Dodaj do ulubionych

W kwetii mojej osoby...

25.09.02, 12:51
Jako detektyw z twardą głową, prowadziłem wiele spraw. Zdażyła mi się kidyś
taka sprawa, która wprawiła mnie w zakłopotanie. A zaczęło sie niewinnie. Do
mojego biura przyszła kobieta, ale nie była zwykła babka jak każda inna.
Miała coś w oczach takiego co mnie zastanowiło. Jej wzrok był jakiś dziwny,
niby bystry, przenikliwy, ale coś w nim nie pasowało. Może dlatego, że miała
tak jasne błekitne teczówki, żę prawie nic poza źrenicami nie było widać.
Dziwne wrażenie, białe oko z czarna ktopką. Podeszła do mnie i nie pytając o
zgodę usadowiła się na krześle. Wyjęła papierosa z cygarniczki i podpalając
sobie sama zaciągnęła się tak, jakby orgazm to było małe piwo, a to co
przeżywała dawało jej najwiekszą możliwą satysfakcję. Patrzyłem na nią w
milczeniu, nie śmiąc nawet otworzyć ust. Zatkało mnie a bardzo żadko mi się
to zdaża. Po chwili jej twarz zmienła się nie do poznania. Stała się normalna
i spokojna. Jaby z przeszła z eufori w życie codzienne, w ułamku sekundy.
Odezwała się do mnie głosem o niskiej kojacej barwie, a jej oddech przy
każdym słowie zamarzał wśród ciepłego, stechłego powietrza w mojej spelunce,
nazywanej wzniośle biurem.
- Pan Malowe jak mniemam. - Skinąłem głową, jako że nie miałem siły na
wydobycie z siebie głosu. - Mam dla pana małą robutkę.
Przełknąłem ślinę, czując posmak papierosa i porannej whisky.
- Tak? - wyszeptałem.
- Tutaj jest okragły tysiąc. Proszę przyśc pod ten adres o siódmej wieczorem.
I wstała, a ja patrzyłem ugniatając sobie opuszki palców.
- Ale, chwileczkę... - Próbowałem coś zrobić, zatrzymać ją dowiedzieć się
czegoś, ale już jej nie było. Coś nie tak z moim refleksem, pomyślałem.
Ale cóż, tysiączek to kawał szmalu a ja cierpiałem ostatnoio na brak
pieniędzy. Powiedziała tylko żebym się stawił tam gdzie trzeba i o godzinie
jakiej trzeba. Żadnych zobowiązań. Czemu nie, spróbować warto.
Do siódmej było jeszcze kilka godzin. Miałem czas na małą szklaneczkę i
przekaskę w barze. Zapaliłem sobie Camela i zagłębiłem w myslach sącząc
powoli wysokoprocentową ciecz o kolorze imprgnantu do drewna. Bała, że tek
powiem niezbyt markowa, ale tania i dawała oczekiwany efekt.
Myślałem o jej źrenicach zagubionych w bieli. Wciągnęło mnie to. Byłem
ugotowany jak jajko na twardo.
Po trzech godzinach byłem na lekkim rauszu, najedzony i gotowy do spotkania.
Zgarnąłem z szuflady Lugera i wpakowałem go do kabury pod pachą. Odgasiłem
papierosa, który wypalił się w samotności, podczas moich przygotowań do
wyjścia. Wyjąłem nastepnego z paczki, zostały tylko dwa. Nie najlepiej, jak
przyjdzie mi czekać, czas bedzie się dłużył. Chciałem być wcześniej. Usiąć
przy barze w umówionym miejscu i wtopić się w otoczenie obserwując gości znad
szklaneczki. W knajpie przepłacę. Ale cóż, nadruszyłem otrzymaną sumkę i
wziąłem jeden banknot z dwoma zerami. Schowałem do portfela, gdzie
towarzystwem dla setki były dwie jedynki, a nastepnie potrfel włożyłem do
wewnatrznej kieszeni marynarki. Ostatnie spojrzenie w lustro. Troche
zmarszek, ale jeszcze w formie co? Powiedziałem w myslach do odbicia i
zgasiłem światło wychodząc pokoju.

czy c.d.n ma być?
Obserwuj wątek
    • kropka. Re: W kwetii mojej osoby... 25.09.02, 14:05
      czy ma być????? Nie zadawaj głupich pytań, dobrze?
      Patrzcie go, cwaniaczka. Przerywa, jak coś się zaczyna dziać i chce zwiewać.
      A może jeszcze powiesz od razu, kto zabił?
      Pisz szybko, bo nic mnie tak nie denerwuje jak kryminały w odcinkach.
      Tylko jak idziesz na roÓtkę, to przez ÓÓÓÓ bardzo proszę :-)
      pozdrowionka :)
      • philip_marlowe W kwetii mojej osoby... ciąg dalszy 25.09.02, 15:19
        Odpaliłem starter w moim Packardzie, silnik zaskoczył od razu. Ależ ja lubię
        ten warkot, niczym stado szerszeni przelatujących nad głową w cipłą noc.
        Zerknąłem w boczne, lekko nadtłuczone lusteroko i ruszyłem. Dzień jeszcze był w
        pełni, ale widać było, że słońca za chwilę miało zgasnąć. Bay City, bo tam
        zmierzałem nie wróżyło nic dobrego. Tamtejsze gliny znały mnie dobrze, a je
        znałem ich. Nie raz juz miałem potyczke, i nie tylko słowna z tymi cepami z
        kapustą zamiast mózgu w czaszce. W barze jednak widniejacym na karteczce z
        adresem nigdy nie byłem, a nawet o nim nie słyszałem. Musieli niedawno
        otworzyć. Pożyjemy zobaczymy.
        Przez jakieś dwadzieścia minut jechałem jedynie przed siebie. Wreszcie
        dojrzałem zjazd i pomknąłem prawie nie zwalniając w kierunku przeznaczenia.
        Cały czas miałem wrażenie, że nie poruszam sie samotnie, ale takie przeczucia
        to była codzienność. W tym zawodzie trudno było się uwolnic od uczucia, że ktoś
        mnie śledzi. Skrzywienie zawodowe, ot co. Ale dla pewności zatrzymałem się, aby
        wypalic ostatniego paierosa. Gdy upeniłem się siedząc na masce samochodu, że
        nikt za mną nie podaża, ruszyłem ponownie. Do celu było niedaleko.
        Dotarłem na miejsce 6 z minutami. Zaparkowałem wóz obok białego Chevroleta
        Cabrio. Odruchowo zajrzałem do środka, był to samochód kobiety. Lusterko
        wsteczne było charakterystycznie ustawione. Usmiechnąłem się pod nosem,
        cisnąłem zgniecioną, pustą paczkę Camieli i ruszyłem w kierunku drzwi
        wejsciowych.
        Na bramce stał wielki murzyn bez zarostu, łysy jak szklana kula wróżki.
        - Jak leci.- Rzuciłem mimochodem, dając mu dolara. Popatrzył na banknot i na
        mnie jak na obdartusa, ale dolara wziął. Złożył na pół i schował do bocznej
        kieszeni spodni. Uśmiechnął się z bólem i otworzył drzwi wejściowe. Wkroczyłem
        niczym paw, ale już po chwili zrobiłem sie malutki. Nie pasowałem do tego
        toważystwa. Byli jak dla mnie za ładni.
        Dopadłem cichcem bar, uważając, aby zwrócić na siebie jak najmniej uwagi.
        Usadowiłem się na stołku. Rozejrzałem do koła, a mój wzrok zatrzymał się na
        barmanie. Skinąłem lekko głową. Barmanem był postawny biały facet w wieku mniej
        wiecej lat 26-28. Miał dobrą aparycję i był prawie tak dobrze zbudowany jak ja.
        - Czym mogę służyc. - Zapytał bardzo męskim głosem. Jego głos musiał działać na
        kobiety jak afrodyzjak.
        - Podwójną szkocką i paczkę Cameli. - Popatrzył na mnie badawczo, ale jak
        wyciągnąłem magiczny banknot, to stał się nad wyraz przyjacielski.
        Odszedł i za chwilę pojawił sie z zamówieniem. Zostawił resztę i gdy chciał
        odchodzić, złapałem go za rękaw. Lekko szarpnął, ale nie uwolnił się.
        Ściagnąłem go powolutku do siebie i cicho zapytałem:
        - Powiesz mi coś młodzieńcze?
        Skinął głową biorąc 10 dolców.
        - Co to za knajpa i kim są z grubsza ci ludzie?
        Rozejrzał się po sali, zataczając obszerny łuk głową i wrócił do punktu
        wyjścia, czyli moich oczu.

        c.d.n

        PS
        trudno jest pisać na bierząco. Ale postaram się.
        • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy2 26.09.02, 09:51
          - Włascicielem jest pan Law Hubson. - Powiedział szeptem, a ja wpasowywałem
          sobie to nazwisko w moje szare komórki. Został zaznaczony jako komórka nr 1.
          Postać główna. - Bar istnieje od trzech miesięcy, a goście to głównie wielkie
          szychy.
          - Czym ten facet sie zajmuje? - Jakieś ciemne interesy mi po głowie chodziły w
          wykonaniu tego gościa, jednak pozory mogą czasm mylić, a w moim zawodzie łatwo
          o sugestywne myslenie. Pusciłem więc rekaw barmana i odpieczętowałem paczkę
          papierosów. Barman wykonał ruch podobny do psa otrzepującego się z wody, jakby
          chciał zrzucić z siebie moje odciski palców i bród zza moich paznokci, który mu
          pozostawiłem na białej koszuli. Wyglądało to dość komicznie, więc odpusciłem
          sobie komentaż.
          - Jest prawnikiem. - Rzucił krótko i oddalił się w kierunku nastepnego klienta.
          Błysnął płomień zapalniczki, a ja zaciągnęłem sie łagodnym dymem i odwruciłem
          lekko głowę w kierunku sali. Moją uwagę przykuła znajoma twarz. Młody
          policjant, siedzący o dwa stoliki od baru. Siedział samotnie i obserwował
          tańczącą panienkę, niekoniecznie ubraną wedle obowiązujacych zwyczajów.
          Podszedłem do niego zabierając ze sobą szklaneczkę i bez pytania o zgodę
          zasiadłem na przeciwko zasłaniając widok.
          - Jak leci Graff? - Georgre Graff był szczupłym, młodym, wygladającym na
          podrostka facetem. Ale ów wygląd był jego wielkim atutem, a pozory wobec niego
          myliły zawsze. Poznałem go prowadząc sprawę o morderstwo, rok temu w tym
          znienawidzonym miescie. Jakie to dziwne, że ciągle tu wracam. Był ambitny i
          miał mocne zasady, a teraz siedząc na przeciw niego, nie byłem pewien czy to
          ten sam przyjemniaczek.
          - Cześć Marlowe. - Odparł bez przekonania. Jego twarz zdradzała oznaki stresu i
          zakłopotania. - Co cie znów sprowadza w te strony? Tylko nie mów, że znów się
          na kogoś przyczaiłeś. Ostatnim zarzem jak to zrobiłeś, ja na miesiąc musiałem
          wyjechać na przymusowy urlop, a w kostnicy znalało się czterech sztywnych.
          Spokojnie zaciągnąłem się dymem i usmiechnąłem sie na modłę twardziela.
          - Jeszcze nic nie wiem, żebym prowadził jakąś sprawę, ale pewnie niedługo się
          dowiem. A ty co? Dalej taki hardy czy już ci zaczęło sie od kolegów udzielać?
          Nie wiem czy trafiłem w sedno sprawy, ale Graff nagle wstał. Nie wiem co wtedy
          czuł, ale szybko mu widać minąło, bo tylko pstryknął na kelnera i zamówił
          kolejne piwo.
          - Wkurza mnie to co się dzieje. Ale co ja mogę. Jeden taki jak ja to zamało. -
          I znów wróciła mina udręczonego. - Ta śliczna dziewczyna. - Wskazał palcem na
          scenę. - To moja narzeczona. - Gwizdnąłem cichutko, krecąc głową, a on
          kontynuował: - Ma na imię Kika i pracuje tutaj. Na początku trochę mnie bolało,
          że tańczy na wpół naga przed tą zgrają tłustych wieprzy, ale z kasą dość
          krucho, a w sumie ona nieźle zarabia i wcale tak bardzo się nie rozbiera.
          Przyglądałem mu się i nie wierzyłem w to co mówił. Saczył piwo prawie ze łazami
          w oczach.
          - Często tu przesiadujesz?
          - Raz, dwa razy w tygodniu wpadam. Ale dzisiaj jest szczególny dzień.
          Przyszedłem komuś obić mordę.
          Otworzyłem szerzej oczy. Jednak dalej był hardy. Spojrzałem też na zegarek. Do
          spotkania zostało niecałe 10 minut.
          - Opowiesz mi o tym, bo nie wiem czy cię powstrzymywać czy pomóc.
          Tym razem na jego twarzy pojawił się usmiech.
          - Ten cały Hubson zaczął się do niej dobierać. Kilka dni temu Kika powiedziała,
          że proponował jej seks za pieniądze i ciągle ją nagabuje. A skurwiel jest
          żonaty. A jego żona jest naprawdę klasa babka. - Pokrecił głową i westchnął. -
          Dziś Hubson jest w lokalu. Kika wie gdzie, zaprowadzi mnie, bo jej
          powiedziałem, że chcę tylko z kolesiem pogadać, a ja mu naprawdę mordę obiję.
          Hm, zakochany facet. Szkoda, że wiecej nie ma takich na świecie. Znów
          spojrzałem na zegarek, dopiłem to co miałem na dnie szklanki, odgasiłem już
          lekko tlący się filtr i podniosłem się znad stolika.
          - Muszę spadać, właśnie weszła osoba z którą się tutaj umówiłem, a ty uważaj na
          siebie. Fajny z ciebie gość. - Wyciągnąłem do niego rękę. Uscinął ją, ale nie
          puścił. Tylko spowodował, że nachyliłem się w jego kierunku.
          - Mówisz o tej blondynie z długimi własami i kropkami zamiast oczu. - Nie
          ukrywając zdziwienia lekko skinąłem głową. - To ty lepiej uważaj, bo to wielka
          Mrs Hubson. Mówią na nią Kate Zagadka. Ale czemu Zagadka to nie mam pojecia.
          Puścił moją rękę, a ja stanąłem wyprostowany i gotowy do wielkiego spotkania.

          c.d.n.
          • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy3 26.09.02, 14:17
            Od razu wlepiłem wzok w płynacą w moim kierunku postać. Zagadka. Ciekawe czemu?
            Ale nie to mnie teraz nurtowało. Znów przeczucia. Za duzo zbiegów okoliczności
            jak na jeden raz. To nigdy nie wróżyło nic dobrego. Miałem ciarki na plecach
            widząc zbliżajacą się bląd piekność z dwoma malutkimi punkcikami wpatrujacymi
            sie we mnie. Zdąłem kapelusz i dotknąłem wyciaganej w moim kierunku dłoni.
            Zchyliłem się i spróbowałem pocałować, ale nie pozwoliła. Wrwała delikatnie
            rekę, a ja pozostałem w swojej smiesznej pozie spogladając na biodra, którym
            nic nie miałem do zarzucenia. Istne cudo, ideał bez skazy. Mój wzok powędrował
            najpierw wzdłóż lśniącej srebrnej sukni z rozcieciem ukazującym nogę, której
            nie jestem w stanie opisać, a nastepnie znów poszedł do góry, zatrzymując się
            na biodrach raz jeszcze, a nastepnie na biuście, który był z zasięgu ręki, a
            jednak odległy jak stad do mroźnej Alaski. Nie śmiałem dłużej na nie patrzeć,
            chociaż wierzcie mi, było na co. Wreszcie się wyprostowałem. I spojrzałem na
            jej twarz. Cerę miała białą, ale nie bladą, raczej zastanawiajaco białą. Była
            jasna i żywa. Szminka w kolorze wozy strażackiego pedzącego na sygnale by
            ugasic pożar wydobywający się z jej ust. Nos prosty, jak u gwiazdy filmowej,
            nic dodać nic ując, dziwne, że nie widziałem jej w żadnym filmie. Mocno
            zarysowane brwi, przypominajace slad opony na jezni, zaraz po tym jak samochód
            wyladował poślizgiem w rowie. I własnie w tej chwil tak się czułem. Wpadłem w
            poslisg i chociaż jeszcze w rowie nie leżałem, wszystko wskazywało na to, że
            zaraz własnie w ten sposób skończę.
            - Czy pan już skończył. - I znów ten głos. Przez chwile nie wiedziałem, że do
            mnie mówi, sunąłem bez opamietania wprost do rowu.
            - Słucham? - Zapytałem piszcząc, bo mi w gardle zaschło. Kate Hubson tylko się
            usmiechnęła.
            - Proszę za mna. Porozmawiamy w mniej zaludnionym miejscu. Po czym skinęła na
            barmana. Ten chyba wiedział bez słów o co chodzi, bo gdy ruszyłem głową w jego
            stronę, on sam już podawał kelnerce jakieś instrukcje i przedmioty
            przypominajace coś na kształt butelki i dwóch szklanek.
            Moje reakcje zdecydowanie spowolniały. Już prawie widziałem rów, gdy nagle
            zobaczyłem następna znajoma gębę. Bart Buch. Nie lubiłem skubanca. Skorumpowany
            do granic mozliwości. Nie zauważył mnie wiec szybko podażyłem za Kate. I to
            wprawiło mnie w bardziej pogodny nastrój. Porównując dziobatą twarz Bucha z tym
            pieknym czymś co kołysało sie w takt muzyki niczym wierzba nad brzegiem lekko
            falujacego jeziora. Nie musiałem się wcale zastanawiać na co mam patrzeć.
            Ślizgałem się dalej.
            - Zapraszam do mojego pokoiku. Tam sobie porozmawiamy. - Nagle wyrwała mnie z
            letargu. Szykowała się jakaś sprawa, która nie wróżyła nic dobrego. Miałem
            kilka pomysłów na to co miałbym dla niej zrobić, a szczególnie jeden przypadłm
            mi do gustu, ale to zostawie na później. Jak to się mówi, najpierw interesy a
            potem przyjemność. Usadowiono mnie na miękkim fotelu, a po chwili prawie
            niezauważalnym ruchem weszła kelnerka. W ułamku sekundy postawiła na stole dwie
            szklanku, butelke markowego ginu i popielniczkę. To mi przypomniało, że miałem
            zapalić.
            - A więc słucham. - Musiałem wrócic do normy, papieros, miał mi w tym pomóc.
            - Chciałabym prosic o to aby kogoś pan odszukał. - Ona też zapaliła. - Trzy dni
            temu zniknęła pewna dzieczyna, która tu pracowała. Policja nie chce kiwnąć
            palcem. - Chyba domyslałem się dlaczego. - Proszę aby pan ją odzukał, a jeżeli
            nie żyje to znalazł jej ciało i mordercę. Jestem w stanie bardzo dużo zapłacić.

            c.d.n.
            • Gość: Lucek Re: W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy3 IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 26.09.02, 14:31
              Czy możesz się uspokoić?
              • orissa Re: W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy3 26.09.02, 14:50
                Gość portalu: Lucek napisał(a):

                > Czy możesz się uspokoić?
                Lucek!
                Kto? Ja? Bo nikogo oprocz Ciebie i siebie nie widze tu niespokojnego ;-))))
                • Gość: Lucek Re: W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy3 IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 26.09.02, 14:54
                  Chodzi mi o tego barana, który drukuje tu powieści.
                  • orissa Re: W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy3 26.09.02, 14:57
                    Gość portalu: Lucek napisał(a):

                    > Chodzi mi o tego barana, który drukuje tu powieści.

                    Wiesz co, to ja pewnie jakas krowa jestem czy co, ale zadnego barana piszacego
                    powiesci tu nie widze :-))
                  • philip_marlowe Zaiste jestem baranem... 26.09.02, 14:57
                    Ale mam też wielu znajomych i radzę, żeynś się logował. Pozdrawiam.
              • philip_marlowe A może jakieś powody? 26.09.02, 14:54
                Miło było by sie określić, o co ci chodzi. Ale skoro nalegasz to sam cie
                znajdę. I wtedy bedzie i tobie i mnie bardzo sympatycznie.
                • Gość: Lucek Re: A może jakieś powody? IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 26.09.02, 14:59
                  philip_marlowe napisał:

                  > Miło było by sie określić, o co ci chodzi. Ale skoro nalegasz to sam cie
                  > znajdę. I wtedy bedzie i tobie i mnie bardzo sympatycznie.
                  >
                  • philip_marlowe Z Sienkiewicza powiadasz... 26.09.02, 15:05
                    To miło. Masz jakieś ciekawe jeszcze spostrzenia??
                    • Gość: Lucek Re: Z Sienkiewicza powiadasz... IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 26.09.02, 15:24
                      philip_marlowe napisał:

                      > To miło. Masz jakieś ciekawe jeszcze spostrzenia??
                      >
                      • philip_marlowe No to dawaj! 26.09.02, 15:30
                        Własnie na to czekam.
                        • Gość: Lucek Re: No to dawaj! IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 26.09.02, 15:45
                          Widze, żeś nieźle w portki narobił... A przecież to ty mnie miałeś znaleźć..
                          Hi, hi...
                          • philip_marlowe Ja cię juz znalazłem!!! 26.09.02, 15:52
                            A tak prawdę mówiąc to widzę, że jesteś mało kumaty. Pytałem o powody, dlaczego
                            nazwałeś mnie baranem. O to mi chodzi.
                            • Gość: Lucek Re: Ja cię juz znalazłem!!! IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 26.09.02, 15:55
                              philip_marlowe napisał:

                              > A tak prawdę mówiąc to widzę, że jesteś mało kumaty. Pytałem o powody,
                              dlaczego
                              >
                              > nazwałeś mnie baranem. O to mi chodzi.
                              >
                              • philip_marlowe Ja o miodzie ty o gównie. 26.09.02, 16:03
                                Człowieku, bo mam nadzieję, że już pełnoletni jesteś. Zacząłeś tą pogawędkę od
                                wyzwania mnie od barana. Nie było to miłe, skoro nawet mnie nie znasz. Umotywuj
                                to co piszesz a nieodsyłaj mnie do moich postów, bo doskonale wiem co piszesz,
                                ale jak widzę ty zupełnie tego nie rozumiesz. Napisz co ci leży na sercu, a nie
                                bedę musiał nóg marnować na idiotyczny spacer.
                                • Gość: Lucek Re: Ja o miodzie ty o gównie. IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 26.09.02, 16:10
                                  Widze, że i u ciebie nietęgo z rozsądkiem. Forum nie jest od pisania powieści,
                                  forum jest od gadania. Książki to ja mam w bibliotece.
                                  • saperka Re: Ja o miodzie ty o gównie. 26.09.02, 16:17
                                    Jak ci sie nie podoba to sobie poszukaj innego forum. Nikt nie każe ci pisać akurat tu...
                              • hubar Re: Ja cię juz znalazłem!!! 26.09.02, 16:11
                                Lucek jak coś Ci nie pasuje to na priv a nie tu qrwa śmietnik z Forum robisz!
                                • philip_marlowe Spkojnie... 26.09.02, 17:36
                                  Jak wiadomo. Mówi się po prostu Żegnaj Laleczko.
                                • Gość: jasiu Re: Ja cię juz znalazłem!!! IP: *.uml.lodz.pl 02.10.02, 13:24
                                  Niby jakim prawem niejaki hubar i spółka uważają to forum za swoje? Jacys
                                  infantylni faceci, każdą swą wypowiedź (najczęściej pustą) okraszaja cytatem,
                                  myśląc, że w ten sposób nadają jej piętno oryginalności. Wasze prywatne forum
                                  załóżcie sobie na własnym serwerze. Tu każdy ma prawo się wypowiedzieć. A soją
                                  drogą jest niezmiernie irytujące, że w jakim chorym umyśle powstał pomysł
                                  przepisywania powieści.
                                  • philip_marlowe Witaj Jasiu 02.10.02, 13:29
                                    A skąd ci przyszedł pomysł, że ta powieść jest przepisywana. I dlaczego
                                    sądzisz, że ktoś tu jest infantylny.
                                    A jeżeli znajdziesz tytuł tego opowiadania i udowodnisz, że to co piszę ukazało
                                    się gdzieś drukiem to zamilkne na wieki i wiecej mnie nie ujrzysz. A jeżeli
                                    tego nie potrafisz nie zaczynaj wywodów na temat tego o czym nie masz pojecia.
                                    • Gość: Jasiu Re: Witaj Jasiu IP: *.uml.lodz.pl 02.10.02, 13:49
                                      To idź do wydawnictwa i sprzedaj swoja powieść. Zarobisz pieniądze. A tak to
                                      twój "talent" marnuje się. A infantylny jesteś dlatego, że masz denerwującą
                                      manierę okraszania swych mało ciekawych wypowiedzi cytatami. To ma wskazywać na
                                      twą inteligencję, czy wykształcenie?
                                      • philip_marlowe Hmmm... 02.10.02, 13:56
                                        Co do mojej inteligencji i wykształcenia to nie bedę sie wypowiadać, bo to jest
                                        sprawa subiektywna. Natomiast zastanawia mnie, w którym miejscu znalazł się
                                        jakikolwiek cytat, który to wtrąciłem do mojej wypowiedzi?
                                        • Gość: Jasiu Re: Hmmm... IP: *.uml.lodz.pl 02.10.02, 14:17
                                          Każda twoja wypowiedź jest okraszona cytatem z powieści Chandlera. Jako wybitny
                                          znawca czarnej powieści kryminalnej nie powinieneś zadawać takich pytań> Ani
                                          robić błędów (na szczęśćie literowych) w temacie pogawędki. Pamietaj, że jak
                                          pójdziesz do wydawnictwa ze "swoją" powieścią, to będzie się liczyć pierwsze
                                          wrażenie. Poza tym to mało oryginalne pisać w stylu, w zasadzie dokonywać
                                          taniej podróbki. Jako erudyta pewnie znasz okreslenie na tego typu działalność.
                                          • philip_marlowe Re: Hmmm... 02.10.02, 14:56
                                            Gość portalu: Jasiu napisał(a):

                                            > Każda twoja wypowiedź jest okraszona cytatem z powieści Chandlera.
                                            Jest to tak zwana sygnaturka, stosowana przez wielu forumowiczów. Znaczy
                                            praktycznie wszyscy sa infantylni.
                                            > Jako wybitny znawca czarnej powieści kryminalnej nie powinieneś zadawać
                                            takich pytań Ani robić błędów (na szczęśćie literowych) w temacie pogawędki.
                                            Znawca jestem raczej marnym, ale Chandlera lubię. A co literówek, to tak jakos
                                            wyszło, ty tez piszesz z błedami.
                                            >Pamietaj, że jak pójdziesz do wydawnictwa ze "swoją" powieścią, to będzie się
                                            liczyć pierwsze wrażenie.
                                            No cóż nie zamierzam pójść do wydawnictwa bo to tylko żart.
                                            >Poza tym to mało oryginalne pisać w stylu, w zasadzie dokonywać
                                            > taniej podróbki. Jako erudyta pewnie znasz okreslenie na tego typu
                                            działalność.
                                            Do erudyty daleko mi jeszcze. A co do tego co piszę to mam doskonałą tego
                                            swiadomośc i dobrze sie bawię piszęc na modłę, chociaż wiem, że marną jego
                                            stylu. I będę to robił bo mi sią tak podoba.
                                            • Gość: Jasiu Re: Hmmm... IP: *.uml.lodz.pl 02.10.02, 15:54
                                              Ta choroba to schizofrenia, tak się ona właśnie nazywa. Jak dorosniesz(w co
                                              wątpie) to może się dowiesz czegoś więcej o niej dowiesz. Masz rację co do
                                              jednego. Na tym żałosnym forum większośc twych kolesiów jest baaaardzo
                                              infantylna. Na tym kończę, bo w zasadzie nie schodzę poniżej pewnego poziomu.
                                              • philip_marlowe Co do schizofrenii... 02.10.02, 16:02
                                                To zdecydowanie mam jej zaczątki. A co dorastania, to wcale nie jestem pewien
                                                czy chce dorosnąć, to smutne żyć ciągle z dnia na dzień i nie odrywać się o
                                                rzeczywistości. Jak się nie podoba nie musisz czytać, ale nie rozumiem dlaczego
                                                piszesz takie rzeczy, ale cóż jeszcze nie dorosłem. Co do infantylności to nie
                                                rozumiem. Po co piszesz na forum jeżeli wiekszość jest infantylna, może jednak
                                                lubisz tu zaglądać. Tylko mam prośbe. Nie naskakuj na ludzi, którzy niczym ci
                                                nie zawinili. Zawsze możesz zjeśc kanapkę lub pospacerować zamiast czytoć to co
                                                piszą inni.
                                              • finneznam Re: Hmmm... 03.10.02, 08:23
                                                Gość portalu: Jasiu napisał(a):
                                                > Ta choroba to schizofrenia, tak się ona właśnie nazywa. Jak dorosniesz(w co
                                                > wątpie) to może się dowiesz czegoś więcej o niej dowiesz. Masz rację co do
                                                > jednego. Na tym żałosnym forum większośc twych kolesiów jest baaaardzo
                                                > infantylna. Na tym kończę, bo w zasadzie nie schodzę poniżej pewnego poziomu.

                                                Są granice polemicznej krotochwili. Jeśli to, co robi Marlowe to schizofrenia, to i ja spróbuję utrzymać podobny
                                                poziom polemiczno-diagnostyczny. Otóż, IMO, bije od ciebie protekcjonalizmem (to poklepywanie słabszych ras po
                                                rzekomo chuderlawym literackim ramionku). A skoro tak, to albo albo jesteś wykształcony (w znaczeniu mądry, nie:
                                                dyplomowany), albo nie jesteś wykształcony.
                                                Jeśli jesteś a wchodzisz między nieuków, to masz kompleksy jak stąd za Ural (domagasz sie potwierdzenia własnej
                                                wielkości przez ludzi, którzy do pięt nie dorastają)
                                                Jeśli nie jesteś wykształcony a takiego udajesz, to masz manię wielkości.
                                                A może chcesz wywołać stertę Marlowe'owskich wyzwisk? "Gówno" już gdzieś padło. No to koprolalia.
                                                Czytasz, choć nie musisz. Masochizm.
                                                A może skrycie lubisz infantylizm? Dziecięcość? Dzieci? Często bywasz na dworcach kolejowych?
                                                ....
                                                I można tak ad ukichandum. Życzę powrotu do zdrowej dawki humoru.
    • sloggi Re: W questii mojej osoby... 26.09.02, 15:55
      Na kawę już nie wpadasz ?
      Warszawa Targówek zaprasza.
      • philip_marlowe Re: W questii mojej osoby... 26.09.02, 15:59
        Spoko, jurto wpadnę tylko napiszczie jakiś post z jutrzejszą datą. Nie chce mi
        się szukać ,kiedy mi za to nie płacą.
        • jacek#jw Marlowe! Nie pękaj, pisz dalej! 26.09.02, 16:19
          I tak tego nie czytam. Jak tam Twoja licencja?
          • philip_marlowe Marlowe! Nie pękaj, pisz dalej! Spoko... 26.09.02, 17:35
            C.d.n.
    • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy4 27.09.02, 12:25
      Mówiąc te słowa podała mi zdjęcie
      - Może coś wiecej mi pani opowie?
      - Nazywa się Dorotty Swissi. Ma 23 lata. Występowała na scenie, ale trzy dni
      temu nie przyszła do pracy. Mieszkała na... - Tutaj podała mi karteczkę z
      adresem. Zastanawiało mnie dlaczego ciągle podaje mi karteczki, a nie mówi na
      głos. - Może pan porozmawiać z Kiką. One sie przyjaźniły. Poda panu wiecej
      szczegółów co tej młodej osóbki. - Gdy tak mówiła ja przyglądałem się zdjęciu
      Dorotty. Miała bardzo niewinny wygląd, włosy spiete w kitkę. Wyglądała jak
      uczennica szkoły średniej, przodująca w nauce. Zawsze mnie zastanawiało, skąd
      takie dziewczyny pojawiają się na scenach takich spelun dla dzianych
      napaleńców.
      - I to już wszystko co chcałaby pani mi opowiedzieć?
      - Raczej tak. Przywiązałam się do tej dziwczyny. Miała niesamowity urok
      osobisty, witalność, traktowałam ją jak młodszą siostrę, ale ona mi sie
      niestety nie zwierzała, więc mogłam tylko obserwować.
      Już chciałem coś powiedzieć, gdy zza sciany padł strzał. Zerwałem się na nogi i
      zamarłem patrząc na twarz Kate, czekając na odpowiedź, chociaż nie miałem
      pojecia czy o coś pytałem. Jednak ona zrozumiała o co mi chodzi.
      - To w pokoju mojego meża. Tedy bedzie bliżej.
      Odłoniła parawan stojacy pod scianą. Za nim znajdowały sie drzwi. Przekreciła
      zasuwkę i weszła do srodka. Przepchnąłem sie przez jej sztywne ciało, jakby
      wmurowane w futryne zamiast drzwi. Gdy spojrzałem na jej twarz, usta miała
      zakryte dłońmi. Nastepnie rozejrzałem sie po pokoju. Po mojej prawej zamknięte
      drzwi, prowadzące w kieruku baru, po lewej uchylone. Wyjąłem spod pachy gnata i
      ruszyłem w kierunku drzwi. Wyjście prowadziło wprost na powietrze, znalazłem
      sie na tyłach lokalu. Postanowiłem obiec go dookoła, jednak po chwil
      zaniechałem tego. Wiedziałem już kogo mam szukać, a raczej czego. Drogą którą
      tu przybyłem, w pośpiechu odjeżdzał biały Cabrio, którego widziałem na
      parkingu. Nie była to spokojna i relaksujaca jazda. Schowałem pistolet i
      wróciłem do biura Hubsona. Leżał na podłodze na wzank, nie miał oka. Krwi
      prawie nie było. Mały kaliber, nie przebił czaszki i nie rozbryzgał mózgu z
      tyłu głowy. Martwy Law Hubson leżał nieruchomo, jego wyraz twarzy był nijaki,
      może troche taki, jakby sie żalił, że nigdy już nie wybroni z opresji żadnego
      oprycha. Kate, kleczała dotykając jego włosów, nie chciałem jej przeszkadzać.
      W lokalu muzyka grała na tyle głośno, że strzał został zagłuszony. Wiedziałem,
      już co zrobię. Uchyliłem drzwi i poszukałem po sali Graffa. Siedział cały czas
      w tym samym miejscu. Nie wiem jak to jest, ale potrafiłem w jakiś dziwny sposób
      ściagnąć czyjąś uwagę wpatrując się w daną osobe. Po kilku sekundach Graff na
      mnie spojrzał. Ruchem głowy poprosiłem, żeby tutaj podszedł.
      Wstał spokojnie od stolika, i nie zwracając na siebie uwagi po chwili znalazł
      sie w pomieszczeniu z para małżenską w rozsypce. Nie wydał się zbytno
      zdziwiony, a rzekłbym nawet, że go całe zajście ucieszyło.
      - Nie będziesz musiał się wysilać. - Powiedziałem do niego. - Wiem, że to
      kiepsko wyglada, ale wyjasnię ci wszytko jutro. Teraz muszę znikać. Nie chcę
      żeby Buch miał satysfakcję przy wywnetrzaniu się nade mną. Mnie tu wogóle nie
      było.
      - Taaa... - Podrapał się po brodzie. - Dobra, pogadamy jutro. Masz u mnie dług.
      Powiedz co się stało i znikaj.
      - Poszedłeś do Kate, zapytać o jej meża. Powód sam sobie wymyśl. Padł strzał.
      Wybiegłeś przez drzwi na zewnatrz i zobaczyłeś białego kabrioleta
      odjeżdzającego z dużą prędkością. To tyle. Odezwij się jutro z rana. Musimy
      pogadać z Kiką.
      Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
      - Z Kiką? A co ona ma wspólnego z tym wszystkim?
      - Dowiesz się jutro. A pani niech nic nie mówi, grób, usta na kłudkę. -
      Popatrzyła na mnie i skinęła głową. Jej oczy były teraz jeszcze dziwniejsze.
      Ich wilgoś spotegowała moje wrażenia doznawcze. Ciarki mi przeszzły po raz
      drugi. - A teraz żegnam państwa.
      I wyszedłem. Marzyłem tylko o jednym. Zapalić i napić się. Wtedy mysli się
      najlepiej.

      c.d.n.
      • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy5 27.09.02, 15:22
        Powrót do domu, a raczej do biura, bo było ono także moim domem, okazał się
        bardzo spokojny. Trochę się obawiałem o to co może przynieśc jutro, ale to
        dopiero za kilkanascie godzin. Tymczasem należło spokojnie usiąść w fotelu i
        rozluźnić umysł. Był mi potrzebny, bo jakoś przed chwilą dopiero wyszedłem
        cudem z poslizu. Nagły zwrot kierownicy przy jednoczesnym wdepnięciu na gaz
        spowodował wyrwanie z letargu.
        Postanowiłem wcześniej wstapić coś przekąsić. Zamówiłem sobie dwie kanapki i
        kawę dla odmiany, w barze na przeciw mojej kwatery i pałaszowałem przez
        kilkanascie minut, słuchając jazzu z szafy grającej. Znajomy kelner mnie
        pozdrowił, znajoma kelnerka się usmiechnęła. Było jak w domu rodzinnym. I
        chociaż czekała mnie jutro masa niezdrowego podejścia do życia, ta chwila była
        nad wyraz przyjemna.
        Zjadłem, zapłaciłem i wyszedlem. Nie zapomniałem również o małym napiwku.
        Przeszedłem przez ulicę i ruszyłem po schodach na górę. Nie lubiłem schodów,
        zawsze miałem wrażenie, że nie mają końca. Jeszcze dwa stopnie i moja dziupla.
        Już wyobrażałem sobie, że ktoś na mnie z pałą czeka, znów zboczenie zawodowe,
        ale nic z tych rzeczy. Obrywałem po głowie tak wiele razy, że nawet bym się nie
        zdziwił, jak bym zarobił jakąś lachą po czaszce.
        A tymczasem spokojnie. Wszedłem, zdjąłem kapelusz, gnat do szuflady, szelki z
        kaburą i kapelusz na wieszak. Butelka z szafki na stół i relaks. Zapaliłem
        lampę na biurku i właczyłem radio. Złoto-brązowy płyn wypełnił lelko
        przybrudzoną szklanke. A nastepnie wpłynął mi do gardła. Ogarnęło mnie uczucie
        ciepła. Tego mi było tzreba. Zacząłem się zastanawiać jak to jest, że kiedy
        zaczynam rozmawiać z piekną kobietą, zawsze wplątuję się w jakieś nieprzyjemne
        sprawy. Za dużo znajomych, za wiele kontaktów, za mało spokojnych miejsc i
        niewinnych kobiet. Kim była kobieta z białego Chevi Cabrio? Czy była związana z
        Kiką, a może była to sama Dorotty. Stwierdziłem, ze czas się urznąć w rytm
        muzyki z radia. Przygotowałem sobie fajkę i powoli zacząłem odpływać. Łyk za
        łykiem, szklanka za szklanką.
        Nie wiem jak dotarłem do łozka, ale kiedy ze snu wyrwał mnie drazliwy dzwonek w
        telefonie, właśnie w nim byłem. Głowa ciążyła w kieruku podłogi. Musiałem
        zdobyć się na wręcz nieludzki wysiłek, by dobrnąć do aparatu i podnieść
        słuchawkę.
        - Czego. - Chrypiałem gorzej niż siedemdziesięcioletni dziad z rakiem krtani.
        - Tu Graff. Coś ty robił? Ale mniejsza o to. Mam cie sciągnąc do Bucha, jest
        cwańszy niż myslałem. Wiedział, że byłeś w lokalu. I jest cholernie wściekły,
        że zwiałeś, nie mówięc już o tym, że go nie powiadomiłeś.
        Nie bardzo mi się usmiechało spotkanie z tym wieprzem z wiecznie zaropiałą
        twarzą.
        - Bedę za dwie godziny, muszę dojśc do siebie. A lepiej za trzy, albo cztery...
        Odłożyłem słuchawkę. Wiedziałem, że tak bedzie. Zamknieta społeczność starych
        pierdzieli. Tylko wóda, forsa i gołe babki o lekkim usposobieniu. Nie znosiłem
        toważystw wzajemnej adoracji, raczących się prezntami w postaci papierowych
        dóbr majątkowych.
        Cóż, trzeba było jakoś się zebrać do kupy. Na szczęście w butelce zostało
        jeszcze na dwa łyki. To mi życie uratowało. Zapaliłem camela i stanąłem przy
        oknie. Dzień był już w stanie zawansowanym.

        c.d.n.
        • philip_marlowe Re: W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy5 30.09.02, 14:14
          Droga do Bay City była tym razem meką, Nie dość, że goraco, to jeszcze korki, a
          ja czułem sie fatalnie, i właściwie było mi tak jakby wszystko jedno. Gdy
          podjechałem pod posterunek, przed drzwiami stał Graff i palił papierosa. Gdy
          wysiadałem, lekko chwiejnym krokiem podszedł do mnie i sciszonym głosem
          powiedział:
          - Cześć, wyglądasz jaby cię przeciągneli rurami kanalizacyjnymi pod miastem.
          - I tak się czuję, a ten upał jeszcze bardziej mnie dołuje. A ty co? Komitet
          powitalny??
          - Się cholera narobiło. Jak Buch się dowiedział, że masz coś wspólnego z tym
          morderstwem, to się tak wpienił, że mu aż tchu zabrakło, od krzyczenia. Nie
          lubię tego bufona, i nawet trochę się uśmiałem słuchając jak się wywnetrznia.
          Popatrzyłem na niego, coś do mnie mówił, ale słowa docierały jaby z opóźnieniem.
          - Bądzcie z Kiką wieczorem w domu, musimy pogadać, i nie pytaj o czym, nie mam
          siły opowiadać, a teraz prowadź do tego dziobatego pierdziela.
          Graff usmiechnął się nieznacznie i weszlismy do budynku. Nie lubiłem
          posterunków policyjnych, bo śmierdziało, a te w Bay City śmierdziały najgorzej.
          Unosiła się taka ciepła, cuchnąca chmurka, złożona z oddechów i powoli
          spalajacej się ambicji w ciałach tych ludzi. Też kiedyś pracowałem jako glina,
          ale nie podobało mi się, że muszę pracować według zasad. Oni by tylko ustalali
          i kazali, a ci najbardziej cuchnący na najwyższych stołkach byli najgorsi. Od
          nich smierdziało zupełnie czym innym. Śmierdziało chciwością i obłudą, która
          była przyozdobiona ich świecącymi się gębami bez wyrazu. Smutne.
          - Wiesz co Graff, rzuć w cholerę te robotę. Masz jeszcze szansę być dobrym
          łapsem.
          Tak mi się wyrwało, bo polubiłem chłopaka.
          - Niestety, życie nie pozwala, mamy się z Kiką pobrać za dwa miesiące, i stała
          praca jest mi potrzebna.
          Pokreciłem głową.
          - To przynajmniej obiecaj mi, że twój tyłek nadal pozostanie twardy, a głowa
          się nie rozpuści z nadmiaru okazji wspomożenia drobnymi kwotami. To bagno.
          Wreszcie doszlismy do drzwi Bucha. Graff mnie zostawił na korytarzu rzucając
          krótkie:
          - Dobra.
          I zniknął za zakrętem korytarza. Smród przebijał się przez drzwi bez żadnego
          oporu. Zapukałem z odrazą.
          - Właś ty łachudro. - Głos tego dziada był mi dobrze znany. Więc wlazłem.
          Siedział za biórkiem w skórzanym fotelu z cygarem w reku. Było z nim dwóch
          mężczyzn. Jednym był jego dawny partner a teraz podwaładny. Facet z głową na
          karku, ale czasami niestety coś mu odbijało i stawał się nieznośny. Nazywał się
          Pieight. Dziwne nazwisko, mówili na niego Pieg, bo było krócej. Imienia nigdy
          nie poznałem. Drugim był Jerry Cassel, zastępca prokuratora okręgowego. Nie
          miałem pojecia, co on tu robił, to nie było toważystwo dla niego. Młody, z
          ambicjami, kogut, ale dobrze się zapowiadający. Miałem przyjemność ze dwa razy
          z nim pracować. On zaczął:
          - Niech pan siada Marlowe. - Usiadłem. - Wie pan po co pan tutaj jest?
          Zanim odpowiedziałem, chociaż własciwie odpowiedzi nie znałem, odpaliłem sobie
          papierosa. Nie mieli nic przeciwko temu, czyzby nie mieli zamiaru zrobić mi
          krzywdy?
          - Przyznam się szczerze, że jeszcze nie jestem zbyt przytomny, więc niech pan
          mi proszę wyjani. - I zaciagnąłem się głęboko dymem, aż mi troszkę świat
          zawitował. Ten mały świat w tym cuchnącym pokoju.

          c.d.n.
          • philip_marlowe Sorry, to miało być: ...ciąg dalszy6 30.09.02, 14:16
            <pusto>
            • philip_marlowe W kwestii mojej osoby...ciąg dalszy7 30.09.02, 16:45
              - Mamy pewne informacje, że może pan coś wiedzieć na temat wczorajszego zajscia
              i morderstwa Law'a Hubsona. Chciałbym, aby podzielił się pan z nami, bo zależy
              nam na ujeciu sprawcy.
              - A skąd taki wniosek, że coś o tym wiem.
              - Bo cię tam widziałem ty mała gnido. - Uniósł się nagle Buch.- Nie znoszę
              takich jak ty.
              - A ja takich jak ty, duża gnido.
              Twarz Bucha zmieniała się w bardzo szybkim tempie.
              - Pieg, powiedz kapitanowi, żeby uważał, bo mu żyłka pierdząca peknie.
              Pieg lekko sie uśmiechnął, ale stanął po stronie swojego kolegi i oberwałem w
              twarz z otwartej. Na szczęście papierosa trzymałem w dłoni, więc nie poniosłem
              żadnej straty, oprucz szczypiącego policzka.
              - Co ty baba jesteś? Zniewieściałeś od siedzenia na dupie, że bijesz z
              otwartej. - Zamochnął się jeszcze raz, ale tym razem zacisnął pieć. Tego się
              spodziewałem. Prowokowani ludzie popełniają błedy. Zrobiłem lekki unik i jego
              nadgarstek zatrzymał się za moją szczęką. Szypkim ruchem oparzyłem go w
              przegób. Syknął z bólu i złapał się za niego drugą dłonia.
              - Oj przepraszam, myślałem, że chcesz mi peta zabrać.
              Cassel wstał, nie wytrzymał i zapragnął przerwać tą farsę.
              - Panie Marlowe niech pan z nami współpracuje, bo wsadzimy pana za utrudnianie
              sledztwa.
              Popatrzyłem na niego z zapytaniem w oczach, czy on tak na poważnie gada.
              - Widziano pana jak się pan pojawił na miejscu zbrodni.
              - Tak, byłem tam. - Przerwałem mu. - Ale niestety dobro mojego klienta nie
              pozwala mi się mieszać do tej sprawy, bo może ona mu zaszkodzić. To morderstwo
              jak na razie nie jest związane z prowadzoną przeze mnie sprawą, więc nic do
              powiedzenia wiecej nie mam.
              - Ty się tu nie zastawiaj tajemnicami. - Odezwał się ponownie Buch, po czym
              zerknął na Piega masujacego sobie nadgarstek. - Idz sobie to opatrzyć, i
              przestań się tak dziwnie dotykać. Wygladasz jak...
              - Pedał. - Dokonczyłem. Miałem ochote mu jeszcze raz przylożyć. Ale niestety
              nie było mi to dane, bo gdy już szykował się do zaatakowania mnie Cassel
              zatarasował mu drogę i skinieciem głowy nakazał wyjscie. Ten spokojnie wyszedł
              odprowadzając mnie wzrokiem. Wiedziałem, że jeszcze sobie pogawędzimy, ale
              miałem nadzieję, że nie dzisiaj, bo zapragnąłem ten dzień spedzić w raczej
              pokojowym nastawieniu do życia.
              - Tak więc nie chce pan z nami współpracowac?
              - Nie bardzo z wami. Szczegołnie z nimi, z panem mogę pogadać jutro. Bo sądzę,
              że jakieś informacje, które uzyskam prowadząc śledzwo w tej drugiej sprawie,
              mogą wam pomóc.
              Musiałem coś im dać, bo bez pardonu by mnie przymknęli. Oni lubią takie twarde
              zagrywki. Cassel popatrzył się na mnie uważnie, potem zerknął na siedzącego za
              biurkiem brzydala, który znów się zmieniał na twarzy. Znów spojrzał na mnie i
              rzekł:
              - Proszę się stawić jutro o 12 u mnie w biurze. Jeżeli pana nie ujrzę,
              porozmawiamy inaczej.
              - Mogę już iść? - Zapytałem podnoszę swój cieżki zad.
              - Sapdaj. - Odbaknął Buch.
              Wyprostowałem nogi, zaciagnąłem się po raz ostatni i powoli odgasiłem papierosa
              w jego popielniczce. Upajałem się widokiem jego twarzy. Nie wiem o co chodziło,
              ale nawet słowem nie powiedział tylko zagryzał wargę. Normalnie już bym leżał
              skuty na ziemi i przygnieciony bandą mundurowych. To było zastanawiające.
              Odgasiłem, zrobiłem w tył zwrot i po chwili znalazłem się na korytarzu. Czym
              predzej chciałem się wydostać z tego zapomnianego przez uczciwośc miejsca.

              c.d.n.
              • bonzo_madrid Filipinka Marlołka 01.10.02, 12:31
                To jest ekstra! Dlaczego u nas nas 3city nie pisujesz czegoś takiego?! Facet,
                ty masz prawdziwy "chandlerowski" styl (nigdy nie czytałem Chandlera, ale
                mógłby pisać tak jak Ty). Masz też pióro do porównań i stylizowanych na
                slangowe wyrażeń (czy są slangowe nie wiem, bo nie jestem insiderem). W każdym
                razie proszę Cię: PISZ DALEJ, a potem to komuś zaproponuj do wydania (po
                korekcie ortograficznej koniecznie - wybacz, to JEST mankament). Pisz, choćby
                Ci ktoś powiedział, że nie lubi łapsów, po prostu PPPPIIIISSSSHHHHH!!!!!
    • bonzo_madrid Aleś Filipku namieszał! 27.09.02, 14:01
      u naszych drogich łódzkich przyjaciół, no no...
      Pozdrawiam,
      • icharyd Re: Aleś Filipku namieszał! 27.09.02, 17:57
        Ten Filipek to niezłe ziółko, nie?
        • philip_marlowe Re: Aleś Filipku namieszał! 30.09.02, 11:34
          Ja, a skąd takie domyły. Ja jestem tylko starym człowiekiem, który nie jedno w
          życiu przeszdł.
    • philip_marlowe W kwetii mojej osoby... ciąg dalszy8 02.10.02, 12:21
      Jeszcze kilka kroków i swieże powietrze. Upał ale jakże przyjemny, niczym bryza
      znad jeziora. Rozejrzałem się dokoła w poszukiwaniu Graffa, ale nie dojrzałem
      jego szczupłej sylwetki. Wsiadłem więc do wozu i pojechałem odwiedzić Kate
      Hubson. To nie mogła być przypadkowa smierć, a ona wiedziała na pewno wiecej
      niż mi powiedziała.
      Podjechałem od głównego wejścia. Nie było radiowozów a tajniaków nie
      odnotowałem. Na bramce nie było też wielkiego murzyna. Drzwi też były
      zamkniete. Obszedłem dokoła budynek. Z tyłu stał zaparkowany samochód. Więc
      ktoś jednak był w budynku. Podszedłem do tylnych drzwi i zapukałem, a raczej
      walnąłem pięscia kilka razy. Odczekałem kilka chwil, bez rezultatu. Złapałem za
      klamkę. Były otwarte.
      Wszedłem, w krótkim korytarzyku paliło sie światło. Wszedłem do pokoju, na
      podłodze którego widniała odrysowana konturowka nieobecnego ciała Hubsona.
      Postanowiłem zajrzec do pokoju Zagadki, najpierw zastukałem, ale też nic się
      nie wydarzyło, więc brnąłem dalej poprzez drzwi. Gdy wszedłem siedziała na
      fotelu ze spuszczoną głową. Na podłodze leżała pusta szklanka, na stole stała
      butelczyna. Dotknąłem jej szyi, żyła w stanie nieważkości, uchlana na cacy.
      Złapałem butelke i pociagnąłem solidny łyk. Dobrze smakowała, nie to co te
      uciszacze z nocnych sklepów za parę dolców. POstanowiłem troszkę poszperać
      zanim zacznę ją budzić. Bardziej interesował mnie pokój denata więc tam
      wróciłem. Na pierwszy ogień poszły szuflady, komoda, półki, ubrania. Dziesięc
      minut pladrowania i guzik. Szpargały nie mające znaczenia. Policja na pewno
      przetrząsnęła już cały pokój i jeżeli cos było na wieżchu to już tego nie ma.
      Usiadłem na chwile na krześle stojacycm przy drzwiach do lokalu.
      - Coś musi tu być. - Powiedziałem na głos i zacząłem sie przyglądać temu co na
      pierwszy rzut oka wydaje się byc nie istotne.
      Obrazy. Sejf, przyszło mi na mysl. Dopadłem wszystkich w mgnieniu oka, ale
      żadnych metalowyćh dzwiczek z pokretłami nie znalazłem. Usiadłem ponownie. Co
      przeoczyłem? Nagle mój wzok przykuło lustro. Zobaczyłem swoje odbicie i
      zacząłem się w nie wpatrywać. Jakbym samego siebie pytał czy coś jest takiego w
      tym lustrze, że sie mu przyglądam. Odpicie odpowiedziało tą samą miną. Wstałem
      i podszedłem do szklanej tafli imitujacej mnie samego. Na jego brzegu znalazłem
      pięć wolnych od kurzu prostokątów. Reszta powieżchni była mocno zakurzona. Nie
      należał nasz umarlak do pedantów. Fotografie, pomyslałem, ale pewnie je
      zabrali. Czy aby wszystkie? Zdjałem lustro ze sciany. Odwróciłem i opanowała
      mnie radać. To jest takie uczucie co przychodzi bardzo żadko, ale daje w tym
      zawodzie chwile zapomnienia. Twardy detektyw ze swoją małą radością. Na
      odwrocie lustra, do dykty przyklejona była fotografia. Gliny zadowoliły sie
      pewnie fotkami widocznymi na pierwszy rzut oka. Buch to partacz, ale miał
      pewnie mało czasu na porządki.
      Fotografia przedstawiała trzy kobiety. Były w róznym wieku. Pierwsza była
      jeszcze dzieckiem, jakieś trzynascie, czternascie lat, drugą była znajoma z
      fotografi danej mi przez Kate. Trzecia miała jakieś 30 lat. Były do siebie
      podobne, więc zalożyłem, że są siostrami. Schowałem zdjęcie do kieszeni,
      odwiesiłem lustro i wróciłem na ululanej kobiety ze zwieszoną głową.

      c.d.n.
      • aard Dalej! 02.10.02, 12:32
        czekamy Filipie.
      • philip_marlowe W kwetii mojej osoby... ciąg dalszy9 02.10.02, 15:38
        Ująłem dłonią jej podbródek i spojrzałem na twarz, coś w niej zgasło. Miała
        rozmazany makijaż i wydawała się bardzo typowa. Potrząsnąłem ją, ale nie
        przyniosło to skutku. Nie było sensu tracić z nią czasu. Miałem znajomego
        lekarza więc postanowiłem do niego pojechać. Wziąłem ja na ręce i wyniosłem z
        pokoju. Na wieszeku znalazłem klucz do tylych drzwi, a w jej torebce kluczyki
        do samochodu. Ciekawość zaglądnania do damskich torebek była czasem moją
        słaboscia. Nic jednak ciekawego tam nie znalazłem.
        Wyszedłem z budynku i zamknąłem drzwi. Klucze mogły się przydać więc schowałem
        do kieszeni. Zamnąłem jej samochód i zaniosłem ją do siebie. Przelewała się
        przez ręce. Zastanawiałem się czy czegoś nie przyćpała, albo nie zażyła jakichś
        prochów. Wpakowałem ją na tylne siedzenie i ruszyłem z miejsca buksując lekko
        kołami. Ten mój znajomy, Porew był kiedyś lekarzem sądowym i nie jeden raz
        razem pracowaliśmy. Teraz był na emeryturze i wraz ze swoją małżonką odpoczywał
        w domku na peryferiach miasta. Dotarłem w dwadzieścia minut do jego miejśca
        zamieszkania. Kate w tym czasie zaczęła lekko rzęzić, a jej oddech stawał sie
        niespokojny. Jak tylko zajechałem pod dom, migiem wyciągnąłem ją z samochodu i
        stanąlem pod drzwiami wejsciowymi naciskając dzwonek. Po chwili w drzwiach
        ukazała sie Julia Porew i nie pytając o nic wpuściła mnie do środka:
        - Oj, znów cie widzę w sytuacji wymagajacej głebszej analizy. - Uśmiechnęła się
        i zawołała na męża: - Levis mamy gościa.
        Gdy Levis Porew zdążał w kierunku salonu ja ułożyłem Kate na kanapie.
        - Przepraszam was za najscie, ale nie chciałem jej wieźć do szpitala. Jest
        teraz osoba lekko publiczną. - Popatrzyłem na Julię, miała w oczach
        nieskończoną ilośc wyrozymiałości. Kiedyś często bywałem w ich domu. Miło
        wspominam te chwile, chociaż czasy nie bardzo. Wogóle okres służby chciałbym
        wymazać z pamięci. Do pokoju wszedł wreszcie Levis.
        - Cześć, jak zwykle przynoscisz cos ze sobą, ale zdecydowanie wolałbym, zaby to
        była jakaś butelka tudziesz dobre cygaro. Julio daj gościowi się napić czegoś,
        bo widzę, że zdenerwowany jest. - Julia spojrzała na niego karcącym
        spojrzeniem, ale spełniła prośbę, a ja nie odmówiłem, chciałem sie napić. Aż
        żal mi było, że nie zabrałem butelki ze stolika Kate. Mój przyjaciej natomiast
        nachylił się nad leżącą na kanapie Zagadką. - Cóż my tu mamy? Chyba pójdę po
        torbę, a ty mów co jest grane.
        - Nie mam pojecia, na początku myślałem, że się upiła, ale później zacząłem
        przypuszczać, że czegoś się nałykała. To jest Kate Hubson.
        Porew wracając z torbą popatrzył na mnie.
        - No to nieźle wdepnąłeś. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę kim był Hubson?
        - Hmmm, nie bardzo...
        - No to masz zaległosci kolego. Dawno tu nie zaglądałeś. Oprucz tego że był
        włascicielem lokalu, był też adwokatem Duarda Darcy, posadzonego o molestowanie
        nieletnich. Jeżeli jego smierc ma coś wspólnego ze śmiercia tego drugiego to
        wdepnąłeś w niezłe gówno.
        Gdy Porew ogladał jej źrenice, ja zamysliłem się na chwilkę. Coś nie dawało mi
        spokoju. Czyżby ta sprawa miała się nie skończyć tylko na poszukiwaniu Dorotty?

        c.d.n.
        • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy10 03.10.02, 11:24
          - Co z Kate? - Zapytałem nagle.
          - Prochów nie łykała, ale ululana na amen. Dam jej środek, który spowoduje
          wymioty. - Pogrzebał w torbie i wyjął fiolke z przezroczystym płynem oraz
          strzykawkę. - Ale zanim dojdzie do siebie to zarzyga nam pół łazienki i bedzie
          spała z siedem, osiem godzin. Musiała wypić dużo w krórkim czasie. Jest niczym
          worek.
          Porównanie Kate do worka nie wydało mi sie zbyt przyjemne, ale nie wnikałem w
          okreslenia i czyny Lewisa, dopuki chciał jej pomóc.
          - A co wiesz o tym Darcym? Coś mi sie obiło o uszy, ale niekoniecznie wiem o co
          chodziło.
          Julia przyniosła szklaneczki napełnione płynem. Sobie też zrobiła.
          - Darcy był radnym, ale jakaś panienka go oskarżyła o molestowanie jej
          siostry. - Tym razem odezwała się Julia podając mi szklankę.- Niestety
          toważystwo wzajemnej adoracji pokazało swoje pazurki i biedna dziewczynka i jej
          siostra zostały obszkalowane i zbesztane za bezpodstawne pomówienie.
          - A dawno to było?
          - Nie bardzo. Nie dawniej niż miesiąc temu.
          - A kiedy zginął Darcy?
          - Tydzień później. - Odpowiedziała i łyknęła wodę ognistą.
          Ciagle siostry. Elementy układanki zaczynały powoli pasować do siebie. Czas
          odwiedzić Kike i Graffa, ale najpierw powrót do likalu Hubsona. Musiałem
          jeszcze cos znaleźć. Coś co powie dlaczego Kate się tym interesowała. Tym razem
          chciałem poszperać w jej rzeczach. Wypiłem duszkiem płyn rozgrzewający i
          założyłem kapelusz.
          - Muszę lecieć. Przyjadę wieczorem i proszę o dyskrecję. - Wstałem z krzesła na
          którym mimochodem usaidłem, chociaż nawet nie wiedziałem kiedy. - Przepraszam
          was za kłopot i na pewno się odwdzieczę.
          - Ha, gdybyś miał spłacić swoje długi to by ci życia nie starczyło na
          odpracowanie przysług. - Powiedziała Julia ironicznym tonem. Lewis natomiast
          podnosił pezwładne ciało z kanapy. Machnął mi reką i zaczął ciągnąc Kate w
          kierunku łazienki.
          Podniosłem lekko dłoń, ale nie miałem nic do powiedzenia, pociagnąłem dwoma
          palcami po rądzie kapelusza i wyszedłem. Pierwszą myslą było zapalic paierosa.
          Co pomyslałem, uczyniłem. Nastepnie wsiadłem do samochodu i usałem się tam skąd
          przed chwilą przyjechałem.
          W głowie kłębiące się myśli zaczynały sie układać w jaką logiczną całość. Jedno
          mnie tylko dziwiło, dlaczego Kate Hubson zleciła mi ta sprawę. Co łączyło ją z
          tymi siostrami? Czemu zapłaciła tyle pieniedzy za odnalezienie Dorotty. Ale
          podsumowując to co mam. Dorotty ma dwie siostry, znika trzy dni temu, a wczoraj
          ginie Hubson. Miesiąc wcześniej ginie Darcy. Związek ze sprawą mają dwie
          siostry, ale czy te dwie siostry sa także siostrami Dorotty? Zakłożyłem, że
          tak. Ale potrzebowałem jeszcze kilku kawałków tej układanki i dalej nie miałem
          zielonego pojecia co miała wspólnego z tym Kate.
          Po trzydziestu minutach znalazłem się znów przy lokalu. Samochód Kate samotnie
          stał z tyłu budynku, ale moja intuicja podpowiadała, że tym razem kogoś
          spotkam. Zaparkowałem i wyłączyłem silnik. Zgasł jakby zdmuchnieto świeczkę,
          nagle ale nie bez pozostawionego zapachu. Wyjąłem gnata i sprawdziłem
          magazynek. Schowałem z powrotem i wysiadłem z auta. Zrobiło się jakby
          chłodniej. Podzedłem do drzwi i już miałem włożyc klucz do zamka, gdy dopadł
          mnie nagły przebłysk świadomości, cos sięstanie, pomyślałem. Ale pomyslałem za
          późno. Urwał mi się film. Ostatnie co pamietam to walace w moją twarz drzwi. A
          później ciemność.

          c.d.n.
          • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy11 03.10.02, 15:13
            Świadomośc wróciła bardzo powoli. Napuchniety, niedrozny nos miał na mój gust
            wielkośc dorodnego strusiego jaja. Nie mogłem przez niego oddychać. Powoli
            otworzyłem oczy. Siedziałem na krześle, ze skrępowanymi rekoma i nogami. Była
            to jakaś piwnica, a przede mną stało trzech facetów. Wygladali całkiem groźnie.
            - Jesteś wreszcie.- Odezwał się jeden z nich. Stał najbliżej z czymś na kształt
            rurki w dłoni. - A już myslelismy, że sobie nie pogadamy.
            Podniosłem powoli głowę i spojrzałem na niego:
            - Masz papierosa? - Zapytałem.
            Wyjął paczkę z kieszeni spodni, wydobył z niej paierosa i włożył mi do ust. Po
            czym spokojnie podpalił. Cholera ciężko się pali nie używając rąk, tym
            bardziej, że chciałem jeszcze mówić w miedzyczasie.
            - Powiedz mi Marlowe, prywatny dupku, czy zawsze jesteś taki ciekawski? -
            Zapytał ten sam facet, wyjmując z drugiej kieszeni spodni moją legitymację. -
            Odpowiedz mi bo jestem ciekaw jakiego faceta mamy sprzątnąć. - Wygladał jakby
            było mu duszno, machając sobie moim portfelem jak wachlarzem.
            - Zawsze złamasie. Taka moja robota. - Nie powiedziałem tego płynnie, bo szlug
            mi przeszkadzał ale widocznie zrozumieli, bo dwóch pozostałych podniosło mnie
            do góry i zaczęło nieść po schodach. Trzeci powedrował za nimi. Najbardziej
            było mi szkda papierosa, który upadł na ziemię w chwili gdy mnie unosili.
            Smakował całkiem dobrze. Musiałem grac na zwłokę, potrzebowałem czasu aby
            wydostać się tej oprecji, jednak rysowała się przede mną marna perspektywa.
            Wyciągneli mnie na jakeś podwórko.
            - A tak wogóle, to o co chodzi? - Zacząłem chyba niezbyt orginalnie. - Tak
            drzwiami bez ostrzeżenia.
            Idacy z tyłu facet odezwał się:
            - No cóż usłyszeliśmy jak ktoś podjeżdza i bęc. Nic prostrzego. A co do powodów
            to wcale ciebie nie szukaliśmy, ani na ciebie nie czekaliśmy. Napatoczyłeś się
            sam. A teraz dostaniesz czapę. Nie lubimy łapsów, a ty jesteś wyjatkowo
            paskudny.
            Co ja miałem robić? Bania bolała mnie jak jasna cholera, nos był tak wielki, że
            zawadzał o glebę. Żadnych mysli przychodzących do głowy. Postanowiłem spróbować
            jeszcze raz.
            - Szukam Dorotty Swissi. Zleciła mi to włascicielka tego lokalu, pod którym
            dostałem w twarz.
            Widać moje słowa coś dla nich znaczyły, bo nagle zamarli, a dwaj trzymajacy
            mnie faceci cisnali mną o podłogę.
            - Co chcesz przez to powiedzieć? - Zapytał ten co cięgle gadał. - Co o niej
            wiesz?
            - Troche wiem. - Odpowiedziałem leżąc sobie beztrosko z twarzą w piachu. - Ale
            chciałbym dotknąć swojego nosa, aby sprawdzić czy nie jest złamany.
            Wiadomo który, skonął głowa na dwóch pozostałych. Tamci nic nie mówiąc
            rozwiązali mi rece i nogi. Wreszcie mogłem dotknąć swojego kluposa. Nie był
            złamany ale dziórki miałem zapchane krwią. Cały byłem we krwi. Zachodziło jedno
            pytanie. Skoro mnie puscili, to kim byli? Czyżbym mimochodem zyskał pomocników?
            Ale nie czas było na pochopne wnioski.

            c.d.n.
            • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy12 04.10.02, 11:59
              - Nazywają mnie Fart, bo mam dużo szczęścia w życiu. Ale najwiekszym szczęsciem
              w moim życiu było małżeństwo z Dorotty. - Powiedział i podał mi rekę, by pomóc
              mi wstać. Skorzystałem z pomocy. No pieknie, z tego zaczynała się robić
              rodzinna imprezka. - To są moi bracia. Przyjechalismy szukać mojej żony i jej
              sióstr.
              Więc dobrze kombinowałem. Trzy siostry, trzech braci. Tak jak w tym filmie, ale
              mniejsza o to. Nie chciałem ich wtajemniczać we wszystkie znane mi fakty, ale
              musiałem im coś powiedzieć, żeby nie wpędzili mnie i siebie w kłopoty.
              Najgorsze było to, że pewnie są narwanymi chłoptasiami, którzy najpierw tłuką w
              pysk, a późnie pytają czy to pan przeleciał moją żonę? Doswiadczyłem tego na
              własnym nosie.
              Podałem rękę pozostałym braciom i usłyszałem dziwne przezwiska. Ciekawe skąd
              pochodzili, że takimi dziwadłami się posługiwali. Świnki trzy, Fart, Jesion i
              Oczko. Kurde, gdzie ja byłem?
              - Może wy zaczniecie, chciałbym wiedzieć cos więcej o otoczce tej całej prawy. -
              Wybąłałem próbując wymasować sobie nos.
              - Już od tygodnia nie miałem wieści od Dorotty, więc wybralismy się to miejsca
              jej pracy, by zasiegnąć jezyka, ale tam ani żywego ducha. Potem zjawiłeś się ty
              i mielismy cie wybadać, ale że nie lubimy władzy to chcieliśmy cie oddać matce
              ziemi.
              Popatrzyłem na nich po kolei. Smutne dzieciaki z motywacją godną
              pozazdroszczenia.
              - Ale tego zdjęcia nie znaleźliscie? - Włozyłem rekę do kieszeni i wyjałem
              zdjecie sióstr. - A, i oddaj mi moja legitymację.
              Fart wziął do ręki zdjecie i mokiwał głową. Oddał mi je wraz z portfelem.
              - Kim są te dwie pozostałe kobiety? - Zapytałem.
              - To moje szwagieki, ta młodsza to Brenda a starsza Megan. Megan miała się
              opiekować dziwczynkami po smierci ich matki. Wyjechały, bo Dorotty i Megan
              dostały pracę w Los Angeles. Ja niestety nie mogłem opóścić farmy i rodzinnego
              interesu, którym kieruję. - Nagle spóscił głowę. - Jakiś miesiąc temu...
              Przerwałem mu i uciszyłem gestem reki.
              - Wiem co się stało, nie musisz o tym mówić. Po tej sprawie zginęło dwóch ludzi
              z nią związanych, a bagno wokół robi się coraz bardziej grząskie. Wiesz czym
              się zajmowała Megan?
              Pokiwał potwierdzająco głową.
              - Była asystentką niejakiego Darcy. Ale zniknęła po tej sprawie, a mała Brenda
              zamieszkała z Dorotty. Miały wrócić do domu dwa tygodnie temu, ale jakoś nie
              dotarły. Przyszła tylko wiadomośc, że znów są razem, ale muszą zmienić
              mieszkanie.
              No to już wygladało lepiej. Nabierało sensu. Spojrzałem na zegarek. Na dworze
              było juz ciemno, a ja musiałem zajrzeć w dwa miejsca.
              - Muszę jechać, mam pomysł jak odnaleźć twoją żonę i jej siostry. Ale niestety
              muszę jechać sam.
              Fart spojrzał na mnie i nic nie powiedział. Wiedziałem, że będą chcieli mi
              toważyszyc. Ale dla ich i swojego dobra musaiłem ich odizolować od całej sprawy.
              - Gdzie mieszkacie?
              - W hotelu.
              - No to jedźci tam. To jest moja wizytowka. - Wyciagnąłem z portfela papierowy
              prostokacik z nadrukowanym nazwiskiem mojej osoby i numerem telefonu. - Pewnie
              jutro bedziemy potrzebować siebie nawzajem, ale dziś jedźcie się wyspać, albo
              kupcie butelke i sobie chlapnijcie. Muszę sprawdzić pare rzeczy. Zadzwoncie do
              mnie jutro przed 10.
              Fart wziął wizytówkę i znów przytaknął bez słowa.
              - A tak wogóle to gdzie jesteśmy? I gdzie mój samochód? - Zapytałem na odchodne.
              - Stoi za domem, wraz z tym drugim. - Tym razem odezwał się Oczko. Miał bardzo
              młody głos> był dobrze zbudowany, ale wyglądał nie wiecej jak na siedemnascie
              lat.
              Rzuciłem krótkie o.k. i odszedłem. Zachodząc za dom zerknąłem w ich kierunku.
              Ciągle tam stali odprowadzając mnie wzrokiem. Gdy doszedłem do samochodu,
              zacząłem się obmacywać po kieszeniach w poszukiwaniu kluczyków. Nie miałem ich
              przy sobie. Złapałem za klamke drzwiczek, były otwarte, a kluczyky tkwiły w
              stacyjce. Nie bardzo wiedziałem gdzie się zanjduję, ale każda droga musi dkąś
              prowadzić. Miałem tylko nadzieję, że zdążę dotrzeć do Graffa i Kiki w niedługim
              czasie.

              c.d.n.
              • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy13 04.10.02, 15:39
                Zawróciłem i wyjechałem na drogę prowadząca do nikąd. Musiałem zapamietać to
                miejsce, by wrócic tu po samochód Kate, chyba że odstawią go na miejsce, a to
                jest nawet prawdopodobne. Jadąc przed siebie minąłem zmierzających powoli w
                kierunku szopy braci. Gdzie byłem, pojecia nie miałem. Po kilkuset metrach
                jazdy po polnej drodze dotarłem do jakiegoś światła. Stacja beznynowa przy
                szosie. Zatrzymałem się i postanowiłem zatankować. Na ławeczce siedział starszy
                mężczyzna popijający z butelki owinietej w papierowa torebkę. Zatankowałem,
                poszedłem zapłacić, a wychodząc zatrzymałem się przy ławeczce. Wyciagnąłem
                papierosy i poczęstowałem siedzącego dziadka. Wziął chetnie i włażył sobie za
                ucho, ja odpaliłem od razu. Zupełnie zapomniałem, że na stacji nie wolno palić,
                ale co tam, jak miało wybuchnąć to już dawno powinno, bo kobita za ladą,
                kobietą raczej trudno było ją nazwać, przyjmujaca pieniądze smarzyła jednego za
                drugim.
                - Przepraszam, jak dojadę do Bay City? - Zagadnąłem, a na jego twarzy pojawił
                sie rezolutny bezdzwięczny chichot.
                - Jedź pan sto coś kilometrów, hm, tfu, na północ. Hihihihi, dużo, fajny nos.
                Hihihihi. - I pociagnął z flachy, a ja dałem spokój. Na pólnoc, sto kilometrów.
                Dwie godziny jazdy. Mało czasu. Ruszyłem niczym goniony przez rzeźnika kogut.
                Obrałem kierunek północ.
                I znów zebrało mi się na myslenie. Trzy siostry, trzech braci. Dwa morderstwa.
                Jak na mój bolący nos była to za prosta sprawa. Z tego co się dowiedziałem
                mogłem przypuszczać, że sprawcą obu morderstw była Dorotty albo jej starsza
                siostra, i było by po krzyku. Wystarczy znalęźć białego kabrioleta i mamy
                sprawcę, ale coś tutaj nie pasowało. Brakowało tego jednego wielkigo szczegółu.
                Zawsze jet ktoś, kto wie o wszystkim i trzyma rekę na pulsie. Czarny charakter.
                Gdzie się schował? Zginęło dwóch ludzi, a ich przyjaciele nie szukają
                podejrzanych.Coś było nie tak. Jeżeli Megan zabiła swojego szefa, to dlaczego
                jeszcze chodziła po ziemi, a raczej jeździła. I jeżeli ona zabiła Hubsona to
                dlaczego Graff nic nie wspomniał, że wpadli na trop samochodu, który mu
                opisałem. Czegoś tu brakowało i miałem przeczucie, że niebawem dowiem się
                czego. I jeszcze coś nie dawało mi spokoju, kim była Kate, bo własciwie o niej
                nic nie wiedziałem. Kate Zagadka, ciekawe przezwisko. Dalczego się tak mocno
                zaangażowała w tą sprawę?
                Jechałem tak i jechałem a ciemność wokół mnie zaczynała sie powoli rozjasniać.
                Nie tylko od palonych przeze mnie papierosów, ale od łuny swiatła widocznej w
                oddali. Zbliżałem się do miasta, a nos mnie bolał jak jasna cholera. Minęło
                jakieś pół godziny, zanim wjechałem na jasno oswietlone ulice. Jak mogłem
                najszybciej skierowałem się go domu Graffa. Wczesną porą to tej godziny nazwać
                nie było można. Było niewiele przed pólnocą, gdy zastukałem do drzwi jego domu.
                Poczekałem chwilę, wewnątrz paliły się światła, więc ktoś w domu był. Wreszcie
                usłyszałem szuranie i ktoś zaczął otwierać drzwi. Była to Kika. Lekko zaspana.
                - Co jest do jasnej ciasnej? - Zapytała.
                - Jest George?
                - Śpi. A pan kto?
                - Jestem jego kumplem. Nazywam sie Marlowe. Byłem z nim umówiony, ale trochę mi
                zeszło.
                Popatrzyła na mnie uważnie. Najbardziej ją ciekawił mój nos. Zaprosiła mnie
                wreszcie do środka.
                - Zaraz go obudzę, dziś mam wolne, bo zamkneli tą cholerną spelunę. -
                Wprowadziła mnie do salonu. - George mówił, że ktoś ma przyjść, ale sądziłam,
                że normalni ludzie to zagladaja troszkę wcześniej.
                - Widać ja się do nich nie zaliczam. - Odparłem. A ona tylko popatrzyła i udała
                się w kierunku sypialni. - Mogę dostać trochę lodu? - Zawołałem do jej placów,
                zanikajacych za futryną drzwi. Nie wiem czy usłyszała, bo nawet nie mruknęła.
                Ja natomiast usiadłem sobie i zapaliłem, nie wiem którego, papierosa.

                c.d.n.
                • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy14 07.10.02, 11:47
                  Trzy minuty później pojawił się Graff, wyglądał jakby go sprowadzali z
                  Tajlandii. Przywitał sie ze mną i usiadł na przeciw mnie przecierając zaspane
                  oczy.
                  - Też nie masz kiedy przychodzić? Ale dobre i to, mamy do pogadania.
                  Za chwilę weszła Kika, jednak mnie usłyszała, bo przyniosła mi woreczek z
                  lodem. Aż mi się błogo zrobiło, gdy go przyłozyłem na swój powiekszony organ.
                  - Wiesz cos o białym kabriolecie?
                  - Poszperałem trochę. W Bay City jest tylko jeden, który jest zarejestrowany na
                  kobietę. Włascicielką jest... - Sięgnął do marynarki leżącej na oparciu
                  krzesła, na którymn siedział. Wyciągnął notes. - I tu zaczyna robić się
                  ciekawie. Megan Follows, ale nie ona jest włascicielem. Jest to jakby samochód
                  firmowy zarejestrowany na nią. Włascicielem jest, a raczej był Darcy.
                  Nie usłyszałem nic nowego, i nie o to mi chodziło w tej chwili.
                  - Ale dalczego jeszcze jej nie szukano?
                  - Bo dostałem polecenie słuzbowe, abym trzymał język za zębami, a oni załatwia
                  to po cichu.
                  - Oni? Jacy oni?
                  - Ci, których spotkałeś dzisiaj w południe. Ale jest ktoś jeszcze, kto pociąga
                  za sznurki.
                  Zastanowiłem sie przez chwile, więc jest jednak czarny charakter w tej sprawie,
                  tylko czy naprawdę był zły?
                  - Ok, więc kto to jest i jaki jest jego związek z całą sprawą?
                  - Tego do konca nie wiem. Wiem tylko, że nazywa się Patric Diaric i był
                  wspólnikiem Darciego w interesach, a Hubson był ich obu adwokatem. Buch i Pieg
                  często kręcili się koło nich. Natomiast Cassel dostał te sprawę z samej góry.
                  Podejrzewam, że on ma z nich wszystkich najczystrze ręce.
                  Najczystrze może, ale czy na tyle, aby mu zaufać.
                  Rozejrzałem się w poszukiwaniu Kiki, stała oparta o futryne drzwi i przyglądała
                  mi się. Nasze spojrzenia się spotkały i nie wiedziałem czy mam sobie pójść czy
                  wysłuchać tego, co mogła by mi powiedzieć.
                  - Dobra dzięki, mam już jakiś obraz całej sprawy. Jutro idę na spotkanie z
                  Casselem, może tam się wszystko wyjaśni. - Znów spojrzałem na Kike. - Chciałbym
                  cie o cos zapytać.
                  - A ja nie wiem czy chcę cie tu widzieć. - Szybko rozwiała moje wcześniejsze
                  watpliwości, ale nie mogłem wyjść, bez adresu, pod którym znajdę trzy
                  ukrywajace sie siostry.
                  - Tylko jedno, gdzie są Dorotty i jej siostry?
                  Twarz Kiki pozostała niewruszona, natomiast twarz Graffa nagle skamieniała.
                  Widać było, że nie ma pojecia o czym mówię. Odwrócił się z pytającym grymasem w
                  jej kierunku, ale milczał. Kika nic nie powiedziała, tylko zniknęła. Jakby
                  powietrze nagle zgęstniało, a gdy wróciło do normy, jej ciało wyparowało.
                  - Co jest grane, jakieś trzy siostry? Kim są te trzy siostry?
                  - Dorotty Swissi, Megan Follows i Brenda, trzecia najmłodsza siostra, którą
                  prawdopodobnie Darcy molestował. I prawdopodobnie dlatego też zginął. Od tego
                  się chyba wszystko zaczęło.
                  Nagle znów pojawiła sie Kika, dała mi karteczkę z adresem. Ciągle te karteczki.
                  Zmowa czy co? A gdy podniosłem głowę po przeczytaniu adresu znów jej nie było.
                  Dziwne uczucie, jakbym obbcował z duchem. Ale chyba nim nie była, bo planowała
                  wyjść za mąż. Zgniotłem skrawek papieru i schowałem do kieszeni.
                  - Idź spać. I bądź jutro u Cassela o 12, będę cię potrzebował.
                  Graff, tylko siedział i patrzył się w próżnię. Albo myslał, albo zmeczenie go
                  wessało w stan aparii. Nie było sensu tak siedzieć, wiedziałem co chciałem i
                  czas było ruszać do państwa Porew. Zostawiłem tam coś co wymagało głebszej
                  analizy. Jak wychodziłem Graff sobie tak siedział i siedział. Nawet nie mrógnął
                  jak powiedziałem dobranoc.

                  c.d.n.
                  • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy15 07.10.02, 16:34
                    Do rezydencji panstwa Porew dotarłem po 15 minutach. Drogi były puste, więc
                    sobie wskazówki szypkosciomierza nie załowałem. Światło się paliło, chociaż
                    byłu już grubo po północy. Nawet nie musiałem pukac, bo nagle drzwi się
                    otworzyły i Julia wpósciła mnie do srodka.
                    - No wreszczie jesteś. Co ci sie stało z twarzą?
                    - Miałem nieoczekiwane spotkanie z pewnymi drzwiami, ale juz mniej boli.
                    Bez słowa poszła do kuchni po porcję lodu, bo ta którą trzymałem w reku
                    zaczynała zamieniać sie w płyn. Wszedłem do salonu, gdzie Kate siedziała z
                    Lewisem. Jak mnie zobaczyła jej białe oczy trysnęły radością. Nie wiedziałem
                    czy ustoję na nogach gdy wpatrywałem się w jej twarz. Była lekko zmeczona, ale
                    nigdy wcześniej nie wydała mi sie piekniejsza.
                    - Dziekuję i przepraszam za kłopot. - Wyszaptała, a ja mogłem sie jedynie
                    usmiechać idiotycznie.
                    - Dobrze już, ale teraz czas sie odwdzieczyć. Lewis, dziekuję ci za pomoc. Ale
                    czy mogę jeszcze trochę jej nadużyć?
                    Lewis usmiechnął się i pokrecił głową z lekką rezygnacją. Wstał, postawił
                    butelkę whisky na stoliku i powiedzał:
                    - Może spac na kanapie, ja sie już kładę, bo jestem lekko zrabąny.
                    Po chwili przyszła Julia niosąc torebkę z zimnymi kostkami.
                    - Tylko nie siedzcie długo. A ty przestań się wplatywać w te historie, bo
                    kiedyś dostaniesz po głowie o jeden raz za dużo. - Usmiechnęła się i wyszła.
                    Nalałem sobie duży łyk i wysączyłem powoli. Kate usiadła, a ja przycupnąłem
                    obok niej.
                    - Teraz bedzie chwila prawdy. - Zacząłem tonem dykutanta na posiedzeniu zarządu
                    podupadajacej firmy. - Co jak i dlaczego, i bez ale, hmm i tak dalej proszę.
                    Popatrzyła na mnie spode łba i zaczęła mówić:
                    - Moja przyjaciółka z dziecinstwa i ja dostałyśmy pracę w Los Angeles
                    praktycznie w jednym czasie.
                    - Czy ta przyjaciółką jest Megan Follows?
                    Popatrzyła na mnie jakby z zapytaniem, skoro wiesz to po co pytasz. Ale tylko
                    przytaknęła głową.
                    - Ja dostałam pracę jako tancerka, ona jako asystentka Duarda Darcy. Wszystko
                    było wporządku. Ale tylko jakieś trzy tygodnie. Ja zaprzyjaźniłam się z moim
                    szefem, wtedy jeszcze nie meżem, a ona ze swoim. Zależało mi na pieniadzach
                    więc szybko wpadłam w sieć Law'a i zgodziłam się za niego wyjśc. Wiem, że to
                    dziwne, ale dość miałam życia na farmie ojca, gdzie ciężko było zwiazać koniec
                    z końcem. Z trudem skonczyłam szkołę, ale Megan była bardzo zdolna i skonczyła
                    nawet studia prawnicze za stypendium. Traf chciał, że jednocześcnie dostałyśmy
                    pracę i w dodatku pracowałysmy u znajacych się szefów. Po moim ślubie z
                    Hubsonem, ściagnelismy do pracy Dorotty i małą Brendę, żeby posłać ją do
                    szkoły. I wszystko było jak w bajce. Spotkania, szampan, toważystwo z wyzszych
                    sfer. Zaczęło się psuć, jak Megan zaczęła zapraszać Darciego do siebie do domu.
                    On bardziej interesował się Brendą niż nia samą. - Na chwilę się zatrzymała.
                    Słuchając jej układałem sobie to wszystko w głowie i jak na razie pasowało jak
                    ulał. - Po jakimś tygodniu Brenda zwierzyła się Dorotty, że Darcy ja odwiedzał
                    i robił jej różne rzeczy, strasząc, że jak się wygada to może zrobic krzywdę
                    jej siostrom. Dorotty powiedziała Megan, a ta rzuciła pracę i pozwała go za
                    molestowania. Jednak Law zamienił całą sprawe w farsę i przerobił wszystkich
                    tak, że posądzono ją o próbe wyłudzenia pieniędzy. Sprawę umożono, a Megan
                    zniknęła, niewiadomo gdzie. Kilka dni późiej znaleziono Darciego z kulką w
                    głowie z pistoletu małego kalibru. To dowiesziałam się od znajomego. - Tutaj
                    westchnęła sobie ze smutkiem. - Dorotty zatrzymała pracę, a ja poprosiłam męża,
                    aby dano dwóm pozostałym dziewczynom spokój. Na szczęście Dorotty przyciągała
                    klientów, więc Law nie miał zastrzeżeń do mojej prośby. Wiele razy pytałam ję
                    gdzie jest Megan, ale nie chciała ze mną rozmawiać, a cztery dni temu zniknęła.
                    A ja z poczucia obowiązku wynajełam detektywa, którego polecił mi prokurator
                    Cassel. I tyle, wiecej nie wiem, ale bardzo bym chciała wiedzieć.
                    Zastanowiłem się przez chwilę. Megan zniknęła, ale jakoby tydzień temu się
                    odnalazła. I wszystkie siostry były razem. Ciagle czegos brakowało, ale miałem
                    nadzieję, że do rana się to coś znajdzie. A spotkanie z Casselem coraz bardziej
                    mi opowiadało.
                    - A mówi ci coś nazwisko Patric Diaric?
                    Popatrzyła na mnie ze strachem w oczach. Napełniła szklanke alkoholem i
                    wychyliła jednym duszkiem. Lubiłem jak kobiety piją, ale to mnie wprawiło w
                    osłupienie.

                    c.d.n.
                    • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy16 08.10.02, 11:48
                      - Co sie stało, przestraszyło cię jego nazwisko?
                      - Nie chce o nim wiecej słyszeć. - Nalała sobie drugi raz, ale tym razem piła
                      powoli. - Ale jak już to nazwisko padło, to coś ci powiem. Nigdy nie spotakałam
                      bardziej obrzydliwego faceta. Był cichym wspólnikiem Darciego, a mój mąż razem
                      z tym warchołem Buchem pracowali dla niego. Ostatni raz widziałam go jakieś
                      pieć dni temu. Przyszedł wtedy do baru i rozmawiali z Lawem w jego pokoiku.
                      Mogę się tylko domyslać o co im chodziło.
                      - A co cię w nim tak odrzucało?
                      - Głównie to, że zajmował sie ciemnymi interesami, nie szanował kobiet i nie
                      zdziwiłabym się gdyby był zamieszany w zabójstwo Darciego i Lawa.
                      Też bym sie nie zdziwił. Wiedziałem praktycznie wszystko, co wiedzieć chciałem.
                      Zarysował mi się w głowie obrac całej afery. Ofiary i zwycięzcy, który
                      przemienił sie w ofiarę. Trzech kobiet walczących o przytrwanie, umeczonej
                      Kate, obwiniającej się za nieszczęscia tego świata. I wreszcie skorumpowanych
                      tego miasta, z których jeden leżał w miejsckiej kostnicy. Nie potrzebowałem
                      nawet coronera, by zapytać o jakieś ciekawe rewelacje. Obaj dostali w głowę z
                      damskiej broni. Wiele kobiet mnie otaczało, wiele umartwionych, smutnych i
                      niebezpiecznych. Czas było złożyc wizyte siostrom.
                      I znów musiałem się udać poza granice miasta. Zaczynało mnie męczyć to ciągle
                      jeżdzenie w kółko, od jednego domu do drugiego, od knajpy do szopy na odludziu.
                      Podróżowałem jak za młodzieńczych czasów, ale czy tak samo dobrze się bawiłem?
                      Z tego wszystkiego dopiero teraz przypomniałem sobie o tym, że obiecano mi
                      zapłacic wiecej. Jednak gdy spojrzałem na smutną twarz Kate zaniechałem
                      poruszania tego tematu.
                      - Muszę iść. Wrócę ok 10. Myslę, że do tej pory wiele się wyjaśni.
                      - Musisz iść? - Zapytała takim głosem, że zmiękłem w jednej chwili. - Może byś
                      został, nie chcę być sama?
                      Jak magnes moje suche wargi ciężyły w jej kierunku. Musiało to dość dziwnie
                      wyglądać jak face z rozkwaszonym nosem chce pocałować smutna kobietę. Niestety
                      musiałem się powstrzymać.
                      - Musze iść. - Powtarzałem się, miałem tylko nadzieję, że ona tej frazy znów
                      nie przerobi na pytanie. Milczała jednak. - Wiem gdzie jest Dorotty i jej
                      siostry. Muszę tam jechać, bo nie wiadomo jak długo ich miejsce pobytu bedzie
                      tajemnicą. Mam dziwne przeczucie, że ta noc bedzie jeszcze długo trwała.
                      Nic się nie odezwała tylko napiła sie kolejnego łyka płynu ze szklanki. Ja
                      wstałem i odłożyłem swoja. Wziąłen do ręki kapelusz i udając twardszego niż
                      byłem wyszedłem. Standardowa zagrywka, ukryć uczucia pod płaszczem twardziela.
                      Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi uszła ze mnie para a ja stałem sie na powrót
                      zwykłym człowiekiem.
                      Zapaliłem papierosa i wciągając dym rozejrzłem sie dokoła. W odległości jakieś
                      czterdziestu metrów po mojej lewej stał zaparkowany samochód. Widziałem go kila
                      razy jadąc od Graffa, ale nie zwracałem na to uwagi, bo jechałem zafacynowany
                      predkoscią i checią spotkania z Kate. Teraz sobie to uswiadomiłem. Zaciągnąłem
                      się po raz drugi i poszedłem do swojego auta.

                      c.d.n.
                      • philip_marlowe Re: W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy16 10.10.02, 14:08
                        Przekreciłem kluczyk i nacisnąłem strater. Silnik zakoczył od razu. Ruszyłem
                        wolniutko, jakby tocząca się prawie po równej powierzchni kortu włochata
                        zielona piłeczka. Jaki to był piekny widok, gdy w lusterku wstecznym zobaczyłem
                        jak stojący w oddali samochód rusza za mną. Nie zapalił świateł, czy mieli mnie
                        za głupca. Nie wiem kto siedział w samochodzie, ale domyslic się nie było
                        trudno. Miałem do przejechania ponad pięćdziesiąt mil, co mogłem załatwic w
                        godzinę, ale wiedziałem, że bedzie to trwało znacznie dłużej. Ciekawe czy Graff
                        wiedział, że go obserwowali. Jechałem tak sobie więc te kilka mil na godzinę i
                        patrzyłem w lusterko.
                        Po 10 minutach idiotycznego czajenia się wcisnąłem pedał gazu do deski i
                        skreciłem w pierwszą uliczkę w prawo. I pomknąłem jak tylko mogłem najszybciej
                        w stronę autostrady. Samochód jadacy za mną został z tyłu, ale byłem pewien że
                        go jeszcze ujrzę. Nie zgubi sie policyjnego samochodu tak łatwo ale musiałem
                        zyskać kilka minut, zanim mnie odnajdą.
                        Wyjechałem na autostradę i jak pirat drogowy po 3 litrach kawy śmigałem w
                        strone miejsca zamieszkania sióstr. We wstecznym lusterku nie widziałem
                        goniacych świateł, więc postanowiłem zjechać na mniej uczęszczane. Zrobiłem to
                        na pierwszym zjeździe. Cały czas rozglądałem się wokoło i bacznie obserwowałem,
                        czy nie napotykam jakiegos patrolu. Z pewnoscię poszła już informacja i mnie
                        szukają.
                        Po godzinie jazdy byłem na miejscu. Zaparkowałem samochód przed domkiem o
                        poszukiwanym przeze mnie adresie. Na moje nieszczęście gdy wysiadałem w oddali
                        zobaczyłem radiowóz. Schowałem sie za drzewm i poczekałem jak przejedzie. Gdy
                        zniknął za zakretem ruszyłem w kierunku domu. Miałem kilka, może kilkanaście
                        minut na wyciągniecie ich z domu, o ile w nim były. Więc musiałem się śpieszyć.
                        Zawaliłem w drzwi tak mocno, że prawie wyleciały z zawiasów. Coś w domu
                        zaszurało i nagle doleciał do moich uszu kobiecy głos.
                        - Kto tam? Przedstaw się bo jak nie to bedę strzelać!
                        Wyszedłem spokojnie poza obręb drzwi i odpowiedziałem:
                        - Nazywam się Marlowe, jestem prywatnym detektywem. Pracuję dla Kate Hubson, a
                        ten adres dostałem od Kiki.
                        Nastąpiła chwila ciszy. Do moich uszu dolatywały tylko ciche szepty, jednak nie
                        mogłem zrozumieć słów. Po jakich 30 sekundach zapiliło sie światło na ganku i w
                        domku, a w drzwiach pojawiła się kobieta. Wygladała przeciętnie. Ciemne włosy,
                        sympatyczna twarz. W ręku trzymała trzydziestke ósemkę. Popatrzyła na mnie
                        przenikliwym wzrokiem. Była to Megan.
                        - W jaki sposób nas pan znalazł, a raczej dlaczego Kika dała panu nasz adres?
                        - To raczej ja się powinienem zapytać dlaczego wy dałyście jej adres. Ale nie
                        ma na to czasu. Jeżeli ja was znalazłem to za chwilę tu bedą zli panowie.
                        Zbierajcie się spadamy stąd. Nie ma czasu. Po drodze wam wyjaśnię.
                        Patrzyła na mnie przestraszona i stała jakby ją zamurowało.
                        - Dorotty! Obódź małą! - Nagle się ocknęła z letargu. - Zabierzcie tylko
                        pieniadze i moja torebkę. Musimy uciekać.
                        Gdy mówiła do Dorotty ja patrzyłem na lufę wycelowanego we mnie pistoletu. Gdy
                        na mnie spojrzała opusciła rewolwer i schowała za pasek w spodniach. Ciekawy
                        widok. Kobieta z gnatem w spodniach.
                        - Przepraszam. - Powiedziała i zmusiła się do lekkiego usmiechu.
                        - Pospieszcie się. Czekam w samochodzie.
                        I odszedłem a kierunku auta. Nie minęły dwie minuty jak dziewczyny znalazły się
                        w środku. Ale było za późno. Przed sobą zobaczyłem światła znajomego mi wozu.

                        c.d.n.
                        • philip_marlowe To był ciąg dalszy17 sorry (nt) 10.10.02, 14:11

                          • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy18 11.10.02, 12:17
                            Musiałem szybko wymyśleć co mam zrobic. Sytuacja była delikatna. Nie wiedziałem
                            jakie zamiary mają panowie siedzący na przednich fotelach upierliwego pojazdu.
                            - Czy twój kabriolet jest tu gdzieś??
                            Megan popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem. Jakby nie wiedziała o co chodzi.
                            - Nie mam tego samochodu od trzech tygodni. Jak odeszłam z pracy to samochód mi
                            zabrali.
                            To co powiedziała postawiło całe zajscie w innym świetle. A moje watpliwości co
                            do smierci Hubsona zaczęły się potwierdzać. Gdy w dzwiach zobaczyłem Megan z
                            rewolwerem, wiedziałem, że coś jest nie tak z tymi zabójstwami.
                            - A tak własciwie to dlaczego wy sie ukryawcie, a nie wrócicie do domu?? I tak
                            na marginesie, to szukają was mąż Dorotty z bracmi.
                            Dorotty aż podskoczyła.
                            - Widział sie pan z Fartem? Gdzie on jest, muszę go zobaczyć.
                            Nie odpowiedziałem, bo musiałem szybko działać. Ucieczka jak na razie nie
                            wchodziła w rachubę.
                            - Megan, jak wysiądę, przesiadziesz się na moje miejsce. Gdy zobaczysz jak
                            kucnę i wstanę to ruszajcie jak na złamanie karku i trzymajcie się bocznych
                            dróg. - Wyjąłem moją wizytówkę i na drugiej stronie napisałem ardes Julii i
                            Lewisa. Wiedziałem, że przeginam sprowadzając na ich barki kolejnych
                            niesfornych gości. - Tam będzie Kate. Postarajcie sie gdzieś ukryc. Ona coś
                            wymysli. A jutro zadzwońcie do mnie.
                            Megan przytaknęła głową, a ja siegnąłem do schowka, wjąłem i sprawdziłem mojego
                            Lugera oraz moj ukochany przedmiot w takich sytuacjach, a mianowicie
                            pieciocalowego gwoździa i wysiadłem z auta. Jeszcze nie do końca wiedziałem co
                            zrobię, ale musiałem odwrócić uwage od sióstr. Byłem tak skołowany, że
                            kompletnie nie miałem pojecia, dlaczego jeszcze żyjemy. Co mieli zrobic ci dwaj?
                            Krok po kroku, wolno zbliżałem sie do zaparkowanego w odległości 20 metrów
                            samochodu. W środku siedział, tak jak przewidywałem Buch z Piegiem.
                            - Widzę, że osobiscie się pofatygowaliście. - Powiedziałem gdy podzedłem i
                            nachyliłem sie nad otwrtym oknem. - O co własciwie chodzi?
                            - Wiesz łapsie, ciesz się, że jeszcze żyjesz. Masz przyjaciela, który
                            powiedział, że jak cie tkniemy to wyladujemy na krzesle. Tak wiec, kurwa mać,
                            jesteś bespieczny. - Buch pałał nienawiscią, odwrócił głowe w moją stronę i
                            splunął. W ostatniej chwili zdążyłem się usunąć z trajektorii lotu brązowawej
                            sliny.
                            - Pieg, a może chciałbys teraz wyrównać nasze rachunki? Wiem, że chciałbyś mi
                            przyłożyć. No co, sprawdzimy się?
                            Pieg zerwał się, ale mocny uscisk Bucha go powstrzymał.
                            - Nie widzisz, że on cie chce sprowokować? A teraz spadaj Marlowe, ty nas nie
                            interesujesz. Zabieraj panienki, tam gdzie masz je zabrać, a my bedziemy sobie
                            spokojnie za wami jechać.
                            - Ok. Ale jeszcze jedno. Macie może papierosa, bo mi się skonczyły, tylko
                            jednego i znikam.
                            Buch popatrzył na mnie, ale papierosa mi podał.
                            - Masz łapsie a teraz spierdalaj.
                            Wziąłem papierosa i go upusciłem, udając, że mi wypadł jak szukałem zapałek.
                            - Pierdzielona ofiara losu. Jazda stąd. - Warknął Buch. Ja w tym czasie
                            podłozyłem gwóźdź mocując go lekko w bieżniku opony. Nie było mozliwosci aby
                            ujechali dalej niż na kilkadziesiat metrów. Spokojnie się podniosłem i tak jak
                            miało być, warknął silnik mojedo Packarda, zapiszczały opony i dziwczyny
                            pomknęły przed siebie.
                            - Ty złamany fiucie! - Krzyknął Buch jak mijał nas mój samochód. Odpalił silnik
                            i ruszył do przodu. Zawrócił mało nie przejeżdzając mi stopy tylnim kołem. Po
                            chwili zniknął zostawiając mnie na środku ulicy.
                            Byłem sam, w srodku nocy, w osiedlu gdzie samochody jeżdzą tylko za dnia, a
                            taksówka jest mozliwa do złapania jedynie za pomoca telefonu. MIałem dwa
                            wyjścia. Albo iść w stronę autostrady, mając nadzieje, że znajde po drodze
                            jakąś budke telefoniczną, albo pukać do drzwi domów. Wybrałem to pierwsze, z
                            nadzieją w sercu, że nie bede musiał drałować aż do autostrady.
                            I zapalając użytego we własciwym celu papierosa ruszyłem, rozpruwając ciemność
                            jak pruje sie suknię ślubną przeznaczona do poprawek.

                            c.d.n.
                            • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy19 14.10.02, 16:24
                              Szedłem sobie tak i szedłem, rozgladając sie wokoło. Nic tylko domki i domki,
                              małe uliczki i domki. Znałem tą cząść miasta, chociaż prawdę mówięc nie była
                              ona częścią metropolii, a raczej jej sypialną oddaloną o godzinę jazdy od L.A.
                              Ale gdzie do cholery były budki telefoniczne. Nagle doznałem olsnienia. Znałem
                              przecież tutejszego szefa policji, a raczej szefa dwóch policjantów w tzw
                              komisariacie z bożej łaski. Rozejrzałem sie wokół siebie i obrałem kierunek
                              pólnocny. Skierowałem sie w stronę głównej alei. Miałem przed sobą kilkanascie
                              minut na pieszo. Gdy minął czas, w którym wypaliłem trzy papierosy znalazłem
                              się na znanej mi lepiej ulicy. Skreciłem na wschód i maszerowałem.
                              Zastanawiałem sie ciagle nad tą sprawą nie mogąc dojść, co jest grane. Z jednej
                              strony prawie wszystko było wiadomo, z drugiej nic teraz nie pasowało. Śledzący
                              mnie imbecyle, nie chcieli ani mnie ani sióstr, więc kogo próbowali znaleźć.
                              Czy zależało im na czymś o czym nie wiem? I tak sobie idąc i paląc doszedłem
                              wreszcie do budynku, w którym mieścił się posterunek policji. Swiatło się
                              paliło.
                              Wszedłem mając nadzieję, że spotkam osobę, którą znałem i nie zawiodłem się.
                              Kurt Finezz siedział za biurkiem i czytał sobie jakis miesiecznik. Nie mieli
                              chyba zbyt wiele pracy.
                              - Cześć Kurt. Jak leci? - Wystraszyłem biedaka na śmierć. Mało nie spadł ze
                              stołka. Gdy pierwszy szok przeminął odpowiedział patrząc sie na mnie jak na
                              ducha.
                              - Malowe? Skąd u lich się tu wziąłeś? Kupę czasu cię nie widziałem.
                              - A, wiesz spaceruje sobie po tych przepieknych jednostajnych uliczkach i
                              podziwiam tą cudną jednostajna architekturę.
                              Usmiechnął się i podał mi ręke.
                              - Dobra nie ważne. Znając ciebie mógłbyś się pojawic na szczycie Mont Everest i
                              spytać ekspedycję o drogę, mówiąc, że zabłądziłeś sledząc podejrzanego.
                              Tym razem ja się usmiechnąłem.
                              - Daj mi skorzystać z telefonu. Muszę zadzwonić, a później sobie pogawędzimy i
                              opowiemy sobie co gdzie słychać.
                              Kurt podał mi telefon a ja wykreciłem numer Graffa. Biedny chłopak, chyba
                              zaczynałem go meczyć. Po kilkunastu sygnałach odebrał telefon. Gdy usłyszał mój
                              głos zaczął mówić ze złością, ale gdy mu wspomniałem, że jego dom był
                              obserwowany przez pewnych dwóch panów, zmienił ton na zainteresowany. Po
                              krótkiej pogawędce, której Finnnez przysłuchiwał się z nieukrywanym
                              zaciekawieniem, podałem mu adres mojego pobytu, a on obiecał, że za godzinę
                              mnie stąd zabierze. Dałem biedakowi półtorej, co by zaspany za kierownicą nie
                              siadał. Po czym odłożyłem słuchawke.
                              - Z tego co słyszałem, to wdepnąłeś w niezłą kabałę.
                              - Też tak sądzę, tym bardziej, że na razie nie wiem co jest grane. Za dużo tu
                              niedokonczonych historii i za wielu uczestników w grze. Pogmatwało sie to
                              wszystko. Ale mam nadzieję, że jutro zaswieci wreszcie słońce.
                              Dalej rozmowa potoczyła się już o starych dobrych czasach. Pracowaliśmy kiedyś
                              razem, w zamierzchłych czasach, gdy miałem marny zaszczyt przywdziewania
                              munduru. Obaj zdalismy sobie w porę sprawę, że dla idealistów w policji miejsca
                              nie ma. Przy czym on wybrał spokojniejsze życie. I tak nam leciał czas przy
                              kieliszku pogawędce i paierodkach. Miło było powspominać stare, chociaż czasem
                              niezbyt dobre czasy.

                              c.d.n.
                              • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy20 15.10.02, 16:24
                                Gdy w drzwiach pojawił się Graff, bylismy juz całkiem weseli. Nie
                                powiedziałbym, że pijani, ale humor mielismy przedni. Nie wiedziałem, czy
                                wciągnąć Graffa w tą małą libacje, czy pożegnać sie Kurtem. Ale praca wzieła
                                górę nad chęciami.
                                - Było miło Kurt, ale niestety muszę skończyc to co zacząłem.
                                - Ale mam nadzieję, że odwiedzisz jeszcze kiedyś starego kumpla w najbliższej
                                dekadzie? - Odpowiedział pytaniem, zakrecając butelkę, z uśmiechem na ustach.
                                - Jak będę w tych okolicach to zajrzę.
                                - Taaaa, a jesteś tutaj tak często, że zaczynasz mnie nudzić.
                                Podaliśmy sobie rece i wyszedłem z Graffem na zewnątrz. Ten był przerażony,
                                jakby porwano mu całą rodzine.
                                - Widzę, że się dobrze bawisz. Powiedz mi lepiej co jest tu grane.
                                - Powiem ci po drodze. Jedziemy z powrotem. Mam tylko nadzieję, że te głąby
                                gdzieś stoją w rowie i czekają na pomoc.
                                Wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy w strone miasta.
                                - Czemu obserwowali mój dom? Przecież ja nic nie wiem o całej sprawie.
                                - Szukali mnie, a przeze mnie chcieli odszukać kogoś innego. Podejrzewam, że
                                uprzedziłem ich, zabierając Kate z lokalu. Ona jest bardziej w tą sprawę
                                zaangażowana niż mówi.
                                Graff popatrzył na mnie i zapytał:
                                - Ale przecież z miejsca zbrodni uciekano samochodem Megan Follows?
                                - To mnie też ciągle zastanawia. Widziałem ten samochód przed wejściem do
                                lokalu i był to samochób kobiety. Chyba, że tak miał wygladać. Albo przyjechała
                                nim kobieta, a odjechał mężczyzna. Wiele jest mozliwości, nie wiem która
                                własciwa. Buchowi i Piegowi nie chodziło o Megan, Dorotty, czy Brendę. Sądzę,
                                że chcą dopaść Kate, ale nie wiedzą gdzie jest. A za wszystkim stoi niejaki
                                Patric Diaric.
                                Nie wiem czy to nazwisko na wszystkich tak działało, bo ja nawet nie wiedziałem
                                dokładnie kim on jest. Graff wyraznie bardziej nerwowo zaczął prowadzic.
                                - Diaric trzęsie całym Bay City. Nie wiem gdzie ty się uchowałeś, skoro mówisz
                                o nim niejaki. Ma w kieszeni praktycznie wszystkich.
                                - A co z Casselem? - Zapytałem ni z gruch ni z pietruchy.
                                - Cassel mu się nie dał, bo Bay City to nie jego działka. Jest tu na wystepach
                                gościnnych. Podobno ta sprawa nie jest mu obojetna i poprosił o nią osobiscie.
                                To takie buty, pomyslałem. Przyjaciel Kate, wziął się za sprawę morderstwa
                                osobiście. To by wyjasniało, dlaczego Buch i Pieg, byli tak ostrozni, że nie
                                używali siły wobec mnie czy sióstr.
                                - Dobra, teraz już troche wiem. Natomiast ciągle nie mam pojecia, co kierowało
                                zabójcą. I kto nim był. A propos czy wyjaśniono sprawę zabójstwa Darciego.
                                - Sprawe umożono z powodu braku dowodów. Podejrzewano, jak sie dowiedziałem,
                                pannę Follows, ale jej tego nie udowodniono. Tutaj też się przewinął Cassel.
                                - Przewinął się? A w jakim charakterze?
                                - On właśnie umożył tą sprawę. Stwierdził, że nie ma podstaw do oskarżenia. Nie
                                ma świadków, narzędzia zbrodni, a podejrzana ma alibi. Które notabene
                                potwierdziała Kate Hobson zeznając, że w tym czasie miały sprzeczkę natury
                                osobistej w jej domu. A co najważniejsze dwóch świadków widziało pannę Follows
                                wychodzącą z mieszkania Kate.
                                Tak więc jeżeli to nie Megan była mordercą. I nie ona odjechała z miejsca
                                zbrodni, to kto nim był. Wykluczyłem Kate, wykluczyłem Dorotty, bo nie
                                widziałem powodów by ją w to mieszać. Czyżby Diaric sam robił porządki na
                                własnym podwórku? Ale potrzebny był mi motyw takiego porzadkowania, a tego nie
                                miałem. Jedyna nadzieja, że wizyta u Cassela mi coś wyjaśni.
                                Gdy wjeżdzaliśmy do L.A. był już dzień. Podałem graffowi adres państwa Porew i
                                ok 7 rano zastukalismy do drzwi. Nikt w środku nie spał, a gwar rozmowy
                                doleciał do mnie już na schodach. Nie spodziewałem się zastać wesołą gromadkę.

                                c.d.n.
                                • aard Filpku dalej - to jest pyszne! 18.10.02, 15:22
                                  (lepsze niż Hochland) - kryptoreklama rulez...
                                • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy21 21.10.02, 11:26
                                  Gdy przeszdłem przez próg drzwi, które otworzyła Julia, Lewis z trzema
                                  kobietami siedział w salonie i gawędził. Widać było, że Kate, Dorotty i Megan
                                  są w dobrych humorach. Siedziały sobie popijając kawę. Ciekawe czy wogóle sie
                                  kładły.
                                  - Droga mineła bez niespodzianek? - Zapytałem oznajmiając swoje przybycie. Za
                                  mną do domku wszedł Graff. Stanął zaraz za progiem i popatrzył na twarze
                                  obecnych.
                                  - No niezłe toważystwo sie tutaj zebrało.
                                  Kate wstała i podeszła do mnie.
                                  - Dziekuję, że znalazłeś Dorotty. Teraz powinnam ci chyba zapłacić?
                                  - To jeszcze nie koniec. Megan gdzie jest samochód?
                                  - Stoi za domem. - Odpowiedział automatycznie Lewis. - Kluczyki leżą na
                                  parapecie okna przy wejąciu.
                                  - Zaopiekujcie sie Doroty i Brendą. Pozostałe panie proszę za mna.
                                  Wziąłem kluczyki i wyszedłem na powietrze. Graff kroczył tuż za mną. Za chwilkę
                                  pojawiły się kobiety.
                                  - George, dziekuję ci za pomoc. Pojedź na posterunek i spróbój sie czegoś
                                  dowiedzieć więcej o śmierci Darciego i o tym jaki udział w całym zajściu mieli
                                  nasi dobrzy znajomi, Buch i Pieg. Oni mnie teraz najbardziej interesują.
                                  Spotkamy sie u Cassela o jedenastej.
                                  Graff skonął głowa i oddalił sie bez słowa. Ja poszedłem droga wjazdową do
                                  garażu, który nietypowo umieszczony był za domem, chociaż w tych
                                  okolicznościach miało to swoje dobre strony. Kate i Megan kroczyły grzeczniej
                                  jagbym prowadził je na rzeź.
                                  - Jedziemy do mojego biura. Muszę wam zadać jeszcze trochę pytań.
                                  Wsiedlismy do samochodu i skierowaliśmy się w strona mojego biura.
                                  - Długo za wami jechali? - Zapytałem siedzącą z tyłu Megan.
                                  - Jakieś pięć minut, potem zniknęli. Od tego czasu ich nie wydziałyśmy. Innych
                                  samochodów policyjnych też nie.
                                  - Dlaczego chcesz jeszcze o coś nas pytać? - Odezwała sie nagle Kate. -
                                  Przecież znalałeś Dorotty i nic wiecej nam nie jest potrzebne. Dziewczyny teraz
                                  wyjadą i sprawa bedzie zakonczona.
                                  Niestety obawiałem się, że tak szybko nie uda nam sie odczepić od Diarica i
                                  jego piesków. Mogłem odstawić siostry do męża Dorotty, ale chciałem dowiedzieć
                                  sie o co w tym wszystkim chodziło.
                                  - Powiedz mi Kate, kto po śmierci Lawa bedzie włascicielem lokalu?
                                  - Ja. - Odpowiedziała bez namysłu. - Znaczy się tak mi się zdaje.
                                  - I nie ma żadnego innego wspólnika? Cichego wspólnika, który by wspomagał
                                  twojego świętej pamieci męża? Kogoś, kto tak naprawde był włascicielem knajpy?
                                  Kate zastanowiła sie chwilke. Na jej twarzy zaczynał sie malować wyraz
                                  zwatpienia, ale była pewna swego.
                                  - Law był jedynym włascicielem. Widziałam papiery, tylko on widnieje w
                                  dokumentach.
                                  - No dobrze. A czy Diaric często zaglądał do waszego lokalu?
                                  - Był tylko raz, ale dawno temu. Częściej widywałam Bucha. Law wtedy znikał i
                                  niewiedziałam kiedy i czy wogóle wróci. A gdy wracał, zwykle był wściekły.
                                  Chociaż zdarzało się, że wracał w dobrym humorze. Wtedy dostawałam od niego
                                  jakieś świecidełko albo inny prezent. Wiedziałam, że robi to tylko po to aby
                                  mnie udobruchać, ale ja juz miałam wtedy swoje plany i nie przeszkadzało mi to,
                                  że tak znika.
                                  Miała swoje plany. Czyżby jej przyjaciel Cassel był jednym z głównych punktów
                                  tego planu. Gdy Kate mówiła czasem zerkałem we wsteczne lusterko. Tam
                                  natrafiałem na odbicie oczu Megan. Miałem wrażenie, że za chwilę wystrzelą, a
                                  ja rykoszedem oberwie nimi po twarzy. Nie wiedziałem, czy się boi czy chce
                                  wyskoczyć z auta, czy po prostu ma taką minę gdy słucha.
                                  - Jeszcze jedno, czy wiesz co robili?
                                  - Mogę sie tylko domyslać, że grali w kar... - Nagle urwała, jakby w nią
                                  strzelił piorun. - Czy chcesz powiedzieć, że...
                                  - Właśnie to mi przyszło do głowy, że zginął za długi. Ale co do tego nie mam
                                  jeszcze pewnosci.

                                  c.d.n.
                                  • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy22 21.10.02, 14:42
                                    Widać było, że Kate usilnie stara się coś wymyslić. Jakby chciała zapewnic sama
                                    siebie o tym, że wszystko jest w porządku, ale kiepsko jej to wychodziło.
                                    Zerknałem w lusterko, przy okazji zmieniania pasa na jedzni. Megan miała wciąż
                                    tą sama minę. Ją też musiałem coś niecoś popytać. Gdy tylko otworzyłem usta,
                                    jej oblicze zmieniło się w spokojną, pełna blasku dziewczęcą buzie. Nagle
                                    zaczęła wygladać jakby urodziła się 10 lat później niż miała to zapisane w
                                    metryce.
                                    - A jakie były twoje kontakty z Diariciem i dlaczego zniknełaś po tym
                                    nieprzyjemnym procesie?
                                    - Diaric, że tak powiem jest takim uroczym skurwielem. - Odpowiedziała bez
                                    namysłu, a ja mało co nie udławiłem sie dymem papierosowym, który wciagałem
                                    własnie do płuc. - Spotkałam go kilka razy. Ma niesamowity urok osobisty, ale
                                    jest okrutny. Nie liczy sie z nikim. Jego pieniądze i układy pochodzą z
                                    hazardu. Kilka razy widziałam jak Darcy, Hubson i kilku innych ważniaków siada
                                    do pokera o wysokie stawki. Nigdy nie dawałam znać po sobie, że cokolwiek mnie
                                    obchodzi, ale jak wynikła ta smutna sprawa z Brendą to wyrzuciłam kilka smieci
                                    na stół i musieli cos zrobić.
                                    Wyrzuciłem niedopałek przez okno, wykorzystując krótka pauzę miedzy ciągiem
                                    słów wypowiadanych przez Megan, i zanim złapała oddech wtrąciłem pytanie:
                                    - Ale ty nie zabiłas Darciego? A może jednak?
                                    - Nie zabiłam, nie wiem kto to zrobił, ale był to majstersztyk, pieknie mnie
                                    wrobili. Moje alibi to było lipa, ale dzięki Kate, nie wiem jak to zrobiła, ale
                                    bedę jej wdzieczna do konca życia, Jerry Cassel mnie wyciagnął.
                                    - No to widzę, że cała ta sprawa to robienie ze mnie balona. - Nie czułem się
                                    najlepiej.- I pewnie mi powiesz, że szkanie Dorotty to był tylko pretekst to
                                    wynajecia szczura, którego wpuścicie do labiryntu, aby znalazł wyjście.
                                    Kate odwróciła głowę w kierunku swojej przyjaciółki. Przez chwilę patrzyły sie
                                    na siebie.
                                    - Jerry powiedział, że jesteś uczciwym facetem, który nie odpuszcza, dopuki nie
                                    dotrze do sedna. Dorotty nie zniknęła, tylko Kika ją wywiozała do dziewczyn, bo
                                    Law ciągle ją wypytywał gdzie jest Megan. I stawało sie to nieznośne. Kika
                                    woziła im zakupy co drugi dzień. Jednak nie miałam wpływu na śmierć męża i
                                    skomplikowanie się tej sprawy. Jerry chciał znaleźć kogoś kto dowie się
                                    dlaczego zginął i kto zabił Darciego.
                                    - No dobra, nic mi wiecej nie potrzeba. Wiem na czym stoję.
                                    Po tych słowach uswiadomiłem sobie, że nie spałem prawie od 24 godzin, ale nie
                                    czułem się zmeczony. Mój umysł był jasny jak stuwatowa żarówka, a elektrony w
                                    rozżarzonym druciku wolframowym powodowały, że moje myslenie nie szło na marne.
                                    Diaric prowadził dom gry, Darcy i Hubson popadli w długi, pieski Diarica czyli
                                    Buch i Pieg szukali Kate, bo ta musiała zrzec się praw do swoich udziałów w
                                    lokalu, albo bedzie współpracować, albo zamieszka na pustyni dwa metry pod
                                    ziemią. Okazja zabicia Darciego nadarzyła się, gdy Megan przegrała proces.
                                    Wszystko układało sie w logiczną całość. To było całkiem miłe uczucie.
                                    Pozostawały tylko dowody na takie założenie. Musiały być przynajmniej weksle,
                                    które trzeba było odnaleźć. Czekała mnie więc wyprawa do jaskini lwa, lwa
                                    mieszkającego przy zielonym stoliku.
                                    Była prawie dziewiata jak dotarliśmy do mojego biura. Zaparkowałem samochód.
                                    Pięć metrów dalej stał zaparkowany inny wóz, ale szybko domysliłem się kto w
                                    nim siedzi. Megan aż podskoczyła.
                                    A trzej moi nocni przyjaciele jak w wojsku na raz drzwi otwórz, na dwa wysiądź,
                                    na trzy drzwi zamknij, na cztery walnij w pysk. Nie lubiłem wojska, ich też nie
                                    za bardzo lubiłem, ale mogli sie przydać. Tymbardziej, że mieli w tym wszystkum
                                    rodzinny interes, a chłoptasie z prowincji takich spraw nie odpuszczają.

                                    c.d.n.
                                    • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy23 24.10.02, 15:12
                                      Wysiadłem z samochodu, a Megan za mną. Jakby zapomniała o bożym swiecie. Fart
                                      na jej widok dostał taką minę jakby najadł się właśnie waty cukrowej i sprawiło
                                      mu to ogromną przyjeność. Uścisneli się, po czym zamienili kilka słów szeptem.
                                      Następnie Megan przywitała się z pozostałymi braćmi. Z drugiej strony auta
                                      wysiadła Kate. Fart spojrzał na nia i rzucił tylko:
                                      - Cześć Kate, cieszę się że cię widzę.
                                      I tyle było powitania. Gdy patrzyłem na Megan rozpromienioną widokiem swojego
                                      szwagra i jego braci, zauważyłem, że przemieniła się z kobiety bez wyrazu w
                                      piekną, radosną osobę. Gdy na nią patrzyłem zastanawiało mnie kim ona naprwadę
                                      jest. Ale nie to było teraz ważne. Zanim jednak cokolwiek powiedziałem Fart
                                      mnie uprzedził:
                                      - Już myslelismy, że koleś coś krecisz. Ale widzę, żeś pożądny gość. Powiedz co
                                      możemy dla ciebie zrobić, a na pewno bedziemy przydatni.
                                      - Na razie zaopiekujcie sie paniami, ja musze się udac do pewnego biura,
                                      pewnego prokuratora. Zabieżcie je stąd i dajcie mi do siebie telefon, jak będą
                                      cos wiecej wiedział to zadzwonię. A teraz zmykajcie.
                                      Kate i Megan zostały wpakowane do samochodu braci zaraz po tym jak Fart
                                      powiedział mi numer telefonu pod którym ich znajdę. Gdy szedłem do swojego
                                      biura widziałem jak Kate patrzyła przez tylna szybę w moja stone. Nie była
                                      chyba zadowolona, że z nimi jedzie, ale miałem przynajmniej poczucie, że jest
                                      bezpieczna.
                                      Wszedłem po schodach. Znowu te schody. Teraz zacząłem odczuwac zmeczenie.
                                      Wspinaczka ze stopnia na stopień stawała się coraz cięższa. Wreszcie ostatni
                                      stopień. Stanąłem na szczycie i zerknąłem w dół. Takie małe nieszkodliwe
                                      stopnie, a jak potrafią zmęczyć. Wszedłem do biura, jak zwykle było puste.
                                      Żadnej wiadomości w skrzynce na drzwiach. Podniosłem słuchawkę i połączyłem się
                                      z centralą. Damski głos padujacy do otyłej pani oznajmił, że nikt mnie nie
                                      lubi. Poprosiłem więc o połączenie z biurem prokuratora okregowego. Po chwili
                                      odezwał się Jerry Cassel:)
                                      - Słucham, kto mówi?
                                      - Marlowe. Mamy się dziś spotkać, ale chciałbym troche zminic nasze plany.
                                      Nastąpiła krótka pauza, jakby mój rozmówca zakrył mikrofon dłonią i komentował
                                      komuś to co właśnie ode mnie usłyszał.
                                      - Tak? A co pana skłana do tej zmiany?
                                      - Skałnia mnie to, że chciał mnie pan wykorzystrac do swoich porachunków, a ja
                                      nie lubię jak ktoś robi ze mnie balona.
                                      Znów któtka pauza.
                                      - Dobrze, gdzie i kiedy?
                                      - Jak najszybciej, na przeciwko mojego biura jest kawiarenka, tam bedę czekał.
                                      I proszę przyjśc samemu.
                                      I odwiesiłem słuchawke. Łyknąłem sobie mały chaust z nowej buteleczki wyjętej z
                                      szafki, co poprawiło nieznacznie moje samopoczucie. Przemyłem twarz i
                                      obejrzałem swojego spuchnietego kinola. No cóż, troche ciężko oddychałem, ale
                                      na szczęście nosa nie złamałe. Kilka dni i będzie jak nowy model. Już kilka
                                      nowych modeli wychodowałem, więc to nic niezwykłego. Nastepnie sie przebrałem w
                                      czyste łachy, bo te wyglądały, jak smark z nosa olbrzyma. Spryskałem sie jakąś
                                      tanią wodą toaletową dla zabicia zapachu potu, ale nie pomogło. Dałem spokój
                                      dalszemu upiekszaniu, łyknąłem po raz drugi, odpaliłem papierosa i wyszedłem z
                                      biura.
                                      • philip_marlowe W kwestii mojej osoby... ciąg dalszy24 27.02.03, 12:30
                                        Gdy wszedłem do baru, w nim czas jakby stał w miejscu. Te same twarze, te same
                                        ręce wykonujące te same ruchu. Poczułem się jakbym stąd wogóle nie wychodził,
                                        albo przynajmniej po moi ostatnim wyjściu jakaś siła wyżzsza stwierdziła, że
                                        stopklatka to najlepsze wyjście.
                                        Usiadłem tam gdzie siedziałem wczoraj, ta sama kelnerka z tym samym uśmiechem
                                        nalała mi kawy. Byłem potwornie zmeczony, fale przepływajace przez moje cialo
                                        jakby unosiły mnie w powietrzu. Lewitowałem nie odrywając się od barowego
                                        stołka. Zapaliłem nastepnego papierosa, nie smakował mi, ale skoro zapaliłem,
                                        byłem konsekwentny i pociagając z miną skazańca wypalałem go powoli. Potem
                                        przyszła druga kawa a po niej przyszedł Cassel. Tez nie wyglądał najlepiej. Po
                                        krótkiej wymianie grzeczności, która nie należała do bardziej przyjemnych niz
                                        zmywanie podlogi, przesiedlismy się do stolika. Biorąc kawę spojrzałem na
                                        zegarek, dochodziło w pół do jedenastej.
                                        - No to czym mogę słuzyc, panie Marlowe? - Zapytał udając, że jest mocno
                                        zdziwiony moim nagłym zaproszeniem.
                                        - Wszystkim, a najlepiej wiedzą na tematy, które nas obojgu najbardziej
                                        interesują.
                                        Wiedział, że zanosi się na dłuższą pogawendkę, a ja wiedziałem, że nie mam
                                        wiele czasu. Graff pewnie teraz grzebie w papierach, aby się z nim spotkac o
                                        12, tak jak było umówione wcześniej, więc musiałem szybko pytac, aby nasz
                                        zaradny prokurator zdążył do swojego biura.
                                        - A więc słucham, ale nie bede ukrywał, że nie mam ochoty za wiele mówic, nie
                                        leży to w moim interesie.
                                        - Powie pan i to dość szybko, jak powiem co ja wiem i kto jest pod moją opieką.
                                        Tym razem jego twarz wtraziła automatyczne zaciekawienie. Zapewnie wiedział, że
                                        jego tajemnicza ukochana zniknęła. Tak wygladał bardziej ludzko, jakby miał
                                        krzyknąć: mów, zrobie wszystko czego zarządaż, ale powiedz gdzie ona jest.
                                        Jednak nic takiego nie usłyszałem. Ja natomiast wyłuszczyłem mu swoja teorię, w
                                        której Diaric był panem i władcą, Buch i Pieg katami, Darcy i Hubson ofiarami,
                                        a Kate zwierzyną łowną, istniejacą tylko dlatego, że musi cos podpisać, zanim
                                        zginie. Gadałem przez dobry kwadrans, a on słuchał, wypalił w tym czasie dwa
                                        papierosy, nerwowo zaciągjąc się dymem. Ja natomiast zakonczyłem pretensjami o
                                        wykorzystywaniu mojej osoby do własnych interesów.
                                        - I to by było na tyle panie Cassel, panie prokuratorze, czy może panie
                                        kochiasiu?
                                        Odgasił papierosa i wziął głeboki oddech, jakby chciał zneutralizować nikotynę
                                        i substancje smoliste tlenem z powietrza, jednak z pewnoscią ta czynnośc nie
                                        mogła się powieść, nie w mojej obecnosci. Mój oddech był nazbyt trujacy, by mu
                                        w tym pomóc.
                                        - Sprawą Diarica zajmuję się od dwóch lat. Ale dopiero trzy miesiące temu
                                        zaczęło się cos ruszać. - Zaczął doś niespodziewanie. Nie sądziłem, że do
                                        takich światłych celów wykorzysta moją osobę. - Trzy miesiące temu poznałem
                                        Megan Follows, a niewiele później Kate...
                                        Wrosłem w krzesło, naprawde mnie na każdym kroku robiono w balona.
                                        Zastanawiałem się jak daleko sięga ta mistyfikacja, i kto jest tu szczery, a
                                        kto nie. Miałem mało czasu więc ostatkami sił skupiłem się i słuchałem, a on
                                        mówił, i powiedział wszystko.
                                        • aard Jeśli jeszcze bardziej namieszasz,to Cię zabiję ;) 27.02.03, 13:30
                                          Zwłaszcza, że cholera, prawie nic nie pamiętam z poprzednich części. Ale
                                          wytrzymałeś spragnione soczystych owoców Twego intelektu czytelniczki...
    • aard na początek up, bo ciężko znaleźć... 18.10.02, 10:09
      A teraz do czytania, bo mi zaległości narosły :-)

      pozdrowienia Autorze!
    • aard Zaraz przeczytam, obiecuję! 22.10.02, 12:03
      Póki co, Up, bo mi zaginie...
    • aard Kiedy będzie apdejt? 25.10.02, 15:33
      Wielbicielki czekają!
      • philip_marlowe I się doczekają... 27.02.03, 12:24
        Philip Marlowe powraca...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka