z odrąbanym warkoczem.... Przypomniała sobie, że nigdy nie trenowała
                                                    skoków, ale przecież w telewizji wszystko wyglądało na dość proste.
                                                    Pofrunęła. Było dość przyjemnie- wylądowała na pozostawionym w lecie stogu
                                                    siana, zgodnie z zasadą, że szczęśliwi mają podwójne szczęście.
                                                    - O, mój warkocz!- ucieszyła się i z łatwością charakterystyczną dla
                                                    wprawionych czarownic przytroczyła go okaleczonego kikutka.
                                                    Potrząsnęła energicznie głową strzepując śnieg- działało pierwszorzędnie! Już
                                                    zaczęła się oddalać w kierunku, z którego dochodziło stukanie kopytkiem o lód
                                                    jej dzielnego wierzchowca, gdy nagle przypomniała sobie o czymś.
                                                    Miała wyjątkowe szczęście- już po godzinie odgarniania śniegu (wciąż w letniej
                                                    sukience balowej) znalazła tabliczkę znamionową właściciela wieży.
                                                    „Vladip S.A.”- przeczytała z trudem, bo literki miały już nieco zatarte kontury.
                                                    - Już ty mnie popamiętasz, kwiatuszku- powiedziała cichutko i poprzysięgła
                                                    zemścić się w odpowiedni sposób.
                                                    Po czym okręciła się na pięcie (co w śniegowej zaspie nie było wcale łatwe) i
                                                    odeszła w siną dal naśladując hukanie sowy, radośnie podskakując, w miarę
                                                    możliwości i ukształtowania terenu....
                                                  • vladip Re: Rozdział 44 12.12.01, 23:27
                                                    i gdy kx już prawie miała obmyśloną swoją zemstę obok niej przemknęły z
                                                    niewiarygodną prędkością sanie zaprzęgnięte do 6-ciu wspaniałych żelaznych
                                                    renów...
                                                    gdy wydawało się już że szybko znikną za najbliższą wydmą reniferry
                                                    przyhamowały ostro i zawróciły, a z sań wyskoczyła wielka brodata postać ubrana
                                                    w czerwony płaszcz i czapkę z pomponem
                                                    Mikołaj ?– zdziwiła się kx lecz zanim zdążyła się zapytać tajemniczy przybysz
                                                    odezwał się pierwszy..
                                                    Cze kx widzę że znalazłaś moją tabliczkę. Można wiedzieć gdzie?
                                                    Aaaa taaam przykręconą do zzzamku – wydusiła zdumiona i lekko przestraszona
                                                    Ooo , a to drań – krzyknęła postać – to hrabia znowu się pode mnie podszywa???
                                                    Już ja go kiedyś ... możesz mi ją zwrócić?
                                                    Taak proszę – już trochę pewniej powiedziała kx.
                                                    Dzięki – powiedział przybysz wskakując na sanie – w nagrodę powiem ci kto to
                                                    jest hrabia..
                                                    Kto kto ? – krzyknęła kx widząc że reniferry już szykują się do biegu
                                                    Jak to kto przecież to... i w tym momencie lecąca z nikąd śnieżka walnęła kx w
                                                    głowę
                                                    Gdy doszła do siebie sań już nie było...
                                                    Hmmm ...a więc to jednak nie vladip mnie zamkną w zamku – zastanowiła się kx
                                                    Ciekawe kto to jest hrabia?
                                                  • vladip Część II -- Kafelki 22.02.02, 20:45
                                                    Była noc, z ulic znikli już ostatni przychodnie, po pustych ulicach hulał
                                                    jedynie wiat. Miasto spało. Wnętrze Anastazji oświetlało jedynie światło gwiazd
                                                    sączące się przez okno. Po niedawnej wizycie kafelków na złączonych stolikach
                                                    pozostały okruszki tortu, plamy rozlanego piwa i rozsypana sól. Wydawało się że
                                                    nic nie może zmącić panującego tam spokoju gdy nagle… na ścianie pojawił się
                                                    tajemniczy ognik… chwilę później ściana zafalowała jak zmącona tafla wody a
                                                    wymalowane na niej scena nabrała nieoczekiwanej głębi. Mężczyzna odchrząkną
                                                    lekko i rzekł cicho - - To było niesamowite, Katarzyno Nikołajewno, ale
                                                    mieliśmy szczęście, nie na darmo umieściliśmy swoją siedzibę tak blisko
                                                    Redakcji , teraz , teraz będziemy mieli ich wszystkich , całe forum będzie
                                                    nasze- - zaśmiał się nerwowo.
                                                    Spokojnie Dekster- zimnym głosem powiedziała kobieta – jeszcze długa droga
                                                    przed nami. To że ich widzieliśmy nie znaczy że będzie prosto. Wiesz jacy oni
                                                    są niebezpieczni. Nawet w pojedynkę. A razem? Szkoda gadać.
                                                    Co teraz więc? Jaki mamy plan? Kasiu?
                                                    Musisz go znaleźć Dekster, bez niego sobie nie poradzimy, idź odszukaj Dobrego
                                                    Brata. Tylko z nim mamy jakieś szanse.
                                                    Mężczyzna wstał – Dobra, na mnie już czas – powiedział – do świtu zostało
                                                    niewiele czasu, a Dobrego Brata nie jest łatwo znaleźć.
                                                    Sięgnął po zielony płaszcz wiszący na wieszaku i stanął niezdecydowany
                                                    Zobacz, zabrali mi czapkę !!!
                                                    Nie słyszałeś? – powiedziała Kasia – czapka jest u Kropki , to ona będzie
                                                    naszym pierwszym celem.
                                                    Ż przyjemnością się z nią rozprawię osobiście – krzyknął Dekster.
                                                    I choć ten krzyk echem odbił się od pustych ścian to przecież nikt go nie
                                                    słyszał. Była noc, z ulic znikli już ostatni przychodnie, po pustych ulicach
                                                    hulał jedynie wiat. A miasto spało.

                                                    Kilka dni później
                                                    Jadąc tramwajem nr 2 nie myślał o niczym innym niż o zadaniu i o trudnościach
                                                    co chwila piętrzących się na drodze. Wiedział już że mimo zaangażowania się
                                                    Forumowiczów w propagowanie komunikacji miejskiej właśnie tramwaje były
                                                    najbezpieczniejszym środkiem transportu, najmniej obserwowanym przez STATYW.
                                                    Czuł się zmęczony i nie zachował pełnych zasad bezpieczeństwa sprawdzając czy
                                                    nie ma w pobliżu kogoś podejrzanego. Zresztą czy w tym hałasie ktokolwiek
                                                    mógłby go podsłuchać? Dlatego kiedy zadzwonił telefon odebrał bez wahania.

                                                    - Słuchaj mamy trudności. Kropka jest chyba poza naszym zasięgiem,
                                                    przynajmniej na razie. Musimy znaleźć cele alternatywne. Kogo proponujesz?
                                                    -" Kasiu! albo zamek, p8 albo…
                                                    - dobra może być, trzeba tylko wyznaczyć kogoś do tego zadania – powiedziała
                                                    Kasia
                                                    …ja sam to zacznę załatwiać!! Koniec kropka!!" - powiedział i rozłączył
                                                    rozmowę.

                                                    W tym momencie zobaczył ją.. siedziała kilka krzeseł dalej i patrzyła się
                                                    wyzywająco a po chwili zaczęła się śmiać…
                                                    Boże to przecież … no to wpadłem… centrala nie może się o tym dowiedzieć bo
                                                    będę skończony – pomyślał i szybko wysiadł…
                                                    cdn...
                                                    --------------------------------------------------------------------------------
                                                    z grafomańskim pozdrowieniem
                                                    vladip
                                                  • Gość: geograf Re: Część II -- Kafelki (PROŚBA!!!) IP: *.toya.net.pl / 10.0.219.* 22.02.02, 22:09
                                                    słuchajcie, czy możecie założyc nowy watek o tym temaie?? albo identyczny tylko że byłaby to druga jego cześc?
                                                    Bo ja chciałbym się dołaczyc do opowiadania, ale tyle tego jest, że rezygnuje...może ktoś założy nowy watek???
                                                    ŁADNIE PROSZĘ... :o)
                                                  • kropka. Re: Część II -- Kafelki (PROŚBA!!!) 23.02.02, 01:27
                                                    W życiu Warszawy, Geografie. Dopisuj kolejne rozdziały, bo to ciągłość mieć
                                                    musi. Poza tym jest to dzieło jednotomowebezkońcowejakwidać.
                                                    Poznaj męki tworzenia.
                                                  • Gość: geograf Re: Część II -- Kafelki (PROŚBA!!!) IP: *.toya.net.pl / 10.0.219.* 23.02.02, 13:31
                                                    no dobrze, to poczytam, pouczę się i sam cosik naskrobię...
                                                  • Gość: Do. Re: Część II -- Kafelki IP: *.bluewin.ch 24.02.02, 23:14
                                                    ale chcial czy nie chcial, vladip wiedzial, ze jest spalony. I nie przeczuwal
                                                    nawet, jak bardzo...
                                                    Kropka zadowolona stwierdzila, ze jednego juz ma namierzonego. Teraz musi
                                                    rozszyfrowac pozostale klocki z ukladanki. Miala czapke Dekstera, musiala sie
                                                    jeszcze dowiedziec jaki plan ma kx... wiedziala, ze musi unikac telewizora,
                                                    slyszala o bardzo żyrtej babie co na nia czycha... musiala rozgryzc i ta
                                                    zagadke... czyzby Kasia byla przeciwko niej???
                                                    Tymczasem grover z geografem i saperem juz wiedzieli w jaki sposob pokrzyzuja
                                                    wszystkim plany: sklonuja homika de lux! Teraz juz nikt nie bedzie mial z nimi
                                                    szansy....
                                                  • saper_ Re: Część II -- Kafelki 25.02.02, 22:23
                                                    Na tajnej naradzie w jednym z łódzkich kin spotkali się wszyscy trzej. Zagaił
                                                    Saper: Panowie, stoi przed nami trudne wyzwanie - nie możemy pozwolić Kropce.
                                                    powrócić do normalności . W tym celu powołana została tajna organizacja TELES-KOP
                                                    (TErrorystyczny LEgion Spejalny - Kropka OPętana).
                                                    - Nasze cele są częściowo zbieżne z zadaniami STATYW-u - powiedział Grover -
                                                    dlatego powinniśmy nawiązać z nimi kontakt, mogę się tym zająć, znam już Vladipa.
                                                    - W takim razie ja zajmę się konstrukcją homików - powiedział Saper. Kiedy
                                                    sklonujemy dostateczną ich ilość zostaną wypuszczone na miasto. Jeżeli one nie
                                                    podziałają na Kropkę. to jako plan B wykorzystamy bociany Geografa. Musimy
                                                    jeszcze sprawdzić co knuje Dekster razem z Dobrym Bratem. Macie jakieś propozycje
                                                    jak go namierzyć?
                                                    - Podobno był widziany w tramwaju linii 2. Mam szerokie skrzywienie
                                                    komunikacyjne, więc postaram się go odnaleźć, ale to może być trudne.
                                                    Kończmy zanim ktoś nas podsłucha. Następne spotkanie tam gdzie zwykle o zwykłej
                                                    porze - zakończył Grover.



    • yavorius Surrealiści, zróbcie coś z tym /nt 29.08.02, 23:14

      • kropka. Re: Surrealiści, zróbcie coś z tym /nt 30.08.02, 00:28
        będzie trudno. Pamiętajcie, że trzeba zachowac ciagłość akcji :)))
        powodzenia
    • vladip Los Kafelkos del ciuchcios 30.08.02, 17:37
      Dawno dawno temu w odległych rejonach Łodzi…

      Każda saga ma swoje rozwiniecie,
      każda historia trwa dalej,
      każdy kij ma dwa końce
      a proca trzy
      od czasów generalnego zwycięstwa STATYW’u i ostatecznego pokonania policzków-
      dialup życie toczyło się cicho i spokojnie. Co i rusz a to za namową starej
      smoczych Red-Akcji a to z nikąd czy wręcz z zanadrza pojawiały się nowe
      postacie…

      I właśnie któregoś pięknego dnia w centralnym choć zielonym punkcie łodzi
      nastąpiło ich tajemnicze spotkanie. Miało ono na celu wypróbowanie wielce
      niezwykłego pojazdu zwanego El ciuchcios del rzęchos. Pojazd ten był tak
      niezwykły że dla podziwiania jej wielce szanowna i podziwiana powszechnie rasa
      flipów (zajmująca się polowaniem na skalpy w odległych zakatkach galaktyki)
      porzuciła swojego welocypeda zwanego Raportem na rzecz wielce niepewnej i
      wielce niebezpiecznej wyprawy
      Sama misja nie nastręczyła nikomu kłopotów i zadanie spełnili wzorowo, niestety
      czasie powrotu…
      Les ciuchcios del rzęchos rzęchom trudem zbliżał się do do prędkości
      wystarczającej by wejść w nadprzestrzeń kiedy to HuBar..
      Ooo a co to za dzwignia – powiedział HuBar- i przekręcił mocno wystającą gałkę
      Zostaw to!!! – krzyknęła Ixtlilto lecz było już za późno
      Pierwszy atak przyszedł znienacka zanim ktokolwiek się zorientował co to jest
      potem kolejne przychodziły fala za falą ..
      To atak klonów!! krzyknęła rozpaczliwie kirka1…

      z grafomańskim pozdrowieniem
      vladip
      • hubar Re: Los Kafelkos del ciuchcios 02.09.02, 00:10
        Co najdziwniejsze, ataki falowe, ale większośi sprawiały radość. Niczym eliksir
        śmiechu rozproszony nad całą grupą...
        HuBar trzymają w ręku wajche, spojżał z bólem w oczach na Ixtlilto. "Czemu na
        mnie krzyczysz kobieto??!!" Geograf widzący całe zajście zaczął się śmiać, ale
        szybko się zamknął kiedy dostał ową dźwignią między zęby...
        Ciuchcia zdecydowanie przyspieszyła...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka