big_news
10.07.05, 20:02
Oto po paru latach, wpadłem chyba w Jej sidła. Jak ten głupi padłem na kolana
i poprosiłem o Jej rękę. Zrobiłem to nagle, choć ta niemądra myśl
prześladowała mnie od jakiegoś czasu.
Nagłym impulsem było koleżeńskie piwne spotkanie i opowieści przyjaciół o
urokach życia małżeńskiego. Będąc pod wrażeniem pomyślności moich towarzyszy,
opuściłem wesołą kompanię i udałem się do kwiaciarni. Poprosiłem dwie
herbaciane róże z dekoracją. Taki już mam gest. Ponieważ była to niedziela,
jak zwykle tego dnia ubrany byłem w tenisowy garnitur. Służył on jeszcze
mojemu dziadkowi przed wojną i do tej pory nic nie stracił ze swojej
świetności. Był bowiem uszyty w firmie "Abram i Syn", z doskonałej bielskiej
wełny i nawet coroczne odświeżanie, a także wielopokoleniowe używanie tego
ciucha, nie uczyniły go mniej atrakcyjnym. Tak twierdziła i moja babka i moja
matka, nawet moja siostra była podobnego zdania. W kieszeni marynarki (co za
ironia losu!) miałem wygrany rano na odpuście pierścionek druciany, z okrągłym
modrym oczkiem. Tak wyposażony, niezbyt chwiejnym krokiem, przekroczyłem progi
mieszkania mojej lubej. Po oświadczynach, których treść na chybcika skleciłem
w mojej lekko zawianej głowie, a ułożonych po drodze do lubej, zamierzałem
wręczyć Jej ten monstrualny (moim skromnym zdaniem) bukiet. Niestety
scenariusz uległ pewnej modyfikacji, bowiem wiecheć nieoczekiwanie wyrwała mi
z rąk przyszła świekra. Już zacząłem się w nagłym (o Boże, czemu tylko
chwilowym!) przypływie przytomności wycofywać, ale mamuchna profilaktycznie
zastąpiła mi drzwi. Nie pozostało mi nic innego, jak skorzystać z
"zaproszenia" wejścia do pokoju. Więc wszedłem i ujrzałem cudo! Moja ukochana
ubrana była w powiewny, a zarazem zalotny szlafroczek. Jej włosy oplatały
głowę w niebanalnym, artystycznym nieładzie. Jej lica na przemian lśniły
karminem i seledynem. Na myśl mi wtedy nie przyszło, że to truskawki z
ogórkiem dały taki efekt. Moje podniecenie, kilka kufli piwa (alkohol zgubą
ludzkości!)i świadomość ważności tej chwili, kazały mi widzieć w Jej twarzy
pulsującą różnymi kolorami radość. Pomyślałem nawet przez chwilkę, że te barwy
doskonale komponowałyby się z porwanymi przez teściową kwiatkami. Uklęknąłem
więc przed Nią, wydusiłem z siebie zwyczajową formułkę i... No właśnie. I!
Sądziłem, jak ten pierwszy naiwny, że do pełni szczęścia mam jeszcze trochę
czasu. Że potrwamy w stanie tej idylli niechby nawet kilka minut. Ale gdzie
tam! Ledwo skończyłem mówić, kiedy moja wybranka oznajmiła:
- We wtorek idziemy dać na zapowiedzi! - i był to głos nieznoszący sprzeciwu.
Po dwóch dniach od tej pamiętnej niedzieli, niewiedząc zupełnie jak, znalazłem
się w kościele parafialnym mojej przyszłej żony. Nie pamiętam jak to się
stało, bo przecież zobowiązany byłem uczcić moje zaręczyny, z moimi jakże mi
przychylnymi kolegami. Z tej wizyty u księdza proboszcza zanotowałem jedynie
to, że dobrodziej jakby niechętnie przystawał na propozycję zawarcia przez nas
ślubu w jak najbliższym terminie. Może on był bardziej roztropny ode mnie? Jak
się już wkrótce miało okazać, to był zaledwie początek problemów:(
cdn